Sztuka

Fabryka, farby i łóżko kombi

Marcin Łukasiewicz i Sebastian Junior w piątkowe popołudnie byli jeszcze zamknięci w fabryce. Kończyli pracę nad „Pocztówkami z Norblina”
Fotorzepa, Darek Golik DG Darek Golik
Ich pracownią była hala z maszynami. Myli się w umywalce, jedzenie dostarczali im znajomi. Dwóch artystów zamknęło się na tydzień w dawnej Fabryce Norblina po to, by stworzyć wyjątkowe obrazy. Efekt ich pracy można było podziwiać w piątek
Paprykarza? Coś do picia? – tymi pytaniami powitali nas Sebastian i Marcin. W piątek po południu, na kilka godzin przed końcem akcji, wciąż jeszcze pracowali w polowych warunkach. Marcin Łukasiewicz co prawda skończył już swój obraz, ale pomaga jeszcze koledze.
Sebastian Junior malarzem jest bowiem od zaledwie dwóch lat. Warszawiacy znają go raczej jako tatuażystę. Z pochodzącym z Lublina Łukasiewiczem jest odwrotnie – maluje zawodowo, tatuuje amatorsko. W ubiegłym roku wymyślili, że zamkną się w jakiejś przestrzeni na siedem dni, by namalować największe w swojej karierze obrazy. Nie myśleli o Norblinie, dopóki ich znajoma nie zaproponowała im tego miejsca.
Właściciel terenu, firma ArtNorblin, okazał się bardzo gościnny i nie czynił artystom żadnych problemów. Reprezentująca firmę Joanna Cybulska podkreśla, że jest otwarta na wszelkie działania artystyczne. Malarzy wpuszczono więc do fabryki bez cienia obawy. – To są przecież rozsądni ludzie – dodaje Cybulska. Prace, które powstały w ciągu tego tygodnia, artyści nazwali „Pocztówkami z Norblina”. [srodtytul]Pracownia pod nietoperzem[/srodtytul] Kiedy rozpoczynali projekt, ich znajomość była powierzchowna. Teraz – jak mówią – znają się doskonale. I po ponad 160 godzinach spędzonych prawie wyłącznie w swoim towarzystwie nie skaczą sobie do oczu. A warunki, w których żyli, nie były sielankowe. Po pierwsze, nie opuszczali murów fabryki nawet na chwilę. W sprawie jedzenia zdani byli na przyjaciół, nie korzystali z Internetu, nie interesowali się tym, co na zewnątrz. Nie mieli prądu, a jedynie agregat, który pozwalał naładować baterie w komputerze odtwarzającym muzykę. Substytutem kąpieli było mycie się przy umywalce, łóżka – bagażnik samochodu kombi. Spali w nim, bo w fabryce podobno są szczury i nietoperze. [srodtytul]Na obrazie, na kliszy, na taśmie filmowej[/srodtytul] Na dwóch obrazach stworzonych przez Sebastiana i Marcina widać... ich samych. W pierwszej godzinie pracy w Norblinie, kiedy każdy z nich składał z czterech blejtramów wielkoformatowe płótno. Żeby dokładnie oddać ten moment, posłużyli się zdjęciami Kasi Adamskiej, trzeciego ogniwa projektu. Ona nie zdecydowała się zamknąć razem z nimi, ale przychodziła codziennie fotografować postępy w pracy. Artystów podglądało też oko kamery. Paweł Wudarczyk stworzył film dokumentalny o ich pracy. Malarze śmieją się, że w ten sposób zmienili się z twórców w tworzywo. Również fabryka nie była tylko miejscem, ale swoistym uczestnikiem zdarzenia. Cisza pomagała malarzom się skupić, ale klimatyczne wnętrza i stare maszyny czasami zbytnio przyciągały ich uwagę. A dziury w dachu spowodowały, że po ostatnich nawałnicach widać na obrazach ślady deszczu. Sebastian i Marcin zdecydowali się ich nie tuszować. Olbrzymie obrazy można było zobaczyć podczas piątkowego finisażu. I na razie nie będą nigdzie eksponowane, bo większość galerii ich nie pomieści. Ale artyści się tym nie przejmują. Dla nich najważniejsze jest to, że udało im się zrealizować swój pomysł do końca.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL