Sylwetki

Polskie stocznie powstaną jak feniks z popiołów

Rzeczpospolita
Z Janem Ruurd de Jonge, prezesem spółki Polskie Stocznie, rozmawiają Beata Chomątowska i Kuba Kurasz
[b]Rz: Jaką rolę odegrał przy zakupie majątku stoczni w Gdyni i Szczecinie katarski bank inwestycyjny QInvest?[/b]
QInvest współpracuje z nami w procesie inwestycyjnym. Reprezentuje inwestorów, których tożsamość i inne dane nie mogą jeszcze trafić do wiadomości publicznej. To normalna sytuacja w świecie finansowym, że gdy toczą się podobne transakcje, w imieniu inwestorów wypowiada się tylko jedna organizacja. W tym przypadku jest nią QInvest. [b] Czy QInvest przedstawił gwarancje finansowe dla nabywcy stoczniowych aktywów, czy tylko mu doradza?[/b]
Gwarancje finansowe zostały wydane, jednak nie będę tu wchodził w szczegóły. [b]Kiedy ujawni się rzeczywisty inwestor?[/b] We właściwym czasie. [b] Kiedy nadejdzie ten właściwy czas? Za kilka dni? Za miesiąc? Polskie Ministerstwo Skarbu zapowiadało, że do końca czerwca poznamy wszystkie dane o inwestorze. [/b] We właściwym czasie. Na razie my, czyli Stichting Particulier Fonds Greenrights, jesteśmy właścicielem majątku obu stoczni. [b]A kto jest właścicielem Stichting Particulier Fonds Greenrights?[/b] To konsorcjum będące kombinacją firm z siedzibą na Antylach Holenderskich. [b]Czy może powiedzieć Pan więcej na temat inwestorów stojących za QInvest? Czy mają doświadczenie w branży stoczniowej, czy raczej są związani ze światem finansów?[/b] Nie wiem, bo ja nie znam inwestorów, którzy są reprezentowani przez QInvest. To kwestia poufności, która - powtarzam - jest czymś normalnym przy tego typu transakcjach. [b]Tyle, że nie jest to transakcja sprzedaży prywatnej firmy przez jednego prywatnego właściciela drugiemu, ale dwóch spośród największych państwowych przedsiębiorstw w Polsce, które zatrudniały łącznie siedem tysięcy osób.[/b] Te firmy już nie istnieją. My kupowaliśmy wyłącznie ich aktywa. [b] Aktywa czy całe firmy, waga transakcji jest taka sama. Kiedy kilka lat temu polski rząd sprzedawał inne, równie duże przedsiębiorstwo, Polskie Huty Stali, od początku było jasne, kim są potencjalni inwestorzy: Mittal Steel i U.S. Steel – obaj wiarygodni i doświadczeni w branży. A w tym przypadku nabywcą jest firma zarejestrowana w raju podatkowym, reprezentująca drugą, też z raju podatkowego, której doradza konsorcjum reprezentujące inwestorów, o których nic nie wiemy. Pana zdaniem to standard w świecie finansów?[/b] Nie jest moją odpowiedzialnością to, że media niewiele wiedzą. Jestem przedstawicielem właściciela aktywów i moim celem jest obrona poufności transakcji, dopóki nie została całkiem zamknięta. Jednak QInvest jak Państwo wiecie, jest znaną i szanowaną firmą. [b] Skoro odmawia Pan informacji o konsorcjum inwestorów, może powie Pan w takim razie coś o United International Trust, który miał reprezentować Stichting Particulier Fonds Greenrights? Wokół tej firmy narosło sporo spekulacji. Czy wciąż jest zaangażowana w transakcję? [/b] Nie. To tylko część komercyjnej struktury Stichting Particulier Fonds Greenrights – reprezentacja fundatorów. Ja nie reprezentuję UIT, nie mam z tym podmiotem nic wspólnego. Reprezentuję SPFG, który jest – jak powiedział na konferencji prasowej minister skarbu Aleksander Grad – wehikułem, który ma umożliwić przeprowadzenie całej transakcji. Mam tylko jedno zobowiązanie wobec przyszłych inwestorów: zrewitalizować stocznie w Gdyni i Szczecinie i zapewnić im przyszłe kontrakty. Sprawić, by wróciły na rynek z najlepszej jakości produktami i pracownikami, których nie trzeba uczyć, jak budować statki, bo świetnie to wiedzą, wystarczy tylko pomóc im je sprzedać. Zdaję sobie sprawę, jakim symbolem są stocznie dla Polaków, znam historię Solidarności i Lecha Wałęsy. Jest wreszcie szansa, żeby Polskie Stocznie powstały na nowo niczym feniks z popiołów. Ale dopóki coś może zaszkodzić finalizacji całego procesu, moim zadaniem jest strzec jego poufności. Jeszcze raz powtórzę, że nie znam inwestorów. Ich przedstawicielem jest QInvest. Na tę chwilę to wszystko, co mogę powiedzieć. [b]Jakie ma Pan doświadczenie w branży stoczniowej?[/b] Jestem byłym oficerem marynarki wojennej Holandii – Royal Netherlands Navy, mam wykształcenie w zakresie inżynierii morskiej, byłem też dyrektorem w holenderskiej stoczni marynarki wojennej, która w ciągu dwóch lat musiała zwolnić połowę pracowników, żeby przywrócić firmie rentowność. Tym się zajmowałem. Nie interesują mnie prasowe spekulacje wokół roli poszczególnych inwestorów w tym procesie, nic na ten temat nie wiem. Moim zadaniem jest pomóc polskim stoczniom odzyskać produktywność. Dlatego odwiedziłem oba zakłady, rozmawiałem z byłymi zarządami stoczni, czytałem raporty obu spółek z lat 2006 i 2007. Doradzałem też ludziom którzy nie mają nic wspólnego z QInvest ani powiązanymi z nim podmiotami, zapewniając ich jaki potencjał tkwi w stoczniowym majątku. Dlatego też zaprosili mnie, wiedząc że - choć nie mówię jeszcze po polsku - jak ciepłe uczucia żywię wobec Polski i Polaków, których wielu poległo w czasie drugiej wojny wyzwalając południową Holandię. Gdy dostałem propozycję wejścia w ten proces, powiedziałem więc przyszłym inwestorom że zdecyduję się na to tylko wówczas, jeśli będę mógł pomóc Polakom zrestrukturyzować stocznie. Jeśli nie, dziękuję, niech zrobi to ktoś inny. [b] Podobno w przeszłości pracował Pan dla holenderskiego armatora Spliethoff, który wcześniej zamawiał statki w Stoczni Szczecińskiej Nowa?[/b] Nie pracowałem dla Spliethoffa, służyłem tylko na statkach Spliethoffa, zanim poszedłem do marynarki wojennej. Wiedziałem, że Szczecin budował 25 pięknych statków dla Spliethoffa, ale na zasadzie dziesięcioletniego kontraktu na ustaloną z góry kwotę. Jak można było podpisywać takie umowy, jeśli było oczywiste, że stocznia może na nich stracić? [b]Rynek okrętowy na całym świecie przechodzi właśnie kryzys. Od pół roku nie ma zamówień na kontenerowce, które miałyby być produkowane w Szczecinie. Jak w takiej sytuacji zamierza Pan pozyskać kontrakty dla Polskich Stoczni?[/b] Znacie historię feniksa powstającego z popiołów? Tak będzie w Gdyni i Szczecinie. Moja wizja jest następująca: gdy kryzys ekonomiczny się skończy, to za rok, dwa połowa transportowej floty komercyjnej będzie leżeć na złomowiskach. Trzeba będzie olbrzymich nakładów, żeby ją doprowadzić do użytku. Nie wiadomo, czy to się uda, tym bardziej, że gdy w gospodarce znów zacznie się ożywienie, przepisy dotyczące ochrony środowiska staną się bardziej restrykcyjne niż dziś - widzimy to choćby na przykładzie emisji CO2 - i branża stoczniowa będzie musiała sobie z tym poradzić. Powstanie więc zapotrzebowanie na produkty wysokich technologii, spełniające wszystkie normy środowiskowe. I z takim produktem wystartują polskie stocznie. Możemy dostarczyć statki nawet lepszej niż choćby Hyundai oraz po konkurencyjnej cenie. Mamy wszystko, czego nam trzeba: świetnych, doskonale wykształconych polskich fachowców, których praca jest w dodatku niżej opłacana niż na Zachodzie. Przy pozyskaniu kontraktów przydadzą się znajomości w branży okrętowej, których mamy sporo. [b] Budowa gazowców LNG, które miałyby powstawać w Gdyni, jest bardzo skomplikowana. Czy polskie stocznie są technologicznie przygotowane do takiej produkcji?[/b] Jak najbardziej. Są zdolne do budowy najbardziej złożonych i wyspecjalizowanych statków, co udowodniły w przeszłości i na pewno znów to udowodnią. Problemem stoczni była nie budowa statków, ale ich sprzedawanie. [b]Kiedy może ruszyć produkcja w Polskich Stoczniach?[/b] Jeszcze w tym roku. Będzie to nie tylko efekt moich kontaktów, ale i wysiłków polskiego rządu, który sprzedał aktywa zgodnie z wytycznymi Komisji Europejskiej i zadbał o los stoczniowców, którzy otrzymali należne odprawy. Teraz będziemy ich ponownie zatrudniać - w sumie w obu zakładach może znaleźć pracę do 5 tys. osób. [b]Ile Polskie Stocznie chcą zainwestować w majątek zakładów?[/b] Wiele. [b]Co to znaczy: wiele? Może Pan podać choćby rząd wielkości?[/b] Wszystko będzie jasne w ciągu najbliższych tygodni. [b]Czy Polskie Stocznie już negocjują przyszłe kontrakty?[/b] Jeszcze nie. Będziemy jednak rozmawiać z dotychczasowymi kontrahentami stoczni oraz z całkiem nowymi. Spodziewam się, że kontrakty przyjdą z całego świata. Europa chce stać się mniej zależna od importu z Rosji, więc będzie olbrzymie zapotrzebowanie na dostarczanie gazu z całego świata za pomocą statków. Sądzę, że już pod koniec grudnia 2010 r. zakład w Gdyni będzie w stanie dostarczyć pierwsze tankowce LNG. [b]Czy widzi Pan związek między transakcją sprzedaży stoczniowych aktywów a zawartym kilka dni temu przez polski rząd kontraktem na gaz LNG? [/b] Nie mogę nic powiedzieć, bo nie jestem w to zaangażowany na poziomie politycznym. To sprawa między polskim a katarskim rządem. Nie będę tworzyć kolejnych spekulacji. [b] Transakcję zakupu stoczniowych aktywów monitoruje Komisja Europejska. Jakiej jej decyzji Pan się spodziewa?[/b] Nie wiem, bo pani Neelie Kroes ma opinię bardzo bezkompromisowego komisarza, trudno więc przewidzieć jej decyzje. Ale istotne są trzy fakty. Po pierwsze: kiedy Europa zjednoczyła się, Polska zgodnie z prawem unijnym nie mogła dostarczać kolejnych miliardów złotych, by utrzymywać stocznie. Po drugie: jesteście do nich wciąż bardzo przywiązani, nie tylko jako do jednych z największych firm, ale jako symbolu odzyskania demokracji. A teraz polski rząd zrobił wszystko, żeby zgodnie z wskazówkami Komisji sprzedać majątek stoczni i pozbawić je garbu starych długów. Neelie Kroes musi zrozumieć, jak ważne jest to dla polskich obywateli.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL