Media

Kitesurfer skacze na papier

Grzegorz Hajdarowicz w 1989 r. z torbą na ramieniu szukał funduszy dla wychodzącej wówczas bez zezwoleń gazetki KPN. Dziś jest właścicielem “Przekroju”, o którego zakup starał się od lat
Fotorzepa, Pio Piotr Guzik
Grzegorz Hajdarowicz, biznesmen i dawny opozycjonista, kupił "Sukces" i "Przekrój". I ma nadzieję na sukces
Umówić się na rozmowę z przedsiębiorcą nie jest łatwo. To niezwykle aktywny człowiek. Ale warto. I to nie tylko z powodu atrakcyjnych plenerów wokół jego rezydencji. W podkrakowskich Karniowicach, między malowniczymi dolinkami bolechowicką i kobylańską, na progu zrujnowanego niegdyś XVII -wiecznego dworku, którego kaplicę Grzegorz Hajdarowicz jeszcze remontuje, gości wita Zulus – dziewięcioletni pies rasy rhodesian ridgeback. Jego przodkowie brali udział w polowaniach na lwy. Są jeszcze dwie damy – owczarki kaukaskie, zwykle pod kluczem dla bezpieczeństwa przyjeżdżających, i sędziwy już mieszaniec dawny przywódca tego stada.
Hajdarowicz, w czasach PRL i później działacz Konfederacji Polski Niepodległej (KPN), od dawna nie nosi moro ani łańcucha na ręku. Przyjmuje dziennikarzy w luźnej koszuli, do zdjęć pozuje w kapeluszu. W domu, gdzie ma niewielkie biuro, czuje się swobodnie. W bibliotece zdjęcie przedsiębiorcy z aktorem Andym Garcią. Biznesmen chętnie je pokazuje. Film z hollywoodzką gwiazdą "City Island", który Hajdarowicz współprodukował, dostał nagrodę publiczności na festiwalu Tribeca w Nowym Jorku. We francuskim Deauville we wrześniu doczekał się owacji. Wcześniej spółka Gremi Film Production była koproducentem m.in. "Night- watching" Petera Greenawaya.
Czy uprawiany od kilku lat kitesurfing to – oprócz kontaktów z Hollywood – kolejne potwierdzenie statusu, jaki Hajdarowicz osiągnął? Czy z deską i małym spadochronem trzeba ruszać aż do Brazylii? – Jeżdżę też do Chałup, ale warunki trudno porównać. Woda jest u nas taka zimna – odpowiada biznesmen. I zapewnia, że kitesurfing nie jest szczególnie drogi. Po rozmowie wsiada do wielkiego metalicznego hummera. Wybiera się nim do ekscentrycznego twórcy Radia RMF FM Stanisława Tyczyńskiego, z którym się przyjaźni. [srodtytul]Przypadek z posłem [/srodtytul] Nie ma obsesji związanej z dawnymi przeciwnikami politycznymi. Twierdzi, że atmosfera wiecznych rozliczeń nie sprzyja rozwojowi kraju. Nie hołubi też szczególnie styropianowych weteranów, choć przyznawał się nawet do rzucania w ZOMO koktajlami Mołotowa, był w Radzie Politycznej KPN, został krakowskim radnym tej partii, ubiegał się też dla Konfederacji o poselski mandat w 1989 roku. Zrozumiał, że warto być biznesmenem, gdy z torbą na ramieniu szukał funduszy dla wychodzącego bez zezwoleń pisma KPN, jakie wydawał. To wtedy zaimponowali mu znani małopolscy przedsiębiorcy Henryk Kuśnierz i Andrzej Gocman. – Nie wahali się zamieścić reklamy w takim wydawnictwie. Byli dla mnie guru biznesu – wspomina Hajdarowicz. Pytany o obecne wzorce z branży, już niczyim autorytetem się nie podpiera. Kuśnierz, współwłaściciel fabryki kosmetyków Hean i jeden z założycieli spółki Krakchemia, nie wątpi, że "Grzegorz ma talent do biznesu". – Trzeba działać niekonwencjonalnie, by przy takiej konkurencji, jaka jest dziś, wybić się ponad przeciętność – chwali. Dziś firmy Hajdarowicza zatrudniają ok. 2,5 tysiąca osób. Poproszony o dane, musi to najpierw sprawdzać. Zaczynał w 1991 roku od handlu farmaceutykami z kilkoma tysiącami dolarów w kieszeni, na jakie ciężko zapracował za oceanem. Potem nieobce były mu statki czy meble. Nie wszystko szło zresztą jak po maśle. Zarobił krocie na preparacie Tołpy, ale w kilka miesięcy niemal wszystko stracił. Nie zyskał sympatii osób, które zwolnił przy okazji restrukturyzacji kupowanych firm. Ani części lokatorów bloków nowohuckiego osiedla, gdzie w 1997 roku wykupił mieszkania. W mediach huczało, że chce wyrzucać ludzi na bruk. Nic takiego nie zrobił. Do dziś wspomina jednak te zarzuty z żalem. Także z racji interpelacji, jakie złożył do prokuratora krajowego na prośbę lokatorów poseł PiS Zbigniew Wassermann. – Musiałem kilkakrotnie składać zeznania. Niepotrzebnie straciłem masę czasu – opowiada. Polityk PiS zapewnia z kolei, że nie polował na Hajdarowicza. – Interesuję się ustawą o mieszkaniach zakładowych. To kompromitacja państwa, że z powodu luki w przepisach sprzedawano bloki razem z mieszkańcami, nierzadko za bezcen – tłumaczy Wassermann. – Pan Hajdarowicz zachował się wtedy w porządku. Odsprzedał mieszkania lokatorom za godziwe pieniądze. Inni biznesmeni często postępowali inaczej. – Doświadczenia z posłem Wassermannem ostatecznie zmobilizowały mnie, by pójść po papiery do IPN – twierdzi Hajdarowicz. – Moja teczka jest dość gruba i choć nie miałem czasu wielu rzeczy czytać, jestem dumny z tego, co już znalazłem. [srodtytul]Brak klimatu dla biznesu [/srodtytul] Hajdarowicz narzeka na warunki do prowadzenia biznesu w kraju. – Wielu ludziom przeszkadza, że ktoś odniósł sukces – mówi. – W ciągu ostatnich dwóch lat trochę się to poprawiło, ale wciąż marnujemy szanse. Dodaje, że np. pani naczelnik Urzędu Skarbowego w Nowej Soli "zawdzięcza" zamknięcie fabryki mebli. Kilka lat temu obawiał się, że spotkają go podobne kłopoty jak Romana Kluskę, byłego szefa Optimusa, niesłusznie zatrzymanego za rzekome wyłudzenie podatku VAT. Hajdarowicz poszedł po pomoc do swoich pracowników, do związkowców. "Wjechali" razem do urzędu kontroli skarbowej. Pokazali, że zamierzają ocalić firmę. Sprawy, jakie przeciwko niemu wytoczono, udało się wygrać w sądzie. Zarzuty stawiane po kontrolach się nie potwierdziły. Ale i "zajazd" niewątpliwie pomógł. – Umieszczenie przez tygodnik "Wprost" na liście najbogatszych 100 Polaków (gdzie trafił w 1995 roku na 86. pozycję z majątkiem, który oszacowano na 100 miliardów starych złotych) też raczej biznesmenom przeszkadza – twierdzi przedsiębiorca. Według niego budzi to niezdrowe emocje. Czasem przytrafiają się też biznesowe porażki. Jego przedsiębiorstwu robót czerpanych i podwodnych Dragmor nie powiodło się w Szczecinie i Kazachstanie. Za to firma będzie robić interesy z biopaliwami w Brazylii. Zresztą w Kazachstanie też udało się ostatecznie wyjść na swoje. Czemu trafił akurat tam? – Także dlatego, że moja babcia spędziła tam na zesłaniu razem z moja maleńką wówczas mamą siedem lat – odpowiada Hajdarowicz. Niewielu radykalnych działaczy opozycyjnych zarobiło w wolnej Polsce spore pieniądze. Jeszcze mniej zadbało przy tym o spełnienie marzeń. 44-letni Hajdarowicz nie zapomniał, czym jest prawdziwa frajda. Jej częścią jest zakup "Przekroju". Tygodnik od wczoraj ukazuje się we wtorki, a nie w czwartki jak dotychczas, i w lekko zmienionej szacie graficznej. O jego zakup biznesmen zabiegał od dawna. Pierwsze udziały w "Przekroju" Hajdarowicz kupił od Orkli już dziesięć lat temu, a później Edipresse regularnie dostawało jego ofertę odkupienia reszty. – Ludzie z Reformackiej, gdzie mieściła się przed laty siedziba tygodnika, zmarnowali okazję, jaką im oferowałem– uważa. – Kiedy tam poszedłem, miałem 34 lata. Niektórzy patrzyli na mnie jak na gówniarza. Powinni żałować, że nie wykorzystali mojej energii. [srodtytul]Prasowy krok [/srodtytul] Nie zamierza przenosić gazety z powrotem do Krakowa, ale nie wyklucza, że tam, gdzie tygodnik się narodził, powstanie jego oddział. – Współpracować z nami będą dziennikarze związani z Krakowem: Katarzyna Janowska czy Bogdan Rymanowski – zapowiada. Hajdarowicz, absolwent politologii na Uniwersytecie Jagiellońskim, sam parał się dziennikarstwem. Był zastępcą redaktora naczelnego tygodnika "Polska Gazeta" w Nowym Jorku, p.o. szefa "Depeszy" wychodzącej w latach 90. w Krakowie, wspólnie z Czesławem Okińczycem wydawał "Gazetę Wileńską". Teraz z dumą oznajmia, że grafikę do kolejnego numeru "Przekroju", który przejął od koncernu Edipresse, przygotował Daniel Horowitz, syn słynnego fotografika Ryszarda Horowitza. Czemu do "Przekroju" dorzucił "Sukces" kupiony od Zbigniewa Jakubasa? Drugi tytuł powinien wzmocnić wydawnictwo, choć nakład obu jest daleki od planów biznesmena. – "Sukces" ma zmierzać w kierunku "Vanity Fair" – zapowiada. Na razie nie planuje budowy koncernu. – Ale kto wie? – zastanawia się. Redaktor naczelny "Przekroju" Jacek Kowalczyk nie obawia się krakowskich wpływów na łamach w związku z sentymentami nowego właściciela. Tak jak on chce, by udało się stworzyć tygodnik inny od pozostałych, który – jak zamierza Hajdarowicz – miałby w ciągu roku czy półtora sprzedawać się w 100 – 120 tys. egzemplarzy. – W przyszłości może nawet 180 tysięcy – twierdzi przedsiębiorca i przypomina, że w latach 70. "Przekrój" osiągnął nakład 700 tys. egzemplarzy. Tyle że konkurencji praktycznie nie było. Zamiary zweryfikuje rynek. Pismo, którego sprzedaż oscyluje dziś wokół 50 tys. egzemplarzy – jak to dyplomatycznie ujmuje redaktor Kowalczyk – notowało w ostatnich miesiącach spory spadek, więc specjalista od restrukturyzacji, za jakiego uchodzi nowy właściciel, bez wątpienia mu się przyda. Czy potem przedsiębiorca pozbędzie się obu tytułów? – zastanawia się branża wydawnicza. Ekonomiści przypominają, że kupować trzeba, kiedy firma jest tania, a gdy jej wartość wzrośnie, sprzedawać. Jednak właściciel Gremi Film Production, choć nieraz firmy z zyskiem sprzedawał, dziś zapewnia, że nie zamierza szybko pozbywać się nowych nabytków. [srodtytul]Rola dla Nicole Kidman [/srodtytul] Hajdarowicz przyznaje, że najprzyjemniejszych wrażeń dostarcza mu magia ekranu. Stąd wzięła się inwestycja w produkcję "Zakochanego Anioła". Witold Bereś, który go do tego namówił, miał potem napisać scenariusz specjalnie dla Nicole Kidman. – Zagrałaby w filmie o papieżu matkę, ale nie tę Ojca Świętego – ujawnia Hajdarowicz. Żałuje, że scenariusz, o którym rozmawiali w samolocie, nie powstał. Jego firma nie ma wprawdzie z piękną Nicole kontaktów, ale Hajdarowicz zauważa, że to nie jest niemożliwe. Niedawno jadł przecież kolację z Harrisonem Fordem i rozmawiał o produkcji, w której zagrałby Al Pacino albo Bruce Willis. Twierdzi, że w przyszłości znalazłby też coś dla Michelle Pfeiffer. – Nie chcemy jednak fabryki filmów. Zamierzamy produkować jeden obraz rocznie – deklaruje. To dla większej frajdy, niż dają mu Krakowskie Centrum Inwestycyjne, którym kieruje, czy udziały w NFI Jupiter. Tłumaczy, że nie chce tylko kupować kolejnych firm i pracować od świtu do nocy, bo to prosta droga do choroby lub zawału. – Cenię to, że oprócz pieniędzy ma z tego, czym się zajmuje, satysfakcję i sporo radości – mówi Jerzy Mazgaj, prezes firmy Alma Market, przyjaciel Hajdarowicza. – W dodatku wchodzi w trudny segment, bo media papierowe w zasadzie wszędzie są w odwrocie. Ale i w tej dziedzinie sukces jest możliwy, skoro ktoś ma ułańską fantazję i entuzjazm, by angażować się w branżę filmową. Bo w końcu miło jest odbierać e-maile od Weroniki Rosati czy mieć kontakty z George'em Clooneyem. Czy Grzegorz Hajdarowicz wróci do polityki? – Był dobrym studentem, ale dyplom ukończenia studiów odebrał dopiero kilka lat po obronie pracy magisterskiej – opowiada jego kolega z roku, dziś znany politolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego. – To było w czasie kampanii wyborczej, gdy wszyscy interesowali się brakiem magisterium Aleksandra Kwaśniewskiego. Zapytałem Grzegorza, czy zamierza się w przyszłości ubiegać o fotel prezydenta, a on stwierdził, że na wszelki wypadek woli mieć ten dokument. Sam przedsiębiorca nie mówi wyraźnie "nie". – Jestem za młody. W tej dziedzinie aktywni powinni być dżentelmeni po 50., a jeszcze lepiej – 60. – twierdzi. W branży marzeń ma zresztą sporo do zrobienia. Tym bardziej że zakłada, iż pożyje w dobrym zdrowiu jeszcze jakieś… 76 lat. – Do 120. Może wtedy będą już nowe podzespoły dla takich jak ja – przewiduje półżartem. W latach 2014 – 2015 chciałby dostać Oscara. – Tak, żebym to ja go odebrał w imieniu firmy – zaznacza. Dodaje, że najstarsza córka, która studiuje socjologię w Amsterdamie, mogłaby zostać producentem filmowym. 13-letni dziś syn w marzeniach ojca byłby reżyserem. Najmłodsza, ośmioletnia, która wykazuje talenty aktorskie, zagrałaby w wyreżyserowanym przez brata filmie. – A tatuś by to wszystko sfinansował – podsumowuje.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL