Świat

Elekcja pod okiem żelaznego Feliksa

Wyborca w Sołomoreczu, wiosce w Mińszczyźnie. Białoruska ordynacja umożliwia odwiedzanie z urną wyborców w podeszłym wieku
AFP
W sowieckim Dzierżyńsku w latach 30. istniał polski region autonomiczny. Wczoraj żyjący tam Polacy wybierali między szefem wojskowego komisariatu i działaczką lewicowej Partii Pracy
– Mamy 2 tysiące wyborców – mówi przewodniczący niewielkiej lokalnej komisji wyborczej w Dzierżyńsku, mieście położonym niecałe 40 kilometrów na południowy zachód od Mińska. – Ilu zagłosowało przed terminem? Dokładnie 22,2 procent. Nie, to nie 440 osób. Ponad 500... – ucieka wzrokiem gdzieś w bok.
Tatiana Wanina, opozycyjna kandydatka, denerwuje się coraz bardziej. – W tej komisji nie chcą mi podać dokładnej liczby osób, które głosowały przed terminem. To oznacza, że mogą dosypać trochę głosów kandydatowi władzy – mówi. I decyduje: – Idę do komisji okręgowej, idę do prokuratury!W Dzierżyńsku mieszkańcy mieli wybór: albo pani Tatiana Wanina, działaczka zdelegalizowanej lewicowej Partii Pracy, formalnie określająca się jako bezpartyjna i niepracująca, albo „wojennyj komisar”, czyli szef miejscowego komisariatu wojskowego Oleg Kot. Starsze kobiety wychodzące z miejscowego kościoła św. Anny i mówiące śpiewną polszczyzną nie mają wątpliwości: oczywiście Kot. Bo jego matka jest katoliczką i „na mszach ją widać”. Ojciec co prawda prawosławny, ale to trudno. Kot jest „na wpół nasz”.
Na mszy tłum, około 300 ludzi. Głównie Polacy. Zresztą przed wojną granica była zaledwie 12 kilometrów dalej, a w latach 1932 – 1937 istniał tu autonomiczny polski rejon, tak zwana Radziecka Dzierżyńszczyzna. Próbowano tu bezskutecznie wychować prawdziwych polskich bolszewików. A że nie wyszło, rejon zlikwidowano, łącznie z większością jego polskich mieszkańców. Przypomina o tym czarny krzyż stojący przy pięknie wyremontowanym kościele. – Dzierżyńsk, dawny Kojdanów, zawsze był wielonarodowym miastem – mówi wychodząca z komisji wyborczej starsza pani, emerytowana nauczycielka. – Polacy, Żydzi, Tatarzy, Białorusini... Żydów już nie ma, Tatarów zostało niewielu, Polaków też – dodaje. Głosowała na panią Waninę, bo to „osoba nastawiona probiznesowo” i może coś zmieni na lepsze. W 1937 r. region zlikwidowano, podobnie jak większość jego mieszkańców Choć, jak twierdzi, w liczącym 37 tysięcy ludzi mieście wcale nie jest źle. – W sklepach mamy wszystko. A jak czegoś nie ma, połączenie z Mińskiem jest znakomite, można jechać i kupować. Byle tylko pieniędzy było więcej – wzdycha. Pieniędzy rzeczywiście otrzymuje niewiele: 460 tysięcy rubli miesięcznie, czyli równowartość 510 złotych. Poza chlebem czy wódką ceny niewiele różnią się od polskich. Pensje są tu niskie: szwaczka w fabryce Eliz dostaje niewiele więcej niż emerytka, a ślusarz w zakładach mechanicznych DEMZ może dwa razy tyle. – Głosowałam na Kota – odpowiada młoda dziewczyna. Dlaczego? Bo to taki przystojny mężczyzna. Czy go widziała? Oczywiście: zrobili przerwę w pracy i okazało się, że to było spotkanie z kandydatem. A gdzie pracuje? Nie odpowiada. Odwraca się i odchodzi szybkim krokiem... Wanina twierdzi, że na rzecz jej konkurenta działała cała miejscowa administracja. – Zrobili grafik wizyt w przedsiębiorstwach. A mnie wyznaczyli spotkanie w DEMZ podczas przerwy obiadowej i prawie nikt nie przyszedł – mówi. – Głosowałem na Waninę – mężczyzna w średnim wieku waha się, czy odpowiedzieć. Dlaczego na nią? – Wojskowy powinien się wojskiem zajmować, a nie w parlamencie siedzieć – odpowiada. W komisjach każdy dostaje kartę do głosowania. Jedna opcja: Kot Oleg Iwanowicz. Druga: Wanina Tatiana Władimirowna. Trzecia: przeciwko wszystkim kandydatom. W odpowiedniej kratce trzeba tylko postawić krzyżyk „lub inny znak”. Ale niedziela to tak naprawdę jedynie ostatni dzień wyborów. Wcześniej przez kilka dni trwało głosowanie przedterminowe; zdaniem opozycjonistów to właśnie wtedy dokonywane są „cuda nad urną”. Takie głosy powinny być liczone oddzielnie. Ale często są mieszane z tymi z niedzieli. – Jeśli w wyborach przedterminowych wyniki pokazywałyby, że 90 procent głosowało na przedstawiciela władzy, a 10 procent na opozycjonistę, a w niedzielę 60 procent na opozycjonistę i 40 procent na człowieka Łukaszenki, wyglądałoby to podejrzanie. Po zmieszaniu głosów wygrywa przedstawiciel władzy – dowodzi Wanina. Czy tak będzie w Dzierżyńsku? Wanina jest pewna, że przy prawidłowym liczeniu głosów by wygrała. Czy rzeczywiście? W białoruskich miastach naprzeciw siedziby władz miejskich stoi zwykle pomnik Lenina. Tu Lenin schowany jest z boku, a przed Gorispołkomem (miejskim komitetem wykonawczym) stoi pomnik twórcy Czeka Feliksa Dzierżyńskiego. Patrzy na Gorispołkom, gdzie znajduje się okręgowa komisja wyborcza, jakby pilnował liczenia głosów. Komu pomoże: Waninie czy Kotowi? masz pytanie, wyślij e-mail do autora p.koscinski@rp.pl Piotr Kościński z Dzierżyńska
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL