Kolekcje

Są w doskonałym stanie, bo rzadko opuszczają sejfy

Marek Jakub Biń, rzeczoznawca zegarów antycznych i zegarków
Fotorzepa, Piotr Cegłowski PC Piotr Cegłowski
Zasada mówiąca, że inwestycja w dawne zegary może być alternatywą dla giełdy sprawdza się w przypadku cennych, ściśle limitowanych zegarków naręcznych. Rozmowa z Markiem Jakubem Biniem, rzeczoznawcą zegarów antycznych i zegarków
Marek Jakub Biń, rzeczoznawca zegarów antycznych i zegarków
[b]Rz: Inwestycja w dawne zegary może być alternatywą dla giełdy. Czy podpisałby się pan pod takim twierdzeniem?[/b] Marek Jakub Biń: Oczywiście, tak. Zastrzegłbym jednak, że reguła ta dotyczy tylko części rynku. Najlepiej sprawdza się w przypadku cennych, ściśle limitowanych zegarków naręcznych. Kupując unikatowy egzemplarz, firmowany przez prestiżowego producenta, możemy liczyć na roczny wzrost wartości na poziomie 30 proc. Nic więc dziwnego, że ceny najciekawszych zegarków, przyspieszających bicie serca każdego kolekcjonera, sięgają setek tysięcy, a nawet kilku milionów euro. Warto wyjaśnić, że przed laty nie mówiono w ogóle o limitowaniu produkcji tak jak obecnie. Po prostu niektóre dzieła sztuki zegarmistrzowskiej powstawały w kilku egzemplarzach, bo tylu można było znaleźć nabywców. Już w chwili zakupu były bardzo drogie. Dlatego przechowywano je w doskonałych warunkach, przekazując z ojca na syna. W związku z tym większość bardzo cennych zegarków zwykle jest w doskonałym stanie.
[b]Takiego zegarka nie nosi się na co dzień?[/b] Tej klasy egzemplarze na ogół przechowywane są w sejfach, w których powietrze ma odpowiednią wilgotność i temperaturę. Trzeba je nakręcać od czasu do czasu. I to wszystko. [b]Dlaczego wartość zegarków naręcznych rośnie szybciej niż kieszonkowych?[/b] Co prawda najcenniejsze eksponaty bardzo rzadko są noszone, ale na ceny mają wpływ walory użytkowe. Trudno mi sobie wyobrazić poważnego biznesmena, który na eleganckie spotkanie wkłada kamizelkę, przypina do niej łańcuszek i zegarek kieszonkowy. Byłaby to ekstrawagancja granicząca z dziwactwem. Zupełnie inaczej wygląda to w przypadku zegarka naręcznego. Jest on akceptowanym elementem męskiej biżuterii, podobnie jak okulary i spinki. [b]Nieprzemijającym symbolem prestiżu i jakości jest firma Patek Philippe & Co.[/b] To wspaniałe, że założyciel firmy, nasz rodak Antoni Norbert Patek, wniósł tak ważny wkład do historii światowego zegarmistrzostwa. Brał on czynny udział w powstaniu listopadowym, po którym wyemigrował za granicę. O jego patriotyzmie świadczą zegarki z wizerunkami Tadeusza Kościuszki, Bartosza Głowackiego zasłaniającego czapką lufę armaty czy Matki Boskiej Częstochowskiej. Po upadku powstania styczniowego stosował żałobny symbol – niello (jest to rodzaj czarnej emalii). Dla Polaka taki zegarek ma szczególną wartość materialną i emocjonalną. Znam dwóch wybitnych kolekcjonerów specjalizujących się w zbieraniu czasomierzy związanych z naszą historią. Odwiedzają aukcje na całym świecie, wzbogacając swoje zbiory. Na naszych ziemiach działało kilku znakomitych zegarmistrzów. Najbardziej znani to Schepke z Warszawy i Krosz z Krakowa. Żyli w XVIII wieku. Liczącymi się ośrodkami sztuki zegarmistrzowskiej były nie tylko Gdańsk, Toruń i Wrocław, ale też niewielki Tarnów. [b]W XVIII wieku bogato zdobiony zegar kosztował tyle co kilka dymów (gospodarstw), a nawet cała wieś.[/b] Obecnie jego wartość jest nieporównywalnie niższa, sięga kilkudziesięciu tysięcy złotych. Zegary znacząco potaniały w XIX wieku, gdy zaczęto je wytwarzać na skalę przemysłową. [b]W polskich antykwariatach królują zegary przywożone z Europy Zachodniej.[/b] Na długo przed przemianą ustrojową, już w latach 70., zaczęto sprowadzać z Francji zegary kominkowe. Prywatny importer mógł zarobić na takiej transakcji 100 proc., połowę ówczesnej ceny malucha. Obecnie sporo jest na rynku czasomierzy z XIX wieku, przywożonych z Belgii i Holandii. Francuskie antykwariaty ze wszystkiego, co ma znaczną wartość, wyczyścili zamożni rosyjscy inwestorzy. Ze względu na walory estetyczne modne są u nas wysokie angielskie zegary podłogowe typu longcase, wyceniane najczęściej na 20 – 50 tys. zł. Na własny użytek dzielę je na dwa rodzaje: pałacowe, w skrzyniach o bogatych zdobieniach i pięknych intarsjach, oraz znacznie skromniejsze, dworskie. Szczególnie godne zainteresowania są egzemplarze sygnowane przez wybitnych zegarmistrzów. Kilka lat temu pojawił się na naszym rynku prawdziwy rarytas, longcase wykonany przez Qualle’a. Cena wywoławcza wynosiła 600 tys. zł, a finalna niecałe 200 tys. zł. Nabywca zrobił świetny interes. [b]Co radziłby pan potencjalnym inwestorom?[/b] Po pierwsze jestem przekonany, że ktoś, kto zdecyduje się ulokować pieniądze w zegarach, szybko zostanie kolekcjonerem. Po drugie należy konsultować się ze specjalistami. Osoba o małej wiedzy może łatwo paść ofiarą oszusta. Sam doprowadziłem do zdjęcia z prestiżowej aukcji zegarka Tourbillon z pozornie niewysoką ceną wywoławczą 36 tys. zł. Była to najzwyklejsza chińska podróbka. [i]rozmawiał Piotr Cegłowski[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL