Warszawa

Codzienna sztafeta niezapominania

Siedmioro ludzi z Muzeum Powstania Warszawskiego: Marta Czajka, Krzysztof Dziomdziora, Julia Sielicka-Jastrzębska, Joanna Jastrzębska, Angela Götz, Dorota Niemczyk i Piotr Śliwowski
Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski
Zaprosić 5000 ludzi, żeby śpiewali piosenki? Zdemolować parkiet w domu sławnego pianisty, żeby znaleźć wojenne dokumenty? Wypuścić do miasta młodzież, żeby badała zawartość cukru w cukrze? Takie pomysły mają ci, którzy pracują w Muzeum Powstania Warszawskiego. Nie znamy ich twarzy, ale podziwiamy efekty ich działań
Muzeum przez pięć lat stało się swoistym centrum kultury i pamięci o 63 dniach 1944 r., ale i o dwudziestowiecznym mieście. Jest domem dla uczestników tamtych wydarzeń. Miejscem, które odwiedzają młodzi. Projekty, które się tu rodzą,
zrewolucjonizowały myślenie o muzealnictwie. Wszystko dlatego, że dyrektor Jan Ołdakowski zgromadził grupę nietuzinkowych ludzi, którzy i na przeszłość, i na ważne słowa umieją spojrzeć w nowy sposób. [srodtytul]Bohaterstwo, czyli trudne jest łatwe[/srodtytul]
Jest wśród nich Dorota Niemczyk, szczecinianka. Do Warszawy przyjechała osiem lat temu. Ma korzenie kresowe – mama z Wilna, tata ze Stanisławowa – i wciąż czuje się człowiekiem z tamtych stron. Długo omijała stolicę, bo uważała, że to nie jest miasto dla niej. – Reagowałam na nie nastroszeniem – mówi. – Było dla mnie takie rozbite, bez tożsamości, obce. Ale postanowiła się go nauczyć. Wymyśliła sobie mieszkanie na Pradze. – Bo tam są ludzie, którzy mają w sobie patriotyzm lokalny – mówi. – A on pozwala na spojrzenie na wiele spraw z innej perspektywy. Popatrzyła i było jej lepiej, ale kiedy trzy lata temu zaczęła w MPW zajmować się projektami kulturalnymi, znowu poczuła, że czegoś jej brak. – Tutaj wszyscy niemal są związani z miastem także powstańczymi konotacjami. Ja tego punktu odniesienia nie mam – mówi. Ale przypomniał się jej praski dystans. Zrozumiała, że brak zakorzenienia może pozwolić, by na warszawski grunt przenieść kresową fantazję i otwartość. – Przed moimi pierwszymi obchodami rocznicy Powstania uświadomiłam sobie, że w ludziach zanikła umiejętność wspólnego śpiewania – mówi. – Jestem muzykologiem, no to wymyśliłam „powstańcze śpiewanki” na placu Piłsudskiego. Myślała, że przyjdą tylko kombatanci. Były też matki z dziećmi i studenci. Spodziewała się 200 osób, zobaczyła 500, rok później 5000. Teraz jest śpiewnik, są warsztaty dla rodzin. Kiedy pracowała nad albumem zdjęć Eugeniusza Lokajskiego, uznała, że ludzi trzeba na jego odbiór przygotować. – Zorganizowaliśmy fotograficzną grę miejską „Twoja klisza z Powstania” – mówi. – Uczestnicy utrwalali przestrzenie, w które na co dzień warszawiacy nawet nie zajrzą. Te z powstańczą przeszłością. Wymyśliła z zespołem powstańczą animację. Zarazili Kazika, Lecha Janerkę czy Pogodno, żeby zaśpiewali wiersze poległego w 1944 roku Tadeusza Gajcego (czyt. obok). Działa na wariackich papierach, ale skutecznie. Czasami tylko się obawia, jak jej pomysły zostaną odebrane. Pomagają jej wtedy po pierwsze sami powstańcy – uważają, że jeśli chce się z pamięcią o ich czynach trafić do młodych, nie forma jest najważniejsza. – A po drugie, słowa prof. Bartoszewskiego, że bohaterstwo, które w czasie okupacji było związane z czynem, w tej chwili jest związane z gotowością do działania – mówi. – Ale też z działaniem bez strachu przed eksperymentem. [srodtytul]Akcja, czyli rola łomu[/srodtytul] Kontrowersji nie boi się też Piotr Śliwowski. Na drzwiach gabinetu ma tabliczkę „Szef działu historycznego”. – Większość ludzi wyobraża więc sobie, że mam okulary i brodę, marynarkę w pepitkę i siedząc nad biurkiem pełnym papierów, popijam ze szklanki mocną herbatę – mówi. Większość może czuć rozczarowanie widokiem umięśnionego faceta w podkoszulku i dżinsach, który ze stereotypowego muzealnika ma tylko brodę. Dla tego warszawiaka od pokoleń historia jest fascynującą od zawsze. Bo wuj powstaniec, bo dziadek aresztowany przez gestapo, a później przez UB. Bo babcia, która kiedy siedmio-, ośmioletni Piotruś siedział na fotelu u fryzjera, pytała: „A kiedy wystartował pierwszy samolot?”. Jego droga do bycia historykiem była wyboista i wiele rzeczy w życiu robił. Dlatego nie ma problemu, żeby dżinsy zamienić na bojówki i łomem demolować dębowy parkiet w mieszkaniu Janusza Olejniczaka w poszukiwaniu dokumentów Biura Informacji i Propagandy AK. Bieganie z narzędziami wymaga nie tylko tężyzny fizycznej, ale i czasu. – Kiedy rekonstruowaliśmy Liberatora, przez miesiąc żyłem w pokoiku w muzeum z robotnikami – opowiada. – Dla tego projektu przesunąłem termin ślubu. Dzień po weselu wrócił do pracy, bo robił wystawę poświęconą samolotowi Halifax. Z okazji urodzin drugiego syna wziął dwutygodniowy urlop. Chciał trochę pomóc żonie. Ale nie pomógł, bo muzeum kupiło kolekcję poczty powstańczej na aukcji w Düsseldorfie i trzeba było przygotować ekspozycję. Przez najbliższe trzy lata Śliwowski też będzie zajęty. Realizuje pełnometrażową animację Tomasza Bagińskiego „Hardkor 44” i filmową symulację zrujnowanej Warszawy, którą będzie można zobaczyć, wsiadając do Liberatora już w 2010 roku. [srodtytul]Stolica, czyli cukier na dłoni[/srodtytul] Miasto – to sprzed wojennego kataklizmu i to powojenne – pokazuje ludziom Marta Czajka. Żeby skorzystać, trzeba tylko wyjść z domu. Marta organizuje gry miejskie. – Ja widzę Warszawę przez pryzmat filmów albo książek – przyznaje. Dzięki jej pomysłom wiele osób sięgnęło już po prozę Konwickiego czy Tyrmanda, przypomniało sobie filmy Barei. – Umownym tematem jednej z gier była zawartość cukru w cukrze, którą nam tak pięknie objaśniał w komedii „Poszukiwany, poszukiwana” – tłumaczy. – Uczestnicy mieli śledzić ludzi z torebkami na cukier z tamtych lat i nie zaczepiać tych z innymi. W ten sposób poznali miejsca, w których kręcono film i poczuli się jak na początku lat 70. W innej grze Marta powiodła uczestników szlakiem reklam z końca dziewiętnastego wieku. – Fabułę oparliśmy na przyjeździe pewnego młodzieńca Koleją Warszawsko-Wiedeńską do stryja – opowiada. – Stryj miał firmę na Próżnej, sprzedawał wyżymaczki empire, nieopodal była wytwórnia guzików z masy perłowej... Szukaliśmy śladów po takich zakładach. W czerwcu przygotowała grę śladami działań podziemia solidarnościowego, kolportażu druków drugiego obiegu. Dla Marty te projekty są także sposobem na wrośnięcie w miasto. Jest kielczanką, studiowała polonistykę i teatrologię w Poznaniu. Z Warszawą, w której mieszka ponad cztery lata, łączą ją tylko rodzinnie losy dziadka, który w 1939 roku wyruszył piechotą z Sandomierza walczyć w obronie stolicy. – Ale nie ta osobista sprawa przywiodła mnie do muzeum – mówi. – Interesowało mnie opowiadanie historii w sposób atrakcyjny dla młodych ludzi. W jej pomysłach chodzi o poczucie atmosfery przedwojennej Warszawy i miasta „nieujarzmionego”. O to, żeby zobaczyć, w jakim mieście wychowali się powstańcy i w jakim przyszło im żyć po 1944 roku. I to, jakie oblicze ma stolica dzisiaj. [srodtytul]Pamięć, czyli czerń i biel[/srodtytul] Świetność i rany miasta codziennie ogląda Joanna Jastrzębska. Warszawianka w trzecim pokoleniu zna tu niemal każdy kąt, tyle że raczej z lat 20., 30. i 40. Zajmuje się archiwalnymi zdjęciami. – Czasami idę jakąś ulicą i myślę, że coś z nią jest nie tak – śmieje się. – Że ona biegła inaczej, inne domy przy niej stały. Studiowała historię sztuki i zawsze zwracała uwagę na architektoniczne detale. Interesowała się także fotografią. Tata przeżył powstanie – co prawda jako dziecko, ale wiele zachował w pamięci. Te trzy sprawy skumulowały się, kiedy Joanna zobaczyła dwa lata temu ogłoszenie, że MPW poszukuje pracownika. – Okazało się, że stałam się detektywem – śmieje się. – Czasem po fragmencie okna czy drzwi, udaje mi się zidentyfikować budynek, którego już nie ma. Do muzeum trafiają czasami strychowe znaleziska, o których ofiarodawca nic nie wie. Nieoceniona jest wtedy obecność powstańców, którzy w zatrzymanych w kadrze twarzach starają się rozpoznać swoich kolegów. – Jesteśmy szczęściarzami, że możemy być świadkami ich relacji – mówi Joanna. – Zdobywać wiedzę, ale i uczyć się od nich determinacji. [srodtytul]Wspólnota, czyli przejąć pałeczkę[/srodtytul] Podobny aspekt podkreśla Krzysztof Dziomdziora. Do MPW przyszedł, zanim ono powstało – pracował w zespole pełnomocnika ds. jego budowy. Od pięciu lat jest odpowiedzialny za kontakty z kombatantami. – To miejsce przez nich stworzone, istniejące z ich powodu i dla nich – mówi Krzysztof. Zajmuje się korespondencją z powstańcami, dba, żeby otrzymywali wydawnictwa, zaproszenia. Żeby każdy z 4000 wiedział, co się w muzeum dzieje. Ale też pomaga w zwykłych sprawach. Pisze pisma do spółdzielni mieszkaniowych, wyjaśnia problemy z ZUS, ułatwia dostanie się do przychodni. – Powstańcy wiedzą, że ich kłopoty są dla nas ważne – mówi. Istotne są też rozmowy z tymi doświadczonymi w stopniu dla nas niezrozumiałym ludźmi. – Widzę bohaterstwo, odwagę, mądrość – mówi. – Ale nie do końca w tym, że poszli walczyć. Myślę, że stać na barykadzie i wiedzieć, że można zginąć, to w sumie łatwe. Przeraża mnie to, co się stało później. Sowieckie łagry, cele, w których na sąsiedniej pryczy siedział esesman, bycie „wrogiem publicznym nr 1”. Przeżycie tego jest dla mnie wielkim czynem. Z takiej perspektywy Krzysztof przygląda się prawie 90 wolontariuszom, których także ma pod opieką. Nie pracuje z większością bezpośrednio, ale przeprowadza wstępną selekcję. – Kieruję się jednym kryterium: samodzielnością – mówi. – Jeśli prosić o przyjęcie przychodzą rodzice, kandydat odpada. Ważna jest też punktualność – pierwsza rzecz, której mnie nauczyli powstańcy. Patrzy na młodzież i uspokaja go świadomość, że będzie miał komu przekazać pałeczkę, którą w sztafecie niezapominania przekazali kombatanci. [srodtytul]Patriotyzm, czyli aparat na barykadzie[/srodtytul] Ową pałeczkę dzierży też Julka Sielicka-Jastrzębska. I to od dzieciństwa. Wyrosła w domu, w którym powstanie było obecne za sprawą dwóch dziadków, którzy przeżyli tamten czas. – Moja prababcia uważała to za cud – mówi Julia. – Ja z tym cudem zetknęłam się zupełnie świadomie w piątej klasie podstawówki. W ósmej wygłosiłam esej oparty na powstańczych wspomnieniach dziadka, które zebrała wcześniej moja siostra. Ale nie słowo stało się materią, z której Julia buduje zawodowe życie. Tę filigranową dziewczynę można zobaczyć podczas imprez w MPW z aparatem fotograficznym. – Mój tata robi zdjęcia – opowiada. – Próbował nauczyć mojego brata, ale nic z tego nie wyszło. Z dwóch starszych córek jedna tańczyła, druga była poetką, więc też nic. Zapomniał jednak, że ma jeszcze jedną córkę. – Ja do powstania nie tylko z karabinem bym poszła, ale też z aparatem – deklaruje. Swoim canonem dokumentuje wydarzenia, miejsca, twarze ludzi. Skończyła kulturoznawstwo, pisząc pracę o filmach Jana Jakuba Kolskiego, i marzy, żeby zostać fotosistką u niego na planie. Ale to pragnienie na kiedyś tam, bo od pięciu lat jest zajęta w MPW. Pasjonuje się też grafiką komputerową, więc przez jej ręce przechodzą projekty koszulek czy gadżetów. Czasami widzi męża tylko przez dwie godziny na dobę. Przez takie m.in. poświęcenie się pracy Julia rozumie patriotyzm. Jest przekonana, że działa w imię wyższej idei. Takiej, której można nie rozumieć, ale czuje się ją sercem. [srodtytul]Poszukiwanie, czyli jestem tutaj[/srodtytul] Angela Götz zgłosiła się do muzeum dwa lata temu. Studiowała historię w Berlinie i na praktyki w ramach „Misji Pamięci” trafiła do byłego obozu koncentracyjnego w Ravensbrück. – Poznałam tam kobiety powstańców – opowiada. – Pierwszy raz usłyszałam, że 60 lat temu w Warszawie odbyły się walki. W szkołach uczono Angelę o powstaniu w getcie. Na temat tego rok później nie padło ani jedno słowo. – To była i jest dla mnie malutka zagadka – mówi. Do wizyty w obozie nie myślała wiele o historii Polski. Później zaprzątnęła jej ona głowę na tyle, że studia kontynuowała w Warszawie. – Miał być jeden semestr, był i drugi – opowiada. – Wróciłam do Berlina, ale po pół roku przyjechałam znowu. I została. Nie bez znaczenia jest fakt, że ma polskiego chłopaka. Ale ma też pracę w MPW. Zajmuje się stosunkami polsko-niemieckimi. Tłumaczy korespondencję, robi badania dotyczące archiwów obu krajów. Wyszukuje też w Niemczech nieznane nam dokumenty. Jak ten dotyczący negocjacji przed kapitulacją Powstania. Nadal jest zaangażowana w kontakty z kobietami z Ravensbrück, które mają w Polsce swój klub. Przygotowuje właśnie w ramach stypendium „Geschichtswerkstatt Europa” projekt dotyczący ich organizacji. Do zadań podchodzi z pasją i cierpliwością. Przykro jej tylko, kiedy ktoś wyraża swoją niechęć do niej tylko dlatego, że jest zza tej, a nie innej granicy. – Ale to bardzo rzadko – mówi. – Nie warto o tym wspominać. Warto za to przypomnieć sobie wywiad z jedną z pań powstańczyń. – Przedstawiłam się i usłyszałam ganiące: „Hmmm, ona jest Niemką...” – opowiada. – A po pięciu minutach dotarł do mnie okrzyk: „Aaaa, jesteś Niemką! To w porządku!”. Ta właśnie radość w głosie byłej więźniarki obozu koncentracyjnego dodaje jej sił. [srodtytul]Misja, czyli tysiące naszych[/srodtytul] Wszyscy ludzie muzeum sił muszą mieć dużo. Ale wszyscy mówią, że choć wyobrażają sobie, że robią coś innego, nie chcą póki co żadnych zmian. Bo budynek przy Grzybowskiej, 4000 powstańców i ludzie, którzy chcą się o historii dowiedzieć jak najwięcej, to jest ich życie. I ich odpowiedzialność.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL