Sądownictwo

Zuchwała kradzież w Auschwitz

Widok bramy po kradzieży napisu - rano powieszono zastępczy
materiały policji
W nocy z Muzeum w Auschwitz skradziono historyczny napis nad bramą "Arbeit macht frei". To niewiarygodna profanacja i barbarzyństwo - mówią zgodnie przedstawiciele placówki, mieszkańcy Oświęcimia i policja. Za pomoc w odnalezieniu złodziei czeka 115 tysięcy złotych.
Cały świat zaszokowała podana dziś rano wiadomość, że z Auschwitz zniknął napis "Praca czyni wolnym" - jeden z symboli niemieckiego, nazistowskiego obozu, który wykonali w 1940 roku polscy więźniowie polityczni pod kierownictwem Jana Liwacza (numer obozowy 1010). Polacy mieli wówczas świadomie odwrócić w nim literę B jako przejaw nieposłuszeństwa i sygnał, co naprawdę dzieje się w obozie.
- To potworna profanacja, trudna do pojęcia - powtarza dziennikarzom Jarosław Mensfelt, rzecznik prasowy muzeum. - To się nie mieści w głowie. Pracownicy Muzeum podkreślają, że taki czyn uderza w pamięć o przeszło milionie osób zamordowanych tu przez Niemców.
Oburzenie tym niebywałym aktem wyraził już polski wiceminister spraw zagranicznych Andrzej Kremer, a także izraelski Instytut Yad Vashem. "To rzeczywiste wypowiedzenie wojny ze strony elementów, których tożsamości nie znamy, ale podejrzewam, że chodzi tu o neonazistów kierujących się nienawiścią do obcych" - twierdzi w specjalnym oświadczeniu dyrektor Instytutu Awner Szalew. Zaszokowany kradzieżą jest też przewodniczący Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek. - Jestem bardzo zasmucony. Obóz w Auschwitz, miejsce tak wstrząsającej zbrodni, która spowodowała tak straszliwy ludzki dramat, powinien być w absolutnie szczególny sposób szanowany - powiedział mediom. I zaapelował do sprawców kradzieży o zwrot tablicy. - Kradzież napisu z bramy będącej wejściem do miejsca męczeństwa ojca Maksymiliana Kolbego w katolickiej Polsce powinna budzić szczególne oburzenie, podobnie jak zbezczeszczenie klasztoru na Jasnej Górze - oświadczył Władysław Bartoszewski, były więzień Auschwitz i przewodniczący Międzynarodowej Rady Muzeum Auschwitz-Birkenau. Przed bramą muzeum pojawiła się w piątek około południa wstrząśnięta grupa mieszkańców Oświęcimia. Byli oburzeni tym, że takie miejsce ktoś odważył się zdewastować. Niektórzy twierdzą nawet, że napis ukradziono na zlecenie jakiegoś szalonego kolekcjonera. [srodtytul]Kwestia honoru[/srodtytul] Nie wiadomo, o której dokładnie złodzieje zdjęli tablicę, bo w piątek jeszcze około godz. 3.00 nad ranem strażnicy napis nad bramą widzieli. Dyżur w muzeum pełniło wtedy czterech pracowników ochrony. Małopolska policja, która w od rana przesłuchuje pracowników muzeum i ochroniarzy nadal szuka ewentualnych świadków zdarzenia. Zapewnia, że schwytanie sprawców tej zuchwałej kradzieży i odzyskanie napisu to kwestia honoru i absolutny priorytet. Komendant wojewódzki małopolskiej policji wyznaczył pięć tysięcy złotych nagrody za pomoc w ujęciu złodziei. 10 tys. zł przeznaczyła na ten cel firma ochroniarska. Wkrótce potem, nagrodę obiecał minister kultury. - Wyznaczamy nagrodę sto tysięcy złotych dla osoby, która pomoże wskazać sprawców, znaleźć część bramy - powiedział Bogdan Zdrojewski. Tym samym nagroda wzrosła do 115 tysięcy złotych. Już wiadomo, że akcja musiała być dobrze przygotowana, tym bardziej, że przez całą noc teren obozu jest monitorowany. Oświęcimska policja wystawiła posterunki blokadowe na drogach, funkcjonariusze z bronią zatrzymują samochody do kontroli. Policja po zawiadomieniu, jakie otrzymała z muzeum ok. 5.50 rano, sprowadziła na miejsce psa tropiącego, który początkowo podjął trop. Zgubił go jednak przy drodze, co sugeruje, że złodzieje dysponowali samochodem. - Wiedzieli o wyrwie w betonowym ogrodzeniu, które czasowo było zabezpieczone siatką. Ta została zniszczona i prawdopodobnie tędy ok. czterometrowy napis przeniesiono na zewnątrz - twierdzi inspektor Dariusz Nowak, rzecznik prasowy małopolskiej policji. Wygląda na to, że sprawcy musieli mieć ze sobą drabinę. Wspiąć się na bramę trudno, odkręcić śruby w takim mrozie też niełatwo. Musiały to być dwie, trzy osoby - dodaje. Jest jednak za wcześnie na stwierdzenie, że ktoś z pracowników muzeum mógł wspierać złodziei - mówią funkcjonariusze. Nie wiadomo, czy zapis z monitoringu pomoże w wykryciu sprawców. Nie tylko dlatego, że oświetlenie było słabe. Obraz z kamery skierowanej na sama bramę z napisem "Arbeit macht frei" nie jest nigdzie rejestrowany. - Jest tylko on-line w Internecie - powiedział "Rz" inspektor Nowak. Nad ranem na historycznej bramie w miejscu skradzionego napisu umieszczono jego kopię. Była ona już używana, gdy w 2006 roku napis poddano konserwacji. Placówka jest - mimo kradzieży - otwarta dla zwiedzających.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL