Teatr

Nowoczesne kuszenie Cezara

Patrycja Kujawa (Kleopatra) i Damian Ganclarski (Nireno) fot: TW w Łodzi
Fotorzepa, Chwalisław Zieliński Chwalisław Zieliński
Teatr Wielki w Łodzi miał odwagę przypomnieć polskim widzom kompozytora o nazwisku Haendel
Minęło właśnie 250 lat od jego śmierci, na świecie trwają zakrojone z rozmachem obchody Roku Haendla. Wkrótce będziemy oczekiwać, by w podobny sposób uczczono Chopina, ale zapewne nie przyznamy się wówczas, że sami lekceważymy innych wielkich twórców.
Haendel to dla nas kompozytor oratorium „Mesjasz”, koncertów oraz kilkunastu arii, o których słuchacze nie wiedzą, skąd się wzięły. Jako twórca teatralny znalazł sobie skromne lokum w Warszawskiej Operze Kameralnej. W tym roku urządziła mu ona nawet festiwal, ale i tam bardziej ceni się jego muzykę niż sceniczne pomysły. Od prawie 20 lat żaden inny teatr nie przygotował premiery dzieła Haendla. Na naszych scenach on nie istnieje. To tak, jakby z dramatu wymazać Moliera albo Szekspira, bo haendlowskie opery nie są barokowymi ciekawostkami, lecz inspirującym intelektualnie tworzywem dla nowoczesnych inscenizacji.
„Juliusz Cezar” wystawiany jest wszędzie, u nas bywa co najwyżej materiałem do studenckich ćwiczeń. W Łodzi też miał być uczelnianym spektaklem – przedsięwzięciem trzech szkół (muzycznej, plastycznej i filmowej). Na szczęście pomysł się spodobał dyrekcji Teatru Wielkiego i doszło do premiery, która mimo artystycznych ułomności jest wydarzeniem. [srodtytul]Reżyserski debiut[/srodtytul] Ogromna w tym zasługa Artura Stefanowicza, kontratenora, który brał udział w wielu haendlowskich przedstawieniach za granicą. Mógł podpatrzyć, jak te opery traktuje współczesny teatr. Łódzki spektakl w jego reżyserii wpisuje się w światowe trendy. Akcja odwołująca się do podboju Egiptu przez Juliusza Cezara i jego związku z Kleopatrą rozgrywa się między odległą przeszłością a współczesnością. Całość doprawiona została szczyptą modnej dziś na scenie perwersji i erotycznego wyuzdania. Artur Stefanowicz udowodnił, że barokowy „Juliusz Cezar” opowiada o rzeczach uniwersalnych: miłości prawdziwej i udawanej dla osiągnięcia konkretnego celu, zdradzie, która niszczy związki, oraz o wierności, która już u starożytnych budziła zdumienie. Reżyser-debiutant zrobił dojrzałe przedstawienie. Zadbał, by postacie miały indywidualne rysy, akcja rozwija się dramaturgicznie, każdy akt przynosi nowe inscenizacyjne pomysły. To ważne w operze, która jest zbiorem recytatywów i solowych arii. [srodtytul]Kontratenor dyryguje[/srodtytul] Muzycznie „Juliusza Cezara” przygotował słynny kontratenor Paul Esswood. Dzięki jego płytom kilka pokoleń na świecie poznawało muzykę dawną, teraz zajął się dyrygowaniem. Ze studentów łódzkiej Akademii Muzycznej nie zrobił barokowej orkiestry i mało wprawne ucho słyszało wiele kiksów, ale muzyka miała haendlowski klimat. Z zapałem potraktowali zadania śpiewacy, choć nie wszyscy z poziomu studenckiego popisu przeszli do profesjonalizmu. Udało się to Kindze Borowskiej (Sesto) oraz Patrycji Kujawie (Kleopatra). Ładny mezzosopranowy głos ma Anna Werecka, choć Juliuszowi Cezarowi w jej ujęciu brakowało dramatycznego wyrazu. Ciekawy portret Ptolemeusza stworzył kontratenor Bartosz Rajpold. Na pytanie, dlaczego nie wystawiamy Haendla, szefowie naszych teatrów odpowiadają: publiczność go nie lubi. Rzeczywiście, w czwartej godzinie łódzkiego spektaklu widownia nieco się przerzedziła. Ci, co zostali, premierę przyjęli gorąco. Bo jeśli widz z trudem przełamuje swe przyzwyczajenia, to dyrektorom nie powinno brakować odwagi. Tymczasem do oper Haendla nie da się ułożyć obsady z teatralnych działaczy związkowych, trzeba znaleźć wyspecjalizowanych śpiewaków oraz muzyków, głównie poza Polską. I z tego właśnie powodu unikamy Haendla.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL