fbTrack

Świat

Walka o symbole złączyła Polaków w Niemczech

Ustawa z 1940 r. podpisana przez Hermanna Göringa delegalizująca polskie organizacje w Niemczech formalnie obowiązuje do dzisiaj. Na zdjęciu z Adolfem Hitlerem
AFP
To pierwsza od lat wspólna inicjatywa organizacji polonijnych w Niemczech. Lepszego dnia niemieccy Polacy wybrać nie mogli.
Za tydzień Angela Merkel będzie na Westerplatte, gdzie strzały z pancernika „Schleswig-Holstein” rozpoczęły napaść III Rzeszy na Polskę i II wojnę światową, organizacje polonijne apelują do kanclerz RFN o unieważnienie rozporządzenia, które anulowało polską mniejszość. Na jego mocy zlikwidowano i odebrano majątek wszystkim polskim organizacjom w Niemczech. W wyniku tego aktu aresztowano około 2 tys. ich działaczy i wymordowano w obozach koncentracyjnych.
Wprawdzie w dzisiejszych Niemczech istnieją organizacje polonijne, które kontynuują działalność poprzedniczek, jednak nie odzyskały dawnych praw wynikających właśnie z posiadania statusu mniejszości. Oznacza to m. in., że nie otrzymują od państwa niemieckiego wsparcia finansowego. Czują się co najwyżej tolerowane. Jedną z takich organizacji jest Związek Polaków w Niemczech (ZPwN). Kiełkował już w państwie pruskim, ale formalnie powstał w 1922 r. i grupował niezależne organizacje polonijne. Do wybuchu wojny i delegalizacji jego główną siedzibą był Berlin. Ponownie został zarejestrowany w RFN w 1950 r. ZPwN ratuje swoje finanse, pobierając liche składki, te jednak nie pozwalają na realizację poważniejszych przedsięwzięć. Jego obecny szef Marek Wójcicki żartuje sarkastycznie: „Dobry Polak to milczący Polak”. Sam jest „złym Polakiem”, bo nie milczy i otwarcie domaga się przywrócenia dawnego statusu.
[srodtytul]Torpedowanie struktur własnymi rękami[/srodtytul] Gdy w marcu 1938 r. zwołano w berlińskim Teatrze Ludowym kongres Polaków, wzięło w nim udział aż 5 tys. delegatów. Niemiecka Polonia miała wówczas swoje struktury gospodarcze, spółki rolno-handlowe, spółdzielnie i zjednoczenia zawodowe, drukarnie, gazety, szkoły, bursy, instytucje opieki socjalnej, prężnie działające stowarzyszenia kulturalne, zespoły artystyczne, kluby sportowe. Obroty tylko jednego z berlińskich instytutów kredytowych, Banku Słowiańskiego, wyniosły na rok przed wybuchem wojny 3,3 mln reichsmarek. Kongres delegatów przeszło półtoramilionowej polskiej mniejszości w Rzeszy był gigantyczną manifestacją jedności.  Po wojnie jedności wśród Polaków w RFN już nie było i nie ma właściwie do dziś. Powstały licznie małe stowarzyszenia – od chórów przez organizacje parafialne po sportowe – ale bez przywrócenia Polakom prawa mniejszości nie miały większego znaczenia. Do pierwszych zatargów i rozłamów wśród Polonii doszło już w 1950 r., w chwili reaktywacji ZPwN. Jego członkowie podzielili się na tych, którzy nie chcieli dialogu z komunistyczną Polską i tych, którzy optowali za współpracą. W efekcie powstał Związek Polaków Zgoda, uznany przez komunistów. Dzięki temu korzystał z różnorakich przywilejów i ułatwień w kontaktach ze starą ojczyzną. Po bankructwie PRL animozje między Polonusami zamiast zmaleć, jeszcze bardziej się nasiliły. Gdy były prezydent Aleksander Kwaśniewski spotkał się w kolońskiej ambasadzie RP z organizacjami polonijnymi, nie było wiadomo, kto kogo reprezentuje i z kim powinien rozmawiać. Głos zabrał Janusz Marchwiński, który przedstawił się jako przewodniczący Polskiej Rady w Niemczech. Tyle że Marchwiński, wówczas 48-letni niedoszły absolwent Wydziału Aktorskiego PWSTiF w Łodzi, jedynie zagrał rolę przewodniczącego na użytek Kwaśniewskiego. Zgodnie z orzeczeniem sądu w Bonn bowiem, a także komisji rewizyjnej rady, przewodniczącym nie był. Niemieccy Polonusi mogą więc mówić o podwójnym storpedowaniu swych struktur: za sprawą hitlerowskiego rozporządzenia i cztery dekady później z własnej winy. [srodtytul]Penetrowane przez niemieckie MSW?[/srodtytul] Polacy w RFN nie mieli szczęścia do swych działaczy. Pierwszą z wielu prób stworzenia organizacji „parasolowej” – zrzeszającej inne stowarzyszenia, na wzór przedwojennego Związku Polaków w Niemczech, było powołanie Kongresu Polonii Niemieckiej na zjeździe w Dortmundzie w 1992 r. Choć na jego czele stanął ksiądz dr Jerzy Sobkowiak, to nawet boska pomoc nie uchroniła go od wewnętrznych konfliktów. A kongresowcom nigdy nie udało się przejąć roli przywódców organizacji polonijnych, choć początkowo skupili w swych szeregach 40 stowarzyszeń. Skończyło się na odśpiewaniu przez ks. Sobkowiaka „Boże coś Polskę...” na sympozjum w ewangelickiej Akademii w Mühlheim/Ruhr we wrześniu 1995 r. – zjeździe przedstawicieli 80 polonijnych organizacji, od muzyków i sportowców po Związek Żołnierzy Kresowych i Polską Partię Socjalistyczną. W jego efekcie miała powstać Polska Rada w Niemczech. [wyimek]Organizacje polonijne nie odzyskały praw wynikających z posiadania statusu mniejszości. Dlatego nie dostają pieniędzy[/wyimek] Spotkanie odbyło się za pieniądze… niemieckiego MSW, włącznie ze zwrotem kosztów za noclegi i dojazdy, oraz przy udziale niemieckiego prawnika Edgara Kellera – autora projektu statutu organizacji. Po karczemnych awanturach część działaczy, okrzykniętych potem kolaborantami, zdecydowała się podpisać protokół założycielski i przeprowadzić wybór rady. Po kilkakrotnym składaniu przez nich dokumentów do rejestracji sąd grodzki w Bonn… odrzucił wnioski bez możliwości odwołania się, z uzasadnieniem, że podjął tę decyzję „w interesie samego stowarzyszenia”. Podczas gdy inne organizacje polonijne bezskutecznie dobijały się o dofinansowanie działalności, nieistniejący zarząd nieistniejącej rady otrzymał od niemieckiego MSW 40 tys. marek na urządzenie biura. Ówczesny szef Związku Polaków w Niemczech prosił w tym czasie to samo ministerstwo o dofinansowanie uroczystości 75-lecia swej organizacji i dostał odmowę. (Organizacje polonijne mogą być dofinansowywane zarówno z funduszu federalnego, jak i landów.) Ponieważ Rada formalnie nie istniała, niemieckie MSW przelało tę kwotę na konto Stowarzyszenia Popierania Języka i Kultury Polskiej w Kolonii, które zobowiązało się pisemnie, że po utworzeniu rady pieniądze odda. Nie było komu, bo tymczasem powstały dwie rady, mające dwóch prezesów, wyniszczających się nawzajem. Wiele organizacji zarzucało im podporządkowanie i penetrowanie przez niemieckie MSW. Ostatecznie powstało kilka przedstawicieli Polonii. M.in. Chrześcijańskie Centrum na rzecz Krzewienia Języka, Kultury i Tradycji Polskiej w Niemczech powołane w 1994 r., obejmujące 65 ośrodków parafialnych, 22 stowarzyszenia i indywidualnych członków. W 1998 r. największe zrzeszenia polonijne, w tym skłócone wcześniej Kongres Polonii Niemieckiej, Związek Polaków w Niemczech i Związek Polaków Zgoda, powołały wspólny Konwent Organizacji Polskich w Niemczech – z poszanowaniem integralności poszczególnych związków. Choć rząd RFN Konwentu jeszcze nie uznaje za przedstawiciela całej polskiej społeczności, po raz pierwszy w powojennej historii Polacy w Niemczech zaczęli mówić jednym głosem. [srodtytul]Współobywatele z polskim pochodzeniem[/srodtytul] W RFN za mniejszości narodowe uznane są jedynie duńska, fryzyjska, serbołużycka, Sinti i Romów. Polacy, zgodnie z dzisiejszą argumentacją, nie stanowią grupy etnicznej, lecz ludność napływową. Co zakrawa na paradoks, Związek Polaków w Niemczech jest członkiem założycielem Federacji Europejskich Mniejszości Narodowych, ale we własnym kraju zrzesza „osoby posiadające niemieckie obywatelstwo, które są polskiego pochodzenia”. Dla niemieckich instytucji mniejszość narodowa Polaków nie istnieje, choć wedle oficjalnych danych aż 62,8 proc. obywateli RFN z polskimi korzeniami ocenia swą znajomość języka polskiego jako „bardzo dobrą”, a tylko 16,5 proc. jako „niewielką”. Liczby te można znaleźć m.in. w najnowszej ekspertyzie opublikowanej przez Instytut Stosunków Zagranicznych w styczniu 2009 r. na zlecenie pełnomocnika rządu RFN do spraw kultury i mediów zatytułowanej „Między dwoma światami”. Autor tej analizy, historyk, znawca dziejów wschodniej Europy Sebastian Nagel, konkluduje, że 1,5 – 2 mln obywateli Niemiec, którzy „z powodu pochodzenia mają szczególny stosunek do języka polskiego, kultury i tradycji”, stanowi w republice na tle innych narodowości niezwykle „heterogenną, niewidoczną grupę”. Jak pisze, przodkowie niemieckich Polaków wywodzą się z czasów rozbiorów Polski, począwszy od 1772 r. Wtedy nazywano ich „preussische Polen”, nieco później, w okresie industrializacji, „Ruhrpolen”, dziś do ich określenia używa się semantycznych dziwolągów, jak „polskojęzyczni”, „współobywatele z polskim pochodzeniem” itp.  Znawcy przedmiotu w RFN wiedzą o uznaniu Polonii za mniejszość narodową w 1922 r. przez Republikę Weimarską czy o wprowadzeniu posłów z polskich list do Pruskiego Landtagu i Reichstagu. W okresie szykanowania i prześladowań w ostatnich latach przed wybuchem wojny członkowie mniejszości ze strachu masowo zniemczali swe nazwiska. Z Krawca robił się Karwitz, z Sikory – Schikora, z Przybyły – Przibilla.  Za komunizmu oprócz imigrantów politycznych do RFN napłynęła nowa fala uchodźców ekonomicznych, którzy na siłę szukali fotografii dziadków w Wehrmachcie, by móc żyć w lepszym świecie i skorzystać z wydatnej pomocy w nowej ojczyźnie. Nawet w piersiach tych tzw. późnych przesiedleńców, którzy faktycznie mają niemieckie korzenie, a wychowali się w Polsce, biją dziś dwa serca. Działacze polonijni boją się, że przy obecnym traktowaniu ich stowarzyszeń efemeryczna grupa narodowościowa Polaków w Niemczech z czasem przestanie istnieć. Pomoc Warszawy ogranicza się do błogosławieństw kolejnych premierów, prezydentów i okazjonalnie przyjeżdżających polityków niższej rangi. Polski rząd co prawda wspiera organizacje polonijne, ale głównie na Wschodzie. Wsparcie niemieckich władz ogranicza się do symbolicznego minimum i nie wypełnia treścią nawet zobowiązań ujętych w traktacie dobrosąsiedzkim. Rząd RFN zadeklarował w nim wspieranie Polonii, z finansowym włącznie, ale tłumacząc się brakiem pieniędzy, nie wypełnia go i polskie organizacje w Niemczech są praktycznie zdane tylko na siebie. Polacy w RFN nie chcą być Niemcami polskiego pochodzenia drugiej kategorii. Goszcząc w Związku Wypędzonych z okazji Dnia Stron Ojczystych, kanclerz Merkel obsypała pochwałami organizację Eriki Steinbach za rolę „mostu” i nazwała wysiedleńców „ambasadorami pojednania”. – Jeśli tak, to kim my jesteśmy, elementem zakłócającym ten proces? – pyta z wyrzutem Marek Wójcicki. Z apelem polskich organizacji do szefowej rządu RFN o anulowanie nazistowskiego rozporządzenia piłka znalazła się po niemieckiej stronie. [ramka][i]Tłumaczenie listu do Angeli Merkel:[/i] [srodtytul]Wielce Szanowna Pani Kanclerz[/srodtytul] W imieniu i na podstawie pełnomocnictwa licznych polskich organizacji i stowarzyszeń w Niemczech zwracam się do Pani w sprawie dotyczącej stosunków niemiecko-polskich. Kontakty między Niemcami a Polską rozwijają się obecnie tak dobrze jak nigdy dotąd. Obydwa państwa są członkami Unii Europejskiej, paktu północnoatlantyckiego i licznych organizacji międzynarodowych; są dla siebie ważnymi partnerami gospodarczymi. Współpraca naukowa i kulturalna rozwija się pomyślnie. Wszystko to jest możliwe, gdyż wspólnym wysiłkiem wielu Niemców i Polaków zostały usunięte przeszkody z trudnej niemiecko-polskiej przeszłości. Jednak, niestety, pozostaje nadal formalnie co najmniej jedna taka przeszkoda: rozporządzenie Rady Ministrów na rzecz Obrony Rzeszy w sprawie organizacji polskiej grupy narodowej w Rzeszy Niemieckiej z dnia 27 lutego 1940 r. Rozporządzenie to zostało wydane z mocą ustawy. Zgodnie z § 1 ust. 1 zdanie 1 tego rozporządzenia zabroniona została działalność organizacji polskiej grupy narodowej. Dotyczy to stowarzyszeń, fundacji, spółek, spółdzielni i innych przedsiębiorstw. Poza tym nie mogły być zakładane nowe polskie organizacje (§ 1 ust. 1 zdanie 2). Rozporządzenie w sprawie organizacji polskiej grupy narodowej w Rzeszy Niemieckiej zostało wydane formalnie zgodnie z prawem. Podstawą był dekret Wodza (Führera) w sprawie utworzenia Rady Ministrów na rzecz Obrony Rzeszy z dnia 30 sierpnia 1939 r. Do tej pory nie nastąpiło wyraźne uchylenie rozporządzenia z dnia 27 lutego 1940 r. oraz stwierdzenie jego nieważności. Rozporządzenie to istnieje więc nadal w sensie prawnym. Wielce Szacowna Pani Kanclerz, wobec faktu 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej apeluję do Pani o skorzystanie z kompetencji wynikającej z art. 76 ustawy zasadniczej, według którego projekty ustaw zostają wnoszone także przez rząd federalny, oraz o zainicjowanie uchwalenia ustawy w sprawie uchylenia rozporządzenia z dnia 27 lutego 1940 r. i stwierdzenia jego nieważności. Ustawa taka miałaby ogromne znaczenie symboliczne, stanowiłaby wielki wkład w pielęgnowanie dobrosąsiedzkich stosunków między Niemcami i Polską. Z wyrazami szacunku. [i]Stefan Hambura[/i][/ramka] [i]Autor jest publicystą tygodnika „Wprost”[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL