fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Czas skończyć z kastowymi przywilejami

Rzeczpospolita, Mirosław Owczarek MO Mirosław Owczarek
Nic tak nie szkodzi naszym szansom na życie w normalnym kraju, jak niemożność wyrwania się z systemu pełnego absurdalnych grupowych przywilejów, w większości zakorzenionych w PRL i uświęconych mocą powszechnego przyzwyczajenia – ale też produkowanych systematycznie przez kolejne rządy III RP – pisze publicysta "Rzeczpospolitej"
[b][link=http://blog.rp.pl/ziemkiewicz/2009/01/15/czas-skonczyc-z-kastowymi-przywilejami/" "target=_blank]Skomentuj[/link][/b]
Zasada liberum veto, uznawana potocznie za symbol ustrojowej zgnilizny dawnej Rzeczypospolitej oraz główną przyczynę niemożności jej zreformowania, nie została wprowadzona przez żadną sejmową konstytucję ani przywilej monarchy. Nie miała w ogóle, mówiąc dzisiejszym językiem, żadnej podstawy prawnej. Był to tylko pewien utarty obyczaj; zgubny w skutkach, ale wynikający ze szlachetnych intencji, uzasadniany szacunkiem dla wolności i przede wszystkim niezwykle wygodny dla wszystkich "graczy politycznych" owej doby.
Liberum veto nie trzeba było więc w żaden sposób "likwidować", odejście od niego nie wymagało żadnych aktów prawnych, niczego w ogóle, poza drobnostką – wolą zmiany. Gdy się ona pojawiła, sprawa przestała być najmniejszym problemem, załatwiono ją w pięć minut, po prostu zwołując Sejm Wielki pod węzłem konfederacji. Jednak, jak pamiętamy, nasi przodkowie zdobyli się na to dopiero w ostatniej chwili, jak się rychło miało okazać – za późno.
[srodtytul]Państwo niemożności [/srodtytul]
Istnieje wyraźna analogia pomiędzy patologiami dawnej Rzeczypospolitej a tymi, które krępują rozwój współczesnej Polski i przez demoralizację niszczą jej społeczną tkankę. Dawna Rzeczpospolita, im dalej od jej "złotego wieku", tym bardziej była rzecząpospolitą tylko w teorii, w praktyce bowiem nic w niej nie mogło się stać wbrew potężnym magnackim koteriom.
Polska dzisiejsza jest, formalnie, krajem wolnorynkowym i demokratycznym; w praktyce jednak uległa oligarchizacji w stopniu, który upodobnia ją bardziej do ułomnych, fasadowych demokracji latynoskich niż do państw Zachodu. Usiłując znaleźć nazwę dla tego dziwacznego, hybrydowego urządzenia społecznego, jakie powstało wskutek niepełnej, można rzec: wyrywkowej, transformacji ustrojowej prowadzonej od roku 1989 jako kompromis pomiędzy potrzebą modernizacji a zachowaniem wpływów i przywilejów paraoligarchicznych grup wytworzonych przez realny socjalizm, sięgałem wielokrotnie po przywołanie mechanizmów feudalnych.
W istocie Polska współczesna pod liberalno-demokratycznym makijażem łudząco przypomina, na przykład, Francję z ostatnich dziesięcioleci przed wybuchem rewolucji. W swej niedocenianej pracy Pierre Gaxotte opisał ją wnikliwie jako państwo pod pozorami absolutyzmu, całkowicie niesterowne wskutek niezwykłego rozmnożenia wszelkiego rodzaju przywilejów udzielanych przez wieki poszczególnym grupom społecznym, ale także miastom, gminom, stanom czy ekskluzywnym – jak byśmy to dziś określili – lobbies, w których interesie było sabotowanie wszelkich zmian.
Państwo to na długi czas ugrzęzło w niemożności, którą przełamać mogła dopiero orgia rewolucyjnej przemocy – nawiasem mówiąc, niepostulowana, a nawet nieprzewidziana przez właściwie żadną z prących do niej sił. Analiza Gaxotte'a pokazująca, jak przekroczenie swoistego punktu krytycznego w rozdawnictwie przywilejów pogrąża państwo w niemożności zreformowania się o własnych siłach, zasługuje w naszym kraju na bardzo wnikliwą uwagę. Nie tylko z racji naszej historii, ale, niestety, także teraźniejszości.
[srodtytul]Absurd nasz powszechny [/srodtytul]
Nic tak nie szkodzi naszym szansom na życie w normalnym kraju, jak niemożność wyrwania się z systemu pełnego absurdalnych grupowych przywilejów, w większości zakorzenionych w PRL i uświęconych mocą powszechnego przyzwyczajenia – ale też produkowanych systematycznie przez kolejne rządy III RP. Świadomość tego faktu jest niejasno, intuicyjnie formułowana w debacie publicznej, jednakże zawsze w sposób ułomny; przykłady mieliśmy niedawno podczas dyskusji o emeryturach pomostowych, a wcześniej o postulowanej reformie KRUS.
Krytykowane są pewne określone przywileje – najchętniej rolników oraz górników, nie zauważa się jednak, iż stanowią one tylko drobną część powszechnego absurdu. Nadto owa krytyka nacechowana jest groteskową ślepotą na własne przywileje – dziennikarze z lubością rozpisujący się, jakie to miliardy kosztuje nas wszystkich KRUS (w istocie zresztą powtarzający uporczywie fałszywe mity), nie widzą niczego niesprawiedliwego w tym, że oni sami płacą podatki znacznie mniejsze niż przeciętny pracownik, a prawnicy postulujący rozmaite cząstkowe rozwiązania problemu nierówności nie dostrzegają nic złego w tym, że będąc bodaj najlepiej zarabiającą grupą zawodową w kraju, obdarowani zostali 19-procentowym podatkiem liniowym.
Mimo iż teoretyczne uzasadnienie tych przywilejów jednych i drugich z nich wyklucza: ulga 50-procentowych "kosztów uzysku" miała bowiem służyć wsparciu artystów i naukowców, a podatek liniowy CIT wymyślono jako formę ulżenia przedsiębiorcom, aby tworzyli więcej miejsc pracy. Dlaczego prowadzący telewizyjny talk-show jest u nas naukowcem, a radca prawny przedsiębiorcą? Ano dlatego, że tak się przyzwyczailiśmy. Cóż dopiero, gdy przyzwyczajenie sięga poprzedniego ustroju. A poprzedni ustrój rozdawał przywileje chętnie i z czasem coraz chętniej, bo wskutek ciągłych pustek w kasie, nie będąc w stanie wynagradzać ani korumpować pieniędzmi, wynagradzał i korumpował całe grupy społeczne przywilejami.
[srodtytul]Postsocjalistyczny feudalizm [/srodtytul]
O tych sprawach trzeba pamiętać jako o szerokim kontekście walki o otwarcie korporacji zawodowych – walki, której częścią była obalona przez Trybunał Konstytucyjny ustawa i której kolejną bitwę zaczął ostatnio rzecznik praw obywatelskich wnioskiem o uznanie niekonstytucyjności przymusu przynależności do korporacji zawodowych.
Przyzwyczailiśmy się, że konstytucyjna zasada równości obywateli jest fikcją, a w prawnych uzasadnieniach status quo przyjmuje się za aksjomat sprzeczne z elementarną logiką twierdzenie, iż przywilej dla jednej grupy nie oznacza dyskryminowania innych grup, tylko "wyrównuje szanse" obdarowanych. W połączeniu z wygodnictwem i ciasno pojmowanymi interesami środowiskowymi powoduje to, że godzimy się z praktyką potencjalnie równie dla Polski zabójczą, jak niegdyś zasady złotej wolności.
Sprawa korporacji, które, przypomnijmy, w praktyce zamykają w Polsce osobom niespokrewnionym i nieprotegowanym dostęp do 41 najbardziej atrakcyjnych zawodów, jest tylko drobną częścią wielkiego problemu naszego państwa, przysłowiowym wierzchołkiem góry lodowej. Jest to jednak sprawa dla dalszej reformy Polski i wyprowadzenia jej z postsocjalistycznego feudalizmu kluczowa.
Mówimy tu o zawodach niezwykle istotnych dla państwa, regulujących życie publiczne, bez których reformy nie sposób myśleć o prawdziwej realizacji konstytucyjnych praw obywateli. By ograniczyć się do jednego tylko przykładu – zamknięcie przez samorządy zawodowe zawodów prawniczych i wynikająca z niego trudność w dostępie obywatela do usług prawniczych czyni fikcją fundamentalną dla demokracji zasadę równości wobec prawa. Przy istniejącym stanie rzeczy człowiek zamożny, a już zwłaszcza wielki koncern, zdolny wydać na prawników miliony, może na sali sądowej, w majestacie prawa, zrobić wszystko z kimś, kto nie ma pieniędzy, względnie ma ich mniej – pozbawić go podstawowych praw, a nawet wolności, i wyzuć z majątku; liczne tego dowody można znaleźć w reportażach i artykułach interwencyjnych, szczególnie w mediach lokalnych.
Na podkreślenie zasługuje zwłaszcza to, że – podobnie, jak to było z problemami dawnej Rzeczypospolitej – potęga samorządów zawodowych nie wynika bynajmniej z prawa, ale z przyzwyczajenia, z praktyki PRL. Władza ówczesna przestrzegała z żelazną konsekwencją zasady, iż dla każdego zawodu może istnieć tylko jedna korporacja, a przynależność do niej musi być obowiązkowa i stanowić warunek wykonywania zawodu. Nie służyło to, wbrew deklaracjom, społeczeństwu, ale wyłącznie kontroli. Zachowywanie tej praktyki po roku 1989 służy zaś wyłącznie "grupom trzymającym władzę" w poszczególnych korporacjach, dla ogółu zaś skutki ma jak najgorsze – zło, jakie z tego płynie, ma wieloraki charakter i długo by wymieniać rozmaite jego formy. Praca ta była zresztą i jest wykonywana przez wielu autorów przy różnych okazjach.
[srodtytul]Koniec z kastowością?[/srodtytul]
W konstytucji III RP istnieje zapis, który daje prawo tworzenia samorządów zawodowych; nie ma nic o obowiązku ich tworzenia, a tym bardziej obowiązku przynależności. Przeciwnie, ten sam artykuł stanowi wyraźnie, iż korporacje nie mogą ograniczać wolności wykonywania zawodu. Obyczaj zakwestionowany przez RPO jest więc nie tylko równie szkodliwy, jak "źrenica złotej wolności", ale i równie pozbawiony podstawy prawnej.
Wydaje się to oczywiste nawet laikowi. A jednak już raz Trybunał Konstytucyjny wydał orzeczenie podparte przedziwnym logicznym łamańcem, udaremniając w interesie korporacji prawniczych wejście w życie ustawy reformującej dostęp do nich. Czy tym razem Trybunał wzniesie się ponad kastowe interesy prawniczego establishmentu? To pytanie dotyczy nie tylko absolwentów studiów prawniczych. W istocie, dzięki inicjatywie i uporowi Janusza Kochanowskiego, mamy właśnie szansę dokonania fundamentalnej i niezwykle Polsce potrzebnej zmiany naszego państwa na lepsze.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA