fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Służba zdrowia

Lekko chorzy zmorą szpitali

Fotorzepa, Piotr Kowalczyk
Pacjenci Zamiast do przychodni zgłaszają się na oddziały ratunkowe. Mierzenie ciśnienia, wypisanie recepty – takich chorych przyjmują lekarze, którzy mają się zajmować ratowaniem życia. Szpitale tracą przez to setki tysięcy złotych
Lekarze z oddziałów ratunkowych alarmują, że trafiają do nich pacjenci, których powinni się udać do lekarza rodzinnego lub przychodni specjalistycznej. Przez to w kolejce po pomoc trzeba czekać nieraz kilka godzin. – Napór chorych na oddział jest tak duży, że muszę stosować metodę, którą wykorzystuje się na polu bitwy: dzielić ludzi na wymagających natychmiastowej pomocy i takich, którzy mogą poczekać – denerwuje się lekarz pracujący na oddziale ratunkowym.
[srodtytul]Bo nie trzeba czekać[/srodtytul] Pojawiają się pacjenci proszący o zmierzenie ciśnienia, o wypisanie recepty, tacy, których od kilku tygodni boli kręgosłup.
Dlaczego wybierają oddział ratunkowy? Bo zostaną przyjęci natychmiast, a na wizytę u specjalisty trzeba czekać tygodniami albo miesiącami. Najwięcej takich osób jest po południu, bo wtedy nie można już ich odesłać do przychodni. Powinna ich przyjmować tzw. nocna pomoc lekarska, ale ta w wielu miastach nie działa. Zaskakujące jest to, że na badania do szpitali odsyłają ich często lekarze z przychodni. – Chorzy mówią nam o tym – potwierdza dr Michał Maksymowicz, lekarz medycyny ratunkowej ze szpitala na ul. Wołoskiej w Warszawie. Oddziały ratunkowe wykonują więc czasem najprostsze badania diagnostyczne. – Ale wtedy wszystkie koszty zostają przerzucone na szpital. Działalność oddziału ratunkowego niemal wszędzie przynosi straty – mówi dr Maksymowicz. [srodtytul]Wyciekają pieniądze [/srodtytul] Lekarze szacują, że aż jedna trzecia pacjentów skierowanych przez innych medyków na oddziały ratunkowe nie wymaga hospitalizacji. Ponad połowa interwencji oddziałów pogotowia ratunkowego działających przy szpitalach jest nieuzasadniona. – We wszystkich tych przypadkach lekarze ratownictwa medycznego wykonują pracę za przychodnie, lekarzy rodzinnych i specjalistów – mówi Maksymowicz. – Z 6,5 tys. pacjentów miesięcznie blisko 2,5 tys. wymagało pilnej interwencji. Pozostali powinni być obsłużeni przez lekarzy pracujących w przychodniach – ocenia Bogusław Poniatowski, dyrektor Szpitala Klinicznego w Białymstoku i wojewódzki konsultant ratownictwa medycznego. – U swojego lekarza słyszą: zgłosi się pan po południu do szpitala, to zrobią panu wszystkie badania. Oddział przynosi miliony złotych strat rocznie, ale pacjentów nie odsyłamy. Nie mogą być przedmiotem gry między przychodniami a szpitalem. Rozwiązanie znalazł szpital w Grudziądzu, który prowadzi zarówno przychodnię oferującą nocną pomoc medyczną, jak i oddział ratunkowy. – Mamy oddzielne karetki – opowiada dr Marek Nowak, dyrektor grudziądzkiej placówki. – Nie ma mowy, żeby do pacjenta, który zgłasza, że ma gorączkę, wyjechała karetka pracująca na rzecz oddziału ratunkowego. Ta osoba może poczekać, a gdyby doszło do wypadku, rannym nie miałby kto pomóc. Pacjenci są w szpitalu dzieleni na tych, którzy wymagają albo pomocy lekarza w przychodni (tam są przyjmowani w kolejności zgłoszeń), albo pomocy oddziału ratunkowego (tam o kolejności decyduje stan chorego). – Udało się nam rozładować zatory – mówi Nowak. – Blisko 90 proc. pacjentów jest trafnie kierowanych na oddział ratunkowy, a to duży sukces. Dzięki temu działalność oddziału ratunkowego nie przynosi szpitalowi strat.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA