fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Książki w epoce migracji

Kongijski pisarz spotkał się ze swymi polskimi czytelnikami w Warszawie
Fotorzepa, Darek Golik DG Darek Golik
Rozmowa z Alainem Mabanckou. Kongijski pisarz opowiada o cierpieniu Afryki, cyfrowej Biblii i nowej erze światowej literatury
[b] Bohaterowie obu pańskich powieści wydanych w Polsce to pijaczyna i niedoszły morderca. Interesują pana tylko złamane życiorysy?[/b]
[b]Alain Mabanckou:[/b] Dorastałem wśród zepchniętych na margines, w biednym kongijskim mieście Pointe-Noire. Afrykańczykom, którzy żyją w rozpaczy, chcę dać nadzieję. W "Stu latach samotności" opisani są ludzie źli, chorzy, złamani, ale trwający w magicznym świecie. Podobną przestrzeń starałem się stworzyć w "African Psycho". Tytułowy bohater wierzy, że osiągnie zbawienie poprzez zbrodnię.
[b]Co mu podsunęło taki pomysł? [/b]
Zachodnia cywilizacja korumpuje afrykańskie umysły. Ludzie oglądają "Rambo" albo "Człowieka z blizną" i chcą być jak Stallone i Pacino. To także pragnienie ucieczki, bo reguły życia społecznego w Afryce są nie do zniesienia. Kwitną dyktatury. Afryka nie jest biedna, jest okradana przez swych przywódców. I cierpi.
[b]Obie powieści napisał pan językiem mówionym. W "Kielonku" nie ma nawet kropek ani wielkich liter. Dlaczego? [/b]
Napisanych słów można się w Afryce wyprzeć, ale wszystko, co się powie, ma konsekwencje. Bo trwa w czyjejś pamięci. Długo przed kolonizacją opowiadaliśmy i spisywaliśmy historie własnymi słowami. Teraz mieszam język francuski ze stylem, w jakim mówimy na ulicach Brazzaville czy Pointe-Noire.
[b]Tytułowy Kielonek siedzi w barze i archiwizuje losy jego klientów. To samo robią miliony blogerów na świecie. Skąd ta mania potwierdzania swojego istnienia? [/b]
Pewnie ze strachu przed śmiercią, to pragnienie sławy, chęć zatrzymania czasu. Trudno mi mówić za innych, sam nie wiem, dlaczego jestem pisarzem. Obudziłem się któregoś dnia i zapisałem, co miałem w głowie.
[b]Chcemy spisywać i utrwalać życie, ale niebawem książki będziemy czytać w formatach cyfrowych – nienamacalnych, nierzeczywistych.[/b]
Nie wierzę, by papier mógł zniknąć. Od lat słyszę proroctwa o śmierci książek, a przecież nie przestaniemy ich potrzebować. Wyobraża sobie pani, że wierni w kościołach śpiewają psalmy z komputerów? Jezus by się zdziwił prognozami o rychłym zniknięciu Biblii. Prędzej niż książki znikną komputery.
[b]Miał pan 20 lat, gdy wyjechał z Konga. Tak robią tam wszyscy, którzy chcą coś osiągnąć? [/b]
Od wyjazdu zależało moje życie. Jechałem do Paryża z planami kariery prawniczej, w Kongu nie mogłem wówczas robić doktoratu. Pojechałem, bo dostałem stypendium uwarunkowane zobowiązaniem, że wrócę do kraju. Gdyby pisarski plan nie wypalił, wróciłbym. I to samo powinni zrobić afrykańscy imigranci, którzy wegetują w Europie na zasiłkach. W ojczyźnie nie musieliby żebrać. Znaleźliby zajęcie, pomoc. U siebie byliby nowymi ludźmi.
[b]A pan – afrykański pisarz wykładający literaturę francuską na kalifornijskim uniwersytecie – gdzie czuje się u siebie? [/b]
Żyję na trzech kontynentach, moim domem jest świat. Chciałbym jednak uchodzić za Kongijczyka, któremu Europa i Ameryka dały gościnę.
[b]Czy literatura przyszłości należy do was – transkontynentalnych autorów żyjących na walizkach? [/b]
Ona już należy do pisarzy takich jak Zadie Smith, Hanif Kureishi czy Salman Rushdie. Żyjemy w stuleciu migracji, więc literatura musi poszukiwać nowych terytoriów, by podpowiadać, jak pozostać sobą w drodze. Jak przewozić swoją tożsamość kulturową do innych krajów. Literatura ma umożliwiać spotkanie i zbliżenie. Być podróżą, która pozwoli pojąć rzeczywistość.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA