Teatr

Jak Zapasiewicz był Murzynem

„Słoneczni chłopcy” – Zbigniew Zapasiewicz (z lewej) i Franciszek Pieczka
Rzeczpospolita, Radek Pasterski RP Radek Pasterski
Kto czuje niedosyt świetnego aktorstwa, powinien zobaczyć „Słonecznych chłopców” ze Zbigniewem Zapasiewiczem i Franciszkiem Pieczką
Zapasiewicz, w pidżamie i wełnianej czapce, siedzi na fotelu i ogląda telewizję, demonstracyjnie okazując pogardę dla współczesnej rozrywki.
Pewnie tak jak on na scenie Powszechnego spędzają czas najwięksi mistrzowie w swoich willach – Robert De Niro, Robert Redford, Dustin Hoffman. Zamiast wielkich psychologicznych dramatów, współczesne kino oferuje im idiotyczne role sklerotycznych dziadków. Tylko Woody Allen znajduje sobie zajęcie, bo kręci własne filmy. Meryl Streep musi fikać w „Mamma Mia!” do przebojów ABBY. Zbigniew Zapasiewicz nie ma problemów amerykańskich gwiazd. Kiedy chce, gra Becketta. Teraz wziął się do roli w „Słonecznych chłopcach”, znanej z filmu Johna Ermana o comebacku dwóch skłóconych komików, których grali Woody Allen i Peter Falk. Ale w sztuce Neila Simona wyreżyserowanej przez Macieja Wojtyszkę można zobaczyć również opowieść o polskich aktorach. Podzielili się na getta akademickiej tradycji, hipernowoczesności i reklamy. A w głębi serca czują tęsknotę za wielkimi kreacjami. Bez nich teatr jest kaleki, niepełnowartościowy.
„Nie ma dla ciebie ról!” – tłumaczy Krzysztof Stroiński, teatralny agent, swojemu scenicznemu wujowi, granemu przez Zbigniewa Zapasiewicza. „Zagrasz w rockowym musicalu albo w murzyńskiej rewii?” – pyta. „Murzyna?! Grałem Murzyna w 1929 roku!” – odpowiada Zapasiewicz tak przekonująco, że wierzę mu – przekornemu, wkurzającemu staremu łajdakowi Willy’emu Clarkowi – nawet kiedy zwodzi i kłamie. Jestem wręcz w stanie uwierzyć, że to sam Zapasiewicz zagrał Murzyna 80 lat temu. Bo cały spektakl jest jego aktorskim popisem w stylu, w którym czuje się najlepiej. Kiedy trzeba grać ironicznie, na pograniczu szyderstwa, człowieka pozornie chłodnego. A tak naprawdę wrażliwego, który boi się konfrontacji z brutalnym światem. Materia literacka jest błaha, jak w komedii dell’arte, ale tym większego wymaga od Zapasiewicza mistrzostwa. A potrafi zrobić perełkę z monologu o tym, że tylko słowa na „k”, np. kartofel, są śmieszne, gdy „ziemniak” już wcale nie śmieszy! Wraz z partnerującym mu w roli Ala Lewisa Franciszkiem Pieczką po mistrzowsku wydobywają przeciwieństwa charakterów starych sklerotyków. Sprzeczają się o to jak przed laty Al dźgał Willy’ego w pierś paluchem. A gdy złamał go na kuloodpornej kamizelce, atakował kolegę jeszcze groźniejszą bronią – palcem w gipsie! Kłócą się nawet o to, czy ich zmarły przyjaciel tańczył, śpiewał czy komponował. Zapominając, że mądrość, przyjaźń i miłość polegają na tym, by panować nad urazami i pamiętać tylko to, co najlepsze – mało nie wpędzają się do grobu. Dopiero Franciszek Pieczka we wzruszający sposób podkreśla radość, jaką może dać bohaterom chwila uśmiechu, kiedy nie muszą pamiętać o starości w domu aktora. Sił gwiazdom Powszechnego, chwała Bogu, nie brakuje. Niejeden jeszcze wieczór będą grać koncertowo „Słonecznych chłopców” zgodnie ze słowami sztuki „to rżnijmy nasz brylancik”. Trudno jednak nie pomyśleć, czy ich młodsi koledzy będą potrafili za kilka dekad wykonać tę pozornie błahą komedię jak teatralny poemat.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL