Styl życia

Rybka zwana bacalhau

Lizbońska restauracja
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Przelot portugalskimi liniami TAP na trasie Warszawa-Lizbona, nawet w klasie biznes, nie wiąże się ze specjalnymi doznaniami kulinarnymi. Ale potem jest coraz lepiej
Rozmiękły omlet losowo nadziany szpinakiem, albo podwiędłymi pieczarkami, wczorajsze pokrojone owoce, gumiaste, zimne, równie wczorajsze buły do zagryzania nie wiadomo czego. Wszystko o podobnym smaku, czyli bez smaku. Samolot TAP ląduje w Warszawie późnym wieczorem, a wylatuje wcześnie rano, więc w posiłki dla pasażerów zaopatruje się na miejscu, chyba jednak nie w Lot Catering, który ostatnio stara się przekształcić z poczwary w motylka.. Dobrze byłoby, gdyby Portugalczycy trochę pognębili dostawcę, bo skoro jest anonimowy, to pracuje na ich, a nie na swoją markę.
Bezpośrednie połączenie na trasie Warszawa-Lizbona bardzo zbliżyło Polaków do portugalskiej kuchni, w której prawdziwym królem jest bacalhau czyli solony dorsz. Wielkie, czasami nawet kilkukilogramowe płaty tej ryby sprzedają niemal wszystkie sklepy z żywnością. Ryba wystawiona jest na słońce i choć dorsz z zasady jest chudy, to jednak ma zjełczały. To nieodłączny koloryt portugalskich miast. Ten dorsz jednak zmienia się w niebo w gębie, kiedy jest odpowiednio przygotowany. Tyle, że kawał ryby trzeba wymoczyć w wodzie, potem w mleku. Proces może potrwać nawet dwa dni, ale wtedy efektem jest kawał soczystej bielutkiej ryby słonej dokładnie tyle, ile trzeba. Teraz można z niej robić cuda. Piec, dusić, smażyć. W lizbońskim hotelu Dom Pedro kucharz przygotował bacalhau pieczone w towarzystwie rozmarynu, w panierce z orzechów. Ryba nie była moczona w jajku, orzechy zostały tylko mocno przyciśnięte do soczystego mięsa. Poezja.
Pakuję walizki na powrót do Warszawy. Wino z Alentejo. Koniecznie czerwone, aksamitne w smaku. Leciutkie vinho verde, które doskonale wchodzi latem, nawet kiedy pada, już można kupić w Polsce. Owcze sery Quejo de Serra, z których trzeba ściąć wierzch, żeby dobrać się kawałkiem bułki do płynnego wnętrza. Serce się ściska kiedy widzę giga krewetki po kilkanaście euro za kilo, którymi nakarmiłabym chętnie najlepszą część rodziny i paru przyjaciół. Tylko zdrowy rozsądek nie pozwala mi ich kupić. Nawet gdybym je zapakowała w wiszące tuż obok torby z termoizolacyjnej folii, nie dolecą do Warszawy w odpowiednim stanie. Smrodek ciągnie mnie do stoiska z bacalhau. Nawet zapakowana w folię ryba nadal cuchnie. Odchodzę z trochę mniejszym żalem, niż od krewetek. TAP w powrotnej drodze nagradza mój rozsądek. Na przystawkę dostaję świeżuteńkie krewetki, na drugie mam do wyboru wieprzowinę i bacalhau. Nie waham się ani chwili w wyborem. Do tego kieliszek schłodzonego białego wina, też z Alentejo. Hmm, białe też jest dobre. Frajdy nawet nie psuje mi zapowiedź szefowej stewardes, że alkohol w TAP podaje się w ograniczonych ilościach. Bo już wymyśliłam, co zrobić, żeby wrócić na bacalhau do Lizbony.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL