Sztuka

Tandeta jest piękna

Model przestrzenny (1948), drut, nici
CSW
Wystawa Jadwigi Maziarskiej. Krakowska artystka jest postacią niesłusznie zapomnianą
Ten pokaz w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej zapada w pamięć. Na pozór jest niespójny. W pierwszej sali – groźne rzeźby z metalu i drewna, w kolejnej – miękkie "pałuby" ze szmat i tektury. Obok – na ścianach – abstrakcje ulepione z nici, reliefy wyryte w wosku, ulepione z papier-maché, posypane kaszą. A także kolaże ze skrawków wyciętych z pism.
Wszystko to trochę koślawe, jakby amatorskie. Jednocześnie – cudownie prawdziwe, szczere, fenomenalnie wyczarowane z byle jakiego tworzywa. O co Maziarskiej chodziło? W Zamku Ujazdowskim zgromadzono duży zestaw prac krakowskiej artystki, zmarłej w 2003 roku, w wieku 90 lat.
Oglądamy prace od czasów tuż powojennych do lat 90., jej ostatnich aktywnych. Wypożyczone zostały od osób prywatnych, kolekcjonerów. A tytuł retrospektywy – "Atlas wyobrażonego" – odnosi się do inspirujących artystkę fotografii prasowych, które kolekcjonowała jak znaczki. "Atlas wyobrażonego" w Zamku Ujazdowskim jest pierwszą próbą ogarnięcia schedy po artystce, która zostawiła zdumiewająco odkrywcze prace – ale jakoś nikt ich nie docenił za jej życia. Nie nadawała się do promocji. Groteskowy wygląd, piskliwy głosik, nieco infantylne reakcje. Jak taką brać poważnie? Poznałam Maziarską ponad 20 lat temu, miała wystawę w stołecznej Galerii Studio. Kim była, mało kto wtedy wiedział. Zachowywała się jak osoba oderwana od rzeczywistości, lecz nietknięta demencją. Miała około osiemdziesiątki, wyglądała na setkę. Była przyjaciółką Erny Rosenstein, obydwie rocznik 1913. Ideowe komunistki, ideowe artystki. Korespondujące ze sobą przez półwiecze. Tak naprawdę – outsiderki. Nie rozumiały, dlaczego socjalizm się nie udał… Nie pojmowały także propagandowego aspektu sztuki. Po wystawie Maziarskiej w warszawskiej Galerii Studio wiedziałam jedno: objawienie. Pokazywała najnowsze (wówczas) obrazy. Kompozycje przywodzące na myśl układy z kości pomalowanych na różne kolory. Wesołe, jednocześnie niepokojące. Jak wcześniejsze poszukiwania, bezkompromisowe i oryginalne. Jednak w tamtym czasie – nieodpowiednie. Wówczas bardziej liczył się wyrazisty politycznie banał. Dwa lata przed śmiercią przyznano jej Nagrodę im. Cybisa. Chyba już jednak nie wiedziała, że wreszcie doceniono jej nowatorstwo. Patrzę teraz na prace Maziarskiej w CSW i czuję gorycz. Była rewelacyjna od początku, pół wieku temu. Potem też. Próbowała przedstawić strukturę świata, posługując się warsztatem ubogim, sobie dostępnym. Papier -maché, gips, szmatki, nici, gazety. Umiała nadać tandecie szlachetny wygląd. Punktem wyjścia były reprodukcje z pism i pocztówki. Zbierała ten "surowiec" z niemal naukowym zaangażowaniem i dziecinną admiracją. Beznadziejnej jakości zdjęcia prasowe z lat 50. potrafiła przetransponować w abstrakcyjne struktury. Na przykład kwitnące wiosenne drzewa, w prasowym druku wyglądające jak szaro -czarne gruzły, przetworzyła w… zbitki wosku. Ta kompozycja na pozór nic nie przedstawia, w istocie wiernie powtarza fotkę, ale... odwróconą do góry nogami! Albo inny przykład: ujęcie z lotu ptaka zamku w Ogrodzieńcu przekładała w zgeometryzowaną płaskorzeźbę. Bo Maziarska nie widziała w fotkach realiów, lecz układ materii. W CSW jest więcej przykładów specyficznego postrzegania przez artystkę naszego otoczenia. Zda się – przyswajała sobie świat przez formy, faktury i barwy, nie interesując się utylitarną ani znaczeniową stroną obiektów. Jakby żyła wśród przedmiotów, nie rozumiejąc ich zastosowania. Taki Mowgli sztuki. Na obecne czasy – ideał artysty. [i]Wystawa w Zamku Ujazdowskim czynna do 9 sierpnia[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL