Urodzeni we Lwowie

Janusz Wasylkowski
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
„Bo gdybym się kiedyś urodzić miał znów – tylko we Lwowie” – śpiewali Szczepko i Tońko z „Wesołej lwowskiej fali”. Trudno o większą ironię losu. Lwowianom po wysiedleniu wpisywano do dowodów osobistych: urodzony w ZSRR
Kiedy nadchodziła Wigilia, miasto cichło. Siadali przy zastawionym stole. Tradycyjna grzybowa albo barszcz z uszkami. Karp, ale świeżo smażony. No i gołąbki, jakich już nikt nie robi – z ryżem, kaszą i masłem. Pierogi z kapustą: oddzielnie kwaśną i słodką. Potem przesłodzona kutia i lwowski makownik, który tym się różnił od zwykłego makowca, że więcej w nim maku niż ciasta. – Chodziliśmy oglądać szopki. Każdy kościół miał inną. Konkurowały ze sobą na wystroje. Ambicją dzieci było, by odwiedzić wszystkie kościoły – opowiada Janusz Wasylkowski, lwowianin rocznik 1933.Adam Zagajewski w „Dwóch miastach” o mieszkańcach Lwowa pisze: „Żyli rodzinnie, lubili niedzielne, a zwłaszcza świąteczne obiady i kolacje, podczas których umieli wytwarzać pewien szczególny hormon rodzinnego, braterskiego ciepła, bliskości i zaufania”. Pisze w trzeciej osobie, jak badacz o wymarłym plemieniu, którego zwyczaje można badać już tylko na podstawie...
Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL