Sport

Boję się powiedzieć, że jestem szczęśliwa

Otylia Jędrzejczak
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Rozmowa z Otylią Jędrzejczak, mistrzynią olimpijską w pływaniu, o karierze na zakręcie
[b]Jakie to uczucie – przegrać?[/b]
[b]Otylia Jędrzejczak:[/b] W pierwszej chwili napływają łzy. Potem bywa różnie: czasem to jest moment zwrotny, daje kopa. A czasem przygnębia tak, że nie można się wyrwać. Do tej pory porażek nie było dużo, gdy pojawiły się, to mnie mobilizowały. Kiedy zdarzyło się tak, że jedna konkurencja wypadła słabiej, w drugiej zdobywałam medal. Gdy przegrywam, denerwuję się. Wtedy lepiej mnie zostawić na kilka minut, muszę sama przeanalizować wyścig, by później omówić start z trenerem. [b]Jest pani samotnikiem?[/b]
W pewnym sensie są nimi wszyscy zawodnicy w sportach indywidualnych. Otacza mnie wielu ludzi: trenerzy, psycholog, lekarz, ale na słupku startowym staję ja. I to ja zmagam się z pytaniami. Przed igrzyskami nie odzywałam się do bliskich, szukałam siebie. Takie zniknięcia są dla nich trudne – martwią się. A ja nienawidzę, gdy przed startem pada pytanie: „Jak się czujesz”? [b]Dlaczego?[/b] Ono bezlitośnie uświadamia, że zbliża się kulminacyjny moment i będę musiała się z tym zmierzyć. Wyzwaniem jest też to, że mam komuś powiedzieć, jak naprawdę się czuję. Wolę powiedzieć mniej i zrobić więcej, a nie odwrotnie. [b]Jak w takim razie znosi pani sytuacje, gdy mówi się: nasza Otylia popłynęła, nasza Otylia wygrała. Nie złości się pani, przecież to pani zwycięstwa, pani walka. [/b] Mam w tej sprawie rozdwojone myśli. Potrzebuję wsparcia ludzi - podczas startu chcę, by trener był blisko i patrząc mi w oczy powiedział: „Jest dobrze”. Chodzi o małe gesty: zapięcie kostiumu, klepnięcie w plecy. To uskrzydla, jak w związku uczuciowym, gdy ktoś cię przy wszystkich weźmie za rękę. Pomagają też życzliwe słowa rywalek, chcemy dla siebie jak najlepiej i to, że zaraz będziemy ze sobą walczyć, nie przeszkadza. Stajemy na słupkach, uśmiechamy się do siebie. Lubię ten moment. [b]Składa się pani do skoku, czeka na sygnał i co wtedy myśli?[/b] O Boże! Żeby już płynąć i żeby to się jak najszybciej skończyło. Stres jest duży. Były starty, jak ten na igrzyskach w Atenach, których nie mogłam się doczekać – naprawdę chciałam płynąć. A były i chwile, kiedy marzyłam, by zawody się już skończyły. Pamiętam dni, gdy kończyłam wyścig i nie byłam zmęczona, i takie, kiedy dotykałam ściany już bez świadomości, nie wiedziałam, co się dzieje. [b]Dla widzów pływanie to tajemnica. Głowy pod wodą, nie widać waszych emocji, potu. Co pani przeżywa w trakcie wyścigu?[/b] Na 200 metrów motylkiem pierwsze 100 metrów dotychczas starałam się płynąć spokojnie, drugie mocniej, ale tyle się w pływaniu zmienia, że będę musiała zaczynać szybciej. Staram się cały czas analizować ruch: długie pociągnięcie, równy oddech. Pilnuję, by nie płynąć w tempie rywalki, nie gubić siebie. Dopiero na ostatnich metrach płynie się odruchowo, jak maszyna. [b]Nie popłynie pani na lipcowych mistrzostwach świata w Rzymie. Dlaczego?[/b] Jeszcze przed startem na igrzyskach w Pekinie postanowiłam, że zrobię sobie przerwę. Nie jestem jedyna. Kilku innych zawodników światowej klasy również do Rzymu się nie wybiera. Na przykład Japończyk Kosuke Kitajima, rekordzista świata na 200 metrów stylem klasycznym albo mistrzyni olimpijska Francuzka Laure Manaudou, która opuściła cały rok treningowy. [b]Ale co się dzieje z panią?[/b] Mam za sobą ciężki czas, zimą 2008 chorowałam przez trzy miesiące, przyjmowałam zastrzyki. To wtedy, a nie jak wielu myśli – po olimpiadzie – zaczęły się moje problemy z trenerem Pawłem Słomińskim. Postanowiłam się z nim rozstać, bo nasza relacja się wypaliła i chcę spróbować pracy z kimś innym. Każda zmiana to ryzyko, jestem gotowa na konsekwencje tej decyzji. Jestem też zadowolona ze startu w Pekinie. Uważam, że – zważywszy na chorobę i inne trudności – popłynęłam bardzo dobrze. A na mistrzostwa do Rzymu pojadę jako komentator sportowy, to będzie mój debiut w takiej roli. [b]Nie żal będzie patrzeć z boku, jak inni pływają?[/b] Trochę się tego boję, ale nadarza się też dobra okazja, by z bezpiecznej pozycji obserwować, jak mój sport poszedł do przodu. Jestem ciekawa, jak popłynie Jessica Shipper – ona również zmieniła trenera po igrzyskach. Chcę też porozmawiać z innymi zawodnikami. Trochę mi żal, że nie wystartuję, ale wiem, że w tym momencie nie stać mnie na świetny wynik. To dziwne, ale sytuacja, w której się znalazłam, odpowiada mi. Paweł Słomiński mówi, że nie wrócę do dawnej formy. A więc wszyscy przestają na mnie liczyć: mogę spokojnie trenować, po cichu przygotować się do następnej imprezy. [b]Kiedy będzie ta następna impreza?[/b] Jeśli nie w tym, to na pewno w przyszłym roku. Nie chcę się spieszyć. Przez 10 lat byłam na piedestale, wszyscy obserwowali moje wyniki. Rok przerwy jest mi potrzebny, tym bardziej że nie leżę, tylko trenuję. Wyjeżdżając do Pekinu, płakałam, że po raz kolejny muszę się pakować. Potrzebuję na nowo poczuć, że pływanie to moje życie, że woda sprawia mi przyjemność. Znam osoby, które mówią: „Usprawiedliwiasz się, nie masz celu, chyba tak naprawdę nie chcesz wrócić do sportu...”. [b]A chce pani wrócić?[/b] Chcę. Ale nie wykluczam i tego, że już nigdy nie popłynę. Jestem gotowa na wygraną i na porażkę. [b]Powiedziała pani kiedyś, że nikogo się w sporcie nie boi. To wciąż aktualne?[/b] Tak powiedziałam? Może miałam na myśli, że wszyscy jesteśmy ludźmi, więc każdego można pokonać. W tym sensie strach jest niepotrzebny. Ale oczywiście stresuję się: analizuję, jak wcześniej pływali moi rywale, martwię się, jeśli potrafią mocno zacząć wyścig, a ja nie. [b]A w życiu poza sportem czegoś się pani obawia?[/b] Kiedy czułam się naprawdę szczęśliwa, spotkało mnie coś, czego nie życzę nikomu. Dlatego boję się ponownie powiedzieć: jestem szczęśliwa. Zamieniam to słowo na inne określenia. Mówię, że dobrze się czuję, że jestem spełniona. Zawsze miałam w sobie pokorę, ale teraz jest jej trzy razy więcej. Mam też szczególny respekt wobec wody: uważam ją za swojego sprzymierzeńca, nigdy nic złego mnie w niej nie spotkało, ale wiem, że jest żywiołem i nie wolno jej lekceważyć. W basenie czuję się bezpiecznie, w akwenie otwartym – nie. Gdyby ktoś kazał mi skakać z łodzi na morzu, powiedziałabym: – Proszę bardzo, jeśli wszyscy wskoczą ze mną. [b]Czy pani wierzy w Boga?[/b] Tak. [b]Pytam, bo o człowieku w sporcie mówi się jak o organizmie biologicznym, mechanizmie psychosomatycznym. Gdzie tu miejsce na duszę, boskie działanie?[/b] Bóg to jest szczęście, które czasem dopisuje, a czasem nie. To możliwość wykonania pracy nad sobą, wewnętrzna wiara. Wierzę w siebie, ale i w Jego pomoc. Nigdy nie modlę się o wygraną, proszę o zdrowie, siłę do pokonania słabości, a najczęściej dziękuję. [b]Dlaczego chce pani wygrywać?[/b] Podczas startu to dość proste: chcę, żeby praca, którą włożyłam w trening, przyniosła rezultaty. A zaczęło się tak, że kiedy miałam sześć lat, rodzice zaprowadzili mnie na basen. Mama opowiadała mi, jak nie potrafiłam skoczyć na głęboką wodę. Wszystkie koleżanki już skoczyły, a ja się bałam. Pomogła mi, udało się. Może wtedy przełamałam coś w sobie i to uczucie mi się spodobało. Nie zawsze odnosiłam sukcesy, ale zwycięstwa mnie kręciły. Pamiętam, jak po zdobyciu pucharu w zawodach juniorów usłyszałam w radiu, że wygrałam fuksem. Rozpłakałam się, miałam żal i pomyślałam: – O nie, następnym razem wygram z większą przewagą i nie będzie wątpliwości. [b]Zapamiętałam pani wypowiedź po jednym ze startów: „Popłynęłam jak popłynęłam. Dziś jest tak, a jutro może być inaczej”. Czyli ani sukces, ani porażka nie są trwałe?[/b] Co z tego, że wczoraj zdobyłam medal – jutro nikt nie da mi drugiego za darmo. Po raz kolejny muszę zebrać energię, wykonać ogrom pracy, żeby popłynąć jak najlepiej. Do zwycięstw dopinguje właśnie to, że satysfakcja jest ulotna. Rodzice mówili mnie i bratu, że sport musi iść w parze z nauką, więc byłam przekonana, że kiedy już obronię pracę magisterską na AWF, będę z siebie bardzo dumna i szczęśliwa. Byłam, przez jeden dzień. [b]Czy pani siebie lubi?[/b] Lubię, nie boję się spojrzeć w lustro, ale były ciężkie momenty, gdy miałam do siebie wiele pretensji. Uważałam, że jestem beznadziejna, niewiele rzeczy mnie cieszyło, a na dodatek byłam zła, że nie mogę się zebrać do kupy. I wpędzałam się w coraz głębsze poczucie bezsensu. Wszyscy wokół tłumaczyli: „Przestań. Masz medale, skończyłaś studia, planujesz kolejne, a ciągle chcesz więcej”. Ale ja tak właśnie funkcjonuję: poprzez wymagania i cele. Ostatnie miesiące przeżyłam bez nich, nie miałam tak detalicznego planu jak wcześniej, a nie potrafiłam sobie pozwolić na odpoczynek. I cały czas byłam przygnębiona. Dopiero teraz wychodzę z tego zaułka. Jak wszyscy, miewam lepsze i gorsze chwile. [b]Ktoś pani pomaga?[/b] Bliscy i trener Robert Białecki. Zauważył, że największym kłopotem nie jest moja forma fizyczna, ale psychika. Dlatego nie naciska, a do tego wprowadza nowe elementy – mam trenerów od ćwiczeń na lądzie, pracuję nad techniką. Mogę przychodzić na basen z przyjemnością. A on patrzy na mnie i ocenia, czy jestem gotowa na mocniejszy trening. Mamy czas. [b]Ale nie wieczność. Doskonale pani wie, ile szans na ważne starty ma jeszcze przed sobą. [/b] Dlatego rok przerwy mi wystarczy. W historii pływania jest wiele kobiet, które robiły podobnie. Dara Torres, najstarsza zawodniczka, wróciła do pływania po trzech latach. Ma 42 lata, urodziła dziecko, w Pekinie zdobywała medale. Jenny Thompson miała dwuletnią przerwę, a w 2003 roku na mistrzostwach świata wygrywała, pobiła rekord świata. W Polsce Iza Burczyk urodziła dziecko, wróciła do pływania. Oczywiście wiem, że mój czas się skończy. Ale wiem też, że wciąż jestem młoda i mogę osiągnąć to, o czym marzę. Jeszcze raz stanąć na najwyższym stopniu podium podczas ważnej imprezy. I zejść ze sceny niepokonaną. [b]Szykuje się już pani na życie po sporcie?[/b] Zawsze wiedziałam, że pływanie to nie wszystko. W październiku zaczynam nowe studia – public relations. Ciekawi mnie kontakt z ludźmi i media, lubię się dowiadywać nowych rzeczy. Chciałabym kiedyś założyć rodzinę. Marzą mi się dalekie podróże. Poza treningami właściwie nigdzie nie jeżdżę, gdziekolwiek byłam na świecie, to z powodu sportu. Byłoby świetnie wyjechać za granicę, żeby przeżyć coś nowego, nauczyć się języka. [b]A jeśli realizacja tych marzeń nie wystarczy? Wielu gwiazdorów wraca do sportu, choć osiągnęli wszystko. Dlaczego sukces nie pozwala wam odejść?[/b] Czy ja wiem, może przestajemy czuć się potrzebni, chcemy jeszcze raz poczuć zastrzyk adrenaliny i wiedzieć, że ktoś na nas liczy. Szukamy sukcesu nie tylko na arenach sportowych, a charakter, jaki wypracowaliśmy w treningu, pozwala nam się rozwijać, także poza sportem. Dzięki sportowi umiemy zrobić krok w tył, by potem zrobić dwa w przód. Każdy z nas dąży do tego, by jako dojrzały człowiek mógł powiedzieć: jestem z siebie dumny.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL