Sądownictwo

Kto ukradł napis z Auschwitz

Skradziony w grudniu napis, na polecenie Niemców wykonali w 1940 r. polscy więźniowie polityczni. Na zdjęciu Marsz Żywych w 2005 r.
Fotorzepa, Bartosz Siedlik
Policja szuka złodziei napisu „Arbeit macht frei” znad bramy byłego niemieckiego obozu zagłady
Psy tropiące, dziesiątki patroli z bronią, blokady na drogach wokół Oświęcimia. Przesłuchania pracowników muzeum. Nagroda – w sumie 115 tys. zł – za informacje mogące pomóc w schwytaniu sprawców. Małopolska policja postawiła sobie za punkt honoru odzyskanie słynnego napisu znad bramy obozu.
Pojawiło się kilka hipotez. [srodtytul]Hipoteza 1: wybryk chuliganów[/srodtytul]
Napis zniknął w nocy z czwartku na piątek między godz. 3 a 5. W pierwszych porannych dyskusjach pojawiła się teoria, że być może kradzież była wybrykiem chuliganów. Napis mógł zostać ukradziony „dla kawału” lub po to, by oddać go na złom. Już wstępne oględziny miejsca przestępstwa to wykluczyły. – To niemożliwe. Ci ludzie byli znakomicie przygotowani – mówi „Rz” dyrektor Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau Piotr Cywiński, który na wieść o kradzieży przerwał wizytę w Izraelu i przyleciał do Polski. Według niego złodzieje działali według ściśle określonego planu. Jak ustaliła policja, sprawców musiało być co najmniej czterech. Trzech odkręciło napis znajdujący się na wysokości 4 m (musieli mieć drabinę i narzędzia), a czwarty czekał w samochodzie dostawczym. Po zdjęciu konstrukcji złodzieje nieśli ją 400 metrów po terenie obozu, aż do podwójnych drutów kolczastych. Przecięli je specjalnymi nożycami. Pokonali też betonowy mur. – Wiedzieli o wyrwie w tym ogrodzeniu, która czasowo była zabezpieczona siatką. Została zniszczona i prawdopodobnie tędy około czterometrowy napis przeniesiono na zewnątrz – twierdzi Dariusz Nowak, rzecznik prasowy małopolskiej policji. Właśnie tam policyjny pies utracił trop, co wskazuje, że jest to miejsce, gdzie łup został zapakowany do samochodu. Skoro operacja została tak znakomicie zaplanowana i policja wykluczyła chuligański wybryk, pojawiła się inna teoria. [srodtytul]Hipoteza 2: szalony kolekcjoner[/srodtytul] Kolekcjoner militariów mógł wynająć zawodowych złodziei, którzy nie tylko dokonali „kradzieży doskonałej”, ale też błyskawicznie wysłali napis „Arbeit macht frei” za granicę. Teraz, dzięki zniesieniu granic w ramach strefy Schengen, może on już być setki kilometrów od Polski. – To scenariusz rodem z sensacyjnego filmu. W życiu takie rzeczy się nie zdarzają – uważa jednak Anna Bielawska, dyrektor znanego warszawskiego domu aukcyjnego Rempex. – Bogaci kolekcjonerzy to uczciwi ludzie, którzy gromadzą swoje zbiory legalnymi metodami. Po co im ten napis, skoro nikomu nie mogliby go pokazać? Może więc złodzieje będą dopiero próbowali sprzedać znany napis jakiemuś kolekcjonerowi. Wielokrotnie się zdarzało, że skradzione cenne przedmioty i dzieła sztuki wypływały po latach na mniej lub bardziej oficjalnych aukcjach. – W przypadku napisu z Auschwitz jest to niemożliwe. To zbyt charakterystyczny przedmiot – podkreśla Bielawska. Według niej każdy antykwariusz na świecie, do którego zwróciliby się złodzieje, natychmiast poinformowałby o tym policję. Jak dowiedziała się „Rz”, kilka miesięcy temu potomek jednego z więźniów, którzy wykuwali napis, próbował wysondować muzeum, czy nie mógłby odebrać liter. Czy może mieć coś wspólnego z kradzieżą? – To fałszywy trop. Ten człowiek jest bardzo uczciwą osobą, z którą blisko współpracujemy. Jest poza wszelkim podejrzeniem – zaznacza Piotr Cywiński. [srodtytul]Hipoteza 3: atak neonazistów[/srodtytul] Nieoficjalnie się mówi, że motywem sprawców nie musiały być pieniądze. Być może działali z pobudek ideologicznych. Do tej teorii przychylają się Izraelczycy. – Podejrzewam, że chodzi tu o neonazistów kierujących się nienawiścią do obcych – stwierdził dyrektor jerozolimskiego instytutu Yad Vashem Awner Szalew. W podobnym tonie wypowiedział się wicepremier Izraela Silwan Szalom. – To wstrętny czyn, który ma charakter profanacji. Ten gest świadczy po raz kolejny o istnieniu wrogości i przemocy wobec Żydów – powiedział. Tego, że kradzież była sprawką dzisiejszych miłośników Adolfa Hitlera, nie wykluczają również byli więźniowie obozu. – Nasze środowisko jest wstrząśnięte. Miałem kilkadziesiąt telefonów od oburzonych kolegów. Obawiamy się, że mogli w tym maczać palce neonaziści. Jeżeli tak było, na pewno przyjechali z Niemiec – mówi „Rz” były więzień Auschwitz Jerzy Kowalewski. [srodtytul]Czy pomagał ktoś z wewnątrz?[/srodtytul] Spore wątpliwości wzbudza sposób, w jaki była zabezpieczona brama, a także zachowanie strażników. Czterech mężczyzn nie tylko nie zauważyło zuchwałej kradzieży, ale też przez godzinę nie zawiadomiło policji – sami próbowali znaleźć złodziei. To bardzo opóźniło pościg. Co więcej, kamery znajdujące się na terenie byłego obozu niczego nie zarejestrowały. Nie są bowiem w stanie działać w ciemności, a obraz z kluczowej – znajdującej się naprzeciwko – bramy nie jest nagrywany. – Nie komentujemy tych informacji. Teren muzeum był monitorowany i strzeżony. Ale, oczywiście, skoro ukradziono napis, system zabezpieczeń nie był doskonały – mówi „Rz” rzecznik muzeum Jarosław Mensfelt. Niewykluczone, że złodzieje wiedzieli o lukach w zabezpieczeniach. Policjanci ucinają jednak rozmowy na ten temat. – Jest za wcześnie na stwierdzenie, że złodzieje mieli wsparcie z wewnątrz muzeum – zaznaczają. Nieoficjalnie wiadomo jednak, że poszukiwania ewentualnego „kreta” trwają. Napis „Arbeit macht frei”, czyli „Praca czyni wolnym”, jest symbolem obozu Auschwitz. Na polecenie Niemców wykonali go w 1940 r. polscy więźniowie polityczni pod kierownictwem Jana Liwacza (numer obozowy 1010). Polacy mieli świadomie odwrócić w nim literę „B”. Miał to być symbol nieposłuszeństwa i sygnał, co się naprawdę dzieje w obozie.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL