fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Na wzór Marszałka

Piotr Zychowicz (znany obecnie jako zdrajca Polski)
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Lech Kaczyński jako prezydent starał się kontynuować dzieło Józefa Piłsudskiego wbrew szyderstwom, kpinom i oskarżeniom o anachronizm – pisze dziennikarz „Rzeczpospolitej”
Trzecia RP jest państwem bezideowym. Brakuje w nim nie tylko wielkich wizji i ambicji, ale choćby dalekosiężnej geopolitycznej strategii. Jedyne poważne cele, jakie Polska postawiła sobie po odzyskaniu niepodległości w 1989 roku, to akces do NATO i Unii Europejskiej. Gdy zostały one zrealizowane, Polska spoczęła na laurach.
Jesteśmy teraz bezpieczni, dzięki Unii będziemy coraz bogatsi, możemy więc spokojnie patrzeć w przyszłość – powtarzają jak mantrę luminarze III RP. Zmarły tragicznie prezydent Kaczyński był innego zdania. Uważał, że niepodległość jest bytem nie tylko niezwykle cennym, ale również niezwykle kruchym. I obowiązkiem Polaków jest robić wszystko, by wzmacniać struktury państwa i jego pozycję w Europie. Lech Kaczyński nie przez przypadek miał w swoim gabinecie zdjęcie Józefa Piłsudskiego z oryginalnym podpisem. Marszałek, którego 75. rocznicę śmierci obchodziliśmy 12 maja, był dla niego wzorem i ideowym mentorem. Nie tylko w kwestii podejścia do państwa jako najwyższego dobra – na co zwróciło już uwagę kilku publicystów – ale przede wszystkim w kwestii szerokiej, śmiałej wizji geopolitycznej.
[srodtytul]Idea jagiellońska[/srodtytul] Kaczyński tak jak Piłsudski zdawał sobie sprawę z tragizmu położenia Polski między Niemcami i Rosją. Receptę na rozwikłanie tego odwiecznego problemu widział w idei jagiellońskiej. W dzisiejszym wydaniu opiera się ona na wspólnocie interesów i zagrożeń krajów, które niegdyś tworzyły wielonarodową Rzeczypospolitą – Polski, Litwy, Białorusi i Ukrainy, ale również Łotwy i Estonii. Lech Kaczyński rozumiał, że tylko poprzez połączenie sił przez te kraje (w przypadku Białorusi to oczywiście kwestia przyszłości) można skutecznie przeciwdziałać imperialnym ambicjom Rosji. Według tej doktryny taki potężny blok – liczący 1,3 miliona kilometrów kwadratowych i 100 milionów mieszkańców – powinien być ściśle sprzymierzony z państwami Kaukazu. To z kolei było nawiązaniem do innej bliskiej Piłsudskiemu idei – idei prometejskiej. Stąd prezydent tak silnie angażował się w obronę Gruzji, tak bardzo zależało mu na pozyskaniu Azerbejdżanu. Wiedział, że wolny, niezależny Kaukaz poważnie ogranicza możliwości Moskwy. Swoją wizję wyłożył klarownie w wywiadzie, który wraz z redakcyjnym kolegą Igorem Janke przeprowadziliśmy z nim półtora roku temu. Tak jak Piłsudski zmodyfikował ideę jagiellońską, dostosowując ją do realiów początku XX wieku, tak Kaczyński zmodyfikował ideę federacyjną Piłsudskiego, przystosowując ją do realiów początku wieku XXI. Pozwolę sobie przytoczyć fragment tego wywiadu. Rozmawialiśmy o słynnej, zorganizowanej przez niego, podróży przywódców Polski, Ukrainy, Litwy, Łotwy i Estonii do Tbilisi w trakcie rosyjskiej inwazji na Gruzję. Chyba najpiękniejszej karty, jaką zapisał, będąc prezydentem Rzeczypospolitej. „– Co chciał pan osiągnąć tą podróżą? – Chciałem, żeby prezydent Micheil Saakaszwili nie został obalony. Chciałem, żeby Rosjanie się cofnęli i żeby cała nasza koncepcja polityki wschodniej – od Azerbejdżanu po Estonię – nie została przekreślona. – Jaka to koncepcja? Federacyjna? – Nie. Chcemy oczywiście silnych związków pomiędzy tymi państwami, ale nie jest to myślenie federalistyczne. Nasi partnerzy, co naturalne, chcą mieć swoje własne, niezależne państwa. Oczywiście prawdą jest, że większość z tych krajów znajduje się na terenie dawnej Rzeczypospolitej. – Te historyczne związki mają jakieś znaczenie? – Na pewno nie w tym sensie, żeby myśleć o jakiejś federacji. To Rosjanie się tego boją. Przez swoich przyjaciół w UE pytali mnie, czy przypadkiem nie chcę odbudowywać takiego wielonarodowego tworu. Takich planów jednak nie ma. Chcemy tylko bliskiego związku, współpracy (...). – Czy podczas tej wyprawy narodził się jednak nowy blok? Czy można się spodziewać, że w przyszłości te pięć państw będzie ze sobą ściśle współpracować? – Ta współpraca jest wzmacniana już od dłuższego czasu. Bardzo bym chciał, żeby taki blok powstał” („Rzeczpospolita”, 17.08. 2008). Muszę przyznać, że słuchając go, byłem zachwycony. Nad Pałacem Prezydenckim, gdzie rozmawialiśmy, unosił się duch wielkiej wielonarodowej Rzeczypospolitej, która – w przeciwieństwie do obecnej piastowskiej, nacjonalistycznej Polski – jest mi tak bliska. Potem dowiedziałem się, że na pokładzie Tupolewa lecącego na Kaukaz prezydent wraz z innymi przywódcami żartował na temat restauracji I Rzeczypospolitej... [srodtytul]Polska wielonarodowa[/srodtytul] Były to oczywiście żarty, ale wierzę, że w głębi duszy takie państwo było jego marzeniem. Choć był Polakiem i katolikiem, wcale nie uważał – jak większość mu współczesnych – że Polska musi być krajem tylko dla przedstawicieli tego wyznania i tego jednego narodu. Rozumiał, że gdy otaczają nas dwa znacznie potężniejsze narody, Polski nie stać na nacjonalizm. Musi szukać porozumienia z innymi narodami będącymi w tej samej sytuacji, żyjącymi w tej samej przestrzeni geopolitycznej między Niemcami a Rosją. Podobnie jak jego ideowy mentor, Kaczyński był nierozumiany. Jego podróże na Kaukaz były wyśmiewane jako egzotyczne awantury. Jego dążenia do pojednania i związania z Polską Ukrainy nazywane były niemal zdradą narodową. Słychać było w tym echo kampanii nienawiści wobec Piłsudskiego, jaką po wyprawie kijowskiej – najpiękniejszej polskiej przygodzie XX wieku – urządziła endecka prasa. Jeszcze jeden krótki cytat. Tym razem z Piłsudskiego. Przemówienie w Sali Malinowej hotelu Bristol, rok 1923: „Był cień, który biegł koło mnie – to wyprzedzał mnie, to zostawał w tyle. Cieniów całe mnóstwo, cienie te otaczały mnie zawsze, cienie niedostępne, chodzące za mną krok w krok, śledzące mnie i przedrzeźniające. Czy na polu bitew, czy w spokojnej pracy w Belwederze, czy w pieszczotach dziecka – cień ten niedostępny koło mnie ścigał mnie i prześladował. Zapluty potworny karzeł na krzywych nóżkach, wypluwający swą brudną duszę, opluwający mnie z zewsząd, nie szczędząc mi niczego, co szczędzić trzeba – rodziny, stosunków, bliskich mi ludzi, śledzący moje kroki, robiący małpie grymasy, przekształcający każdą myśl odwrotnie; ten potworny karzeł pełzał za mną jak nieodłączny druh, ubrany w chorągiewki różnych typów i kolorów – to obcego, to swego państwa, krzyczący frazesy, wykrzywiający potworną gębę, wymyślający jakieś niestworzone historie; ten karzeł był moim nieodstępnym druhem, nieodstępnym towarzyszem doli i niedoli, szczęścia i nieszczęścia, zwycięstwa i klęski”. [srodtytul]Ulubiony prezydent Żydów[/srodtytul] Lech Kaczyński był godnym kontynuatorem myśli wielkiego Litwina. W dzisiejszej Polsce podzielonej na „komuchów” i „naszych”, którzy z kolei podzielili się na „pisiorów” i „platformersów”, może się to wydać dziwne, ale on nadal dzielił ludzi na piłsudczyków i endeków. Pamiętam, jak kiedyś, podczas jednego z udzielanych mi wywiadów, zażartował na temat swego współpracownika: „Z nim nie ma co gadać, to przecież endek”. Pamiętając tę anegdotę, zawsze śmieszyło mnie, gdy komentatorzy z poważnymi minami zarzucali mu „hołdowanie polskiemu nacjonalizmowi” czy „nawiązywanie do szowinistycznych fobii drzemiących w społeczeństwie”. Czy naprawdę tak trudno było odróżnić nacjonalizm od patriotyzmu? Patriotyzmu, który w przypadku Kaczyńskiego nie wywodził się z dziedzictwa Stronnictwa Narodowego, ale z tradycji PPS. [wyimek]Tak jak Piłsudski zmodyfikował ideę jagiellońską, dostosowując ją do realiów początku XX wieku, tak Kaczyński zmodyfikował ideę federacyjną Piłsudskiego, przystosowując ją do realiów początku wieku XXI[/wyimek] Gdy myślę o Piłsudskim i Kaczyńskim, przychodzą mi do głowy jeszcze dwa podobieństwa. Pierwsze to Żydzi. Choć Kaczyński przedstawiany był jako prezydent Ciemnogrodu, dziwnym trafem – podobnie jak w II RP Piłsudski – był uwielbiany przez Polaków pochodzenia mojżeszowego i Izraelczyków. Gdy zginął, Żydzi mówili o stracie wielkiego przyjaciela, w synagogach odprawiono żałobne modły. Towarzyszyłem prezydentowi w dwóch czy trzech podróżach do Izraela. Mówił mi, że czuje się tam znakomicie. Tak jak na Litwie czy na Ukrainie. Wierzę, że wypływało to właśnie z tęsknoty za wielonarodową Rzecząpospolitą, której Żydzi byli nieodłącznym elementem. Oto fragment wywiadu, jakiego udzielił mi podczas swojej ostatniej wizyty w państwie żydowskim w maju 2008 roku: „– W jednym z wywiadów powiedział pan prezydent, że Polacy i Izraelczycy są jak bliscy krewni. – Bo tak w istocie jest. Przez osiemset lat duża część narodu żydowskiego żyła w ówczesnej Polsce. (...) – A co z XX-wiecznym antysemityzmem? – Nie twierdzę, że to zjawisko nie występowało. Antysemityzm, który zatruł umysły niemałej części ludzi, to nieszczęście dla Polaków. Jako zjawisko nie ma on żadnego usprawiedliwienia. Ja mam głęboką niechęć do endecji. Nie wynika ona z tego, że nie doceniam jej wielkich zasług w krzewieniu polskiej świadomości narodowej, na przykład wśród chłopów. Ale postawienie na antysemityzm jako element konsolidacji narodowej było zasadniczym błędem. – Część środowisk piłsudczykowskich uważała, że Polacy ponoszą pewną odpowiedzialność wobec narodów, które niegdyś wchodziły w skład Rzeczypospolitej. Wtedy chodziło o Ukraińców i Białorusinów. Czy dzisiaj dotyczy to również Izraela? Czy czuje się pan prezydent spadkobiercą tego piłsudczykowskiego etosu? – W dużej mierze tak. Choć uparcie mi się zarzuca, że prowadzę romantyczną politykę zagraniczną, natomiast Platforma Obywatelska prowadzi politykę pragmatyczną. Nie zgadzam się z tym. To, że staram się związać z Polską kraje, które w historii były dla nas ważne, ma swoje określone cele. Mam tu na myśli bezpieczeństwo energetyczne, poszerzenie Unii Europejskiej i NATO w takim kierunku, żeby zmienić nieco na naszą korzyść układ sił w tych organizacjach czy chociażby ograniczyć imperialne zapędy niektórych naszych sąsiadów. – A jakie pragmatyczne cele chce pan prezydent realizować, zacieśniając stosunki z Izraelem? – Premier Ehud Olmert zażartował, że jeśli jakiś Izraelczyk mówi, iż nie ma polskich korzeni, to znaczy, że po prostu o tym nie wie. Ostatnio można było w Polsce usłyszeć, że Izrael jest dla nas krajem peryferyjnym. Jednak ludzie, którzy tak mówią, nie znają się na polityce. Na Bliskim Wschodzie w dużej mierze toczy się teraz historia świata. Mieć dobre relacje z Izraelem, to mieć dobre relacje z krajem, który ma wielki wpływ na światowy układ sił („Rzeczpospolita”, 17.o5. 2008). [srodtytul]Dwa powstania[/srodtytul] Drugim podobieństwem, które narzuca się przy zestawieniu postaci Piłsudskiego i Kaczyńskiego, jest ich stosunek do historii. Ojciec Piłsudskiego Józef Wincenty Piłsudski walczył w powstaniu styczniowym, przyszły marszałek Polski przyszedł na świat kilka lat po klęsce niepodległościowego zrywu. W domu rodzinnym był wychowywany w najwyższym kulcie dla tego wydarzenia. Gdy po latach Józef Piłsudski objął rządy w niepodległej Polsce, kultywował pamięć o powstaniu styczniowym. Znane są wzruszające zdjęcia starców z długimi białymi brodami, ostatnich powstańców z roku 1863, których zapraszał do Belwederu i dekorował orderami. Ojciec urodzonego w 1949 roku Lecha Kaczyńskiego, Rajmund Kaczyński, walczył w powstaniu warszawskim. Gdy jego syn został prezydentem Warszawy, zbudował wspaniałe muzeum poświęcone tej wielkiej bitwie, a gdy został prezydentem Polski, odznaczył wielu jej uczestników. Jeżeli już podjęto decyzję o pochowaniu Lecha Kaczyńskiego na Wawelu, to miejsce w pobliżu sarkofagu Józefa Piłsudskiego było najlepszym, jakie można było wybrać. Uczeń spoczął koło swojego mistrza, którego dzieło – jako prezydent Rzeczypospolitej – starał się kontynuować wbrew szyderstwom, kpinom i oskarżeniom o anachronizm (to był zresztą główny zarzut wysuwany wobec Marszałka przez „nowoczesnych” endeków).
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA