fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Dobrzy ludzie w czasach zła

Dowódca Edelman, reż. Artur Więcek
Fotorzepa
Dla wielu Holokaust to tylko historia. Lecz wciąż żyją ludzie, którzy ocaleli z Zagłady. Ich opowieści i wspomnienia powinniśmy powtarzać kolejnym pokoleniom, by chronić nasz świat przed okrucieństwem
Hanna Krall powiedziała o Marku Edelmanie, że jego organizm nie wytwarza głodu ani strachu. A to uczucia, które najbardziej nas odczłowieczają. Z tych m.in. powodów Edelman nadawał się na jednego z przywódców powstania w getcie warszawskim.
[srodtytul]Mądry Charon[/srodtytul]
Krall powtarza, że ilekroć chciała się czegoś dowiedzieć o świecie, szła do Ryszarda Kapuścińskiego. Gdy nie wiedziała, jak się zachować, o radę pytała bohatera „Zdążyć przed Panem Bogiem”.
W znakomitym filmie „Dowódca Edelman” Artur Więcek pokazuje człowieka na pozór nieprzystępnego i szorstkiego, ale gotowego uczynić wszystko, by pomóc drugiemu. Edelman współtworzył KOR, działał w „Solidarności”. Ponieważ rozumiał gehennę ludności cywilnej, na którą wydano wyrok, w latach 90. zaangażował się w pomoc dla Bośni.
– Zło leży w naturze człowieka – wyjaśnia dziennikarzom Witoldowi Beresiowi i Krzysztofowi Burnetce. – Na tym polega nieszczęście: człowiek ma podły charakter i niszczy wszystko, co jest od niego słabsze.
Denerwują go pytania tyczące Boga i wiary. – Bóg w getcie nie istniał – irytuje się. – Bo gdzie miałby być? To sprawa nieistotna. Chodziło o to, żeby przetrwać. W takiej sytuacji zdrowaśki nie pomogą. Pomoże kawałek suchara.
Wyjaśnia, że koszmaru nie dało się przetrwać bez miłości. – Bez uczucia bliskości, bez oparcia było to niemożliwe – podkreśla. – Pamiętam dziewczynę Złotogórskiego. On był wielkim chłopem, potężnym, ona – malutka, ale śliczna. Mieszkali w pokoju razem z dwudziestoma ludźmi. Gdy widziało się ją rano śpiącą na jego ramieniu, wiedziało się, że jest szczęśliwa. On był jej pierwszym chłopakiem, z nim po raz pierwszy poszła do łóżka. Wydali ich, ale wspólnego czasu nikt im już nie mógł odebrać. Bez chłopaka nie przeżyłaby ani dnia. On podarował jej trzy miesiące radości, miłości i ciepła.
Po wojnie Edelman zamieszkał w Łodzi. Został chirurgiem. Kiedyś przywieziono do szpitala znanego aktora Teatru Nowego z zaawansowanym rakiem wątroby. Zadecydował, by jego łóżko ustawić na korytarzu. Irena Jaros zatrudniona w szpitalu była tym zbulwersowana.
– Musiałem opróżnić miejsce dla człowieka, który miał szansę żyć – wyjaśnił jej spokojnie Edelman.
– Zrozumiałam, że docent nie wyszedł z getta – wspomina Irena Jaros. – Że cały czas robi to co tam – ratuje życie.
– Jako kardiolog Edelman dbał o to, żeby ludzie się nie bali – wyjaśnia Hanna Krall. – On przeprowadzał ich przez śmierć tak, by zaoszczędzić strachu. Nie uchylał się przed cudzym cierpieniem. Jest mądrym Charonem. Od czasu do czasu myślę z przerażeniem, co będzie, gdy on odejdzie przed nami. Kto się wtedy zajmie naszym umieraniem?
W filmie Bronisław Geremek wspomina, jak razem z Edelmanem wziął udział w uroczystej sesji Bundestagu. Potem odbyło się spotkanie bardziej kameralne, w gronie kilkuset osób. – Byłem przejęty tym, w jaki sposób rozmawiał z Niemcami – mówi Geremek. – W martwej ciszy jednej z sal jego głos był jednoznaczny i okrutny: „Nie tylko nie możecie zapomnieć. Nie możecie się też nigdy pozbyć odpowiedzialności”. Mógł to powiedzieć tylko Marek Edelman.
[srodtytul]Radość uratowanych[/srodtytul]
Holokaust pozostawił trwałe piętno na tych, którzy przeżyli Zagładę. Traumatycznych wspomnień nie pozbędą się nigdy. Ale mimo wszystko próbują żyć dalej.
88-letni Avigdor Rosenzweig, bohater filmu Kerena Hakaka „Taniec Rosenzweiga”, przemierza szpitalny korytarz. Wspiera się na balkoniku, ale krok ma lekki, roztańczony. Patrzymy, jak stoi przed kolekturą i na kupon loterii wpisuje numery z przedramienia. – Dali mi je, więc korzystam – wyjaśnia.
Dorastał w Łodzi, gdzie od najmłodszych lat uczęszczał do klubów tanecznych Maccabi i Hakoach. Wyniesione stamtąd umiejętności uratowały mu życie. W czasie wojny trafił do Birkenau. W obozie Niemcy zorganizowali teatr, a ci, którzy tam występowali, mogli liczyć na dodatkowe racje żywnościowe. – Gdybym nie tańczył, poszedłbym tam, dokąd wszyscy – mówi Rosenzweig. Dziś daje mu się we znaki podeszły wiek: cierpi na astmę, ma problemy z kręgosłupem. Nie narzeka tylko na stopy. Taniec wciąż jest dla niego synonimem życia.
Marię Dworzecką od Zagłady ocaliła matka, wypychając z korowodu Żydów prowadzonych z białostockiego getta do bydlęcych wagonów.
– To było moje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa – opowiada realizatorom filmu „Maria i Anna” na dworcu w Tykocinie i znajduje schody, na których wtedy usiadła. Potem została ocalona jeszcze dwa razy. Najpierw przez rodzinę Białowarczyków, którzy zabrali ją z dworca. Przeżyła u nich wojnę. Pod koniec lat 40. za pośrednictwem swojego wujka Maria została adoptowana przez rodzinę Dworzeckich. Jako dorosła kobieta postanowiła zaopiekować się kilkuletnią Anią z sierocińca i dać jej szansę na lepsze życie. – Dobroć drugiego człowieka zobowiązuje. Gdy się jej doświadczy, szuka się możliwości, aby pomóc komuś innemu – mówi.
Jakie intencje przyświecały oficerowi Armii Czerwonej Mikołajowi Kisielewowi, który ocalił kilkuset Żydów? Twórcy dokumentu „Lista Kisielewa” pozostawiają to pytanie bez odpowiedzi. Jego misja wydawała się samobójstwem. Ze wsi Dolginowo niedaleko Mińska podjął się przeprowadzenia za linię frontu starców, kobiet i dzieci. Miał do dyspozycji tylko garstkę żołnierzy. – Dzięki niemu mogłam założyć rodzinę i na starość cieszyć się wnukami – opowiada jedna z uratowanych, Berta Kremer.
Inną niezwykłą historię przedstawia dokument „Wypędzeni”. W 1947 roku kapitan statku „Exodus” Yizhak Aran (znany jako Ike Aharanovitz) płynął z Marsylii do Izraela z 4,5 tys. Żydów na pokładzie. Na jego drodze stanęła flota angielska, zmuszając go do wpłynięcia do portu w Hajfie leżącego wówczas na terytorium Palestyny. Tam uchodźcy czekali na dalsze decyzje dotyczące ich losu. Na duchu podtrzymywał ich Mordechaj Rosman.
– Mówiłem do nich w ten sposób: są wśród nas żołnierze, partyzanci, ludzie, którzy przetrwali obozy koncentracyjne. W czasie wojny straciliśmy naszych ojców, matki, rodzeństwo, przyjaciół. Nie możemy się teraz poddać – wspomina.
W końcu statek został zawrócony do Francji, a potem skierowany do Hamburga. Nie udało się dopłynąć do ziemi obiecanej, ale Ike Aharanovitz i Mordechaj Rosman stali się symbolami walki Izraela o prawo do swojego państwa.
[srodtytul]Dylematy bohaterów[/srodtytul]
Wilm Hosenfeld nie doczekał się honorów za życia. Niemiecki żołnierz, który w czasie wojny ocalił m.in. Władysława Szpilmana, zginął w 1952 roku w obozie jenieckim w ZSRR. W 2007 roku prezydent Lech Kaczyński odznaczył go pośmiertnie Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Dokument A. Marka Drążkiewicza „Dzięki niemu żyjemy” przypomina postać człowieka, który wstąpił do NSDAP, bo zależało mu na pracy – miał na utrzymaniu rodzinę. Szybko jednak odkrył, że pracuje na potrzeby zbrodniczego systemu. Postanowił więc pomagać Żydom i Polakom. Uratować, kogo się da. Nie unikał odpowiedzialności, uważał, że karę za zbrodnię ponosi cały niemiecki naród. Przez władze ZSRR został skazany na 25 lat więzienia. Potraktowano go jak każdego innego nazistę. Zabrakło rozeznania, oceny jego rzeczywistych czynów.
Portret metropolity lwowskiego Andrzeja Szeptyckiego kreśli w „Niewygodnym” Grzegorz Linkowski. Próbuje odpowiedzieć na pytanie: dlaczego greckokatolicki duchowny, który stworzył na Ukrainie program ratowania Żydów, nie otrzymał jeszcze medalu Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, a jego proces beatyfikacyjny trwa już ponad pół wieku?
Szeptycki był rzecznikiem powstania niepodległej Ukrainy. Ale jego misja i działania stały w sprzeczności z polityką Polski i Rosji. Dla obu stron był tytułowym „Niewygodnym”. Cień na jego biografię rzuciła druga wojna światowa. W lipcu 1941 roku wydał kurtuazyjny list witający Wehrmacht na ziemiach wschodnich. Szybko jednak zorientował się, że popełnił błąd. Kilka miesięcy później potępił reżimy działające niezgodnie z zasadami chrześcijaństwa. Rok później wydał list pasterski krytykujący ludzi uczestniczących w mordach, pisał do papieża Piusa XII o bestialstwie hitlerowców na Wschodzie. A jednocześnie cały czas ratował Żydów, zwłaszcza dzieci, które kazał rozlokowywać w klasztornych domach.
W filmie Grzegorza Linkowskiego te wszystkie fakty wydobywa na światło dzienne Stefan Bartuch, greckokatolicki ksiądz z Lublina. Odwiedza Ukrainę, Polskę, Izrael, próbując dowiedzieć się więcej o działalności metropolity. Rozmawia z ukraińskimi historykami, dociera do dokumentów, które świadczyły o krytycznym stosunku Szeptyckiego do polityki nazistowskiej. Rozmawia m.in. z ocalonym przez duchownego Kurtem Lewinem, synem lwowskiego rabina.
Z tych poszukiwań, które przypominają dziennikarskie śledztwo, wyłania się obraz Szeptyckiego zmuszonego do działania w niebywale złożonej rzeczywistości wojennej na Wschodzie. Pragmatycznego polityka, charyzmatycznego duchownego, a zarazem człowieka, który odważnie przeciwstawiał się złu.
Po wojnie nie został za to doceniony. Jego proces beatyfikacyjny – jak wynika z rozmów księdza Bartucha – prawdopodobnie blokował Związek Radziecki, brutalnie naciskając na polski episkopat. Władze ZSRR nie chciały dopuścić, by na ołtarze wyniesiono orędownika niepodległości państwa, które stało się jedną z socjalistycznych republik.
Bartuch dociera również do instytutu Yad Vashem. Próbuje się dowiedzieć, dlaczego Szeptyckiemu nie przyznano medalu Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Niewygodne pytania księdza pozostają bez odpowiedzi. Jak dotąd wniosek o tytuł Sprawiedliwego... dla lwowskiego metropolity został odrzucony kilkanaście razy.
[srodtytul]Życie w cieniu Zagłady[/srodtytul]
Instytut Yad Vashem nie miał tylu wątpliwości, kiedy odznaczał członka NSDAP Oscara Schindlera. Jeden z ocalonych przez niego Żydów, Izaak Landesdorfer, jest bohaterem dokumentu Pauliny Fiejdasz „Drugie życie”. Na liście Schindlera miał numer 286. Izaak wspomina Niemca jako typowego kapitalistę – nie interesowała go wojna ani polityka, ale sprawne funkcjonowanie fabryki. Zasługi Schindlera świat poznał dzięki filmowi Stevena Spielberga. Dlatego w dokumencie Pauliny Fiejdasz ciekawsza jest historia ocalonego Izaaka. Mężczyzna rozpoczął po wojnie nowe życie w Krakowie. Nikomu nie przyznaje się do żydowskich korzeni. Uważa się za Polaka, a przed ujawnieniem prawdziwej tożsamości powstrzymuje go także obawa przed antysemicką reakcją otoczenia. – Boję się tych moherów. Własnego listonosza się boję – mówi. – Jak zacznie gadać, zejdzie na tematy, to drugi ojciec Rydzyk. I niechby on się dowiedział, kim ja jestem... Gdyby cała okolica wiedziała... To jestem straconym człowiekiem.
Izaak ani razu nie pokazuje twarzy do kamery. Nie chce podać nazwiska, którego obecnie używa. Przyznaje, że jest samotny: – Czuję wręcz, jakbym był w luksusowym więzieniu.
W Polsce niełatwo mu żyć, ale nie chce emigrować.
Z problemem znalezienia swojego miejsca na świecie musiało się zmierzyć wielu ocalonych Żydów. Życiowe wybory często dzieliły bliskich. Dramatycznym tego przykładem jest historia dwóch braci „Menachem i Fred” nakręcona przez Ofrę Tevet i Ronia Kertsnera. Przed wojną razem z rodzicami mieszkali w Niemczech. Dziś Menachem Mayer, doktor nauk przyrodniczych, żyje w Izraelu, kultywuje żydowską tradycję i religię. Frederick Raymes jest amerykańskim inżynierem. Odciął się od żydowskich i niemieckich korzeni. Jego żona wychowała dzieci na chrześcijan. Kiedy po latach spotyka się z bratem, okazuje się, że dzieli ich niemal wszystko. Na co dzień nie mówią nawet tym samym językiem. By uporządkować przeszłość, wspólnie wyruszają w podróż. Odwiedzają rodzinną miejscowość i dom we Francji, gdzie przeżyli wojnę. Wracają wówczas dawne emocje i uczucia. W 1940 roku rodzina po raz ostatni była razem – jechali pociągiem do obozu koncentracyjnego w Gures. Tam rodzice podjęli decyzję, która uratowała dzieciom życie – oddali je do sierocińca. Wierzyli, że dzięki temu przetrwają, nawet jeśli nigdy się już nie zobaczą. To był trudny wybór, ale wtedy nie było łatwych.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA