fbTrack

Polityka

Dwie twarze szarej eminencji Pałacu Prezydenckiego

Małgorzata Bochenek
Newsweek Polska/REPORTER
Małgorzata Bochenek - media przedstawiają ją jako tajemniczą i niebezpieczną postać, która sprytnymi sztuczkami socjotechnicznymi omotała Lecha Kaczyńskiego
Na stronie internetowej Kancelarii Prezydenta, gdzie można obejrzeć wszystkich ministrów Lecha Kaczyńskiego, portret Małgorzaty Bochenek rzuca się w oczy. Inni zamieścili zdjęcia jak do paszportu – twarz doskonale widoczna, spojrzenie prosto w obiektyw, a minister Bochenek dała się sfotografować podczas przeglądania dokumentów. Wzrok ma spuszczony, włosy zasłaniają część twarzy. Nikt, kto widział tę fotografię, nie rozpoznałby Bochenek na ulicy.
To jak ulał pasuje do wizerunku tajemniczej minister, o której niewiele wiadomo. Poza jednym – że ma ogromny i nie do końca korzystny wpływ na głowę państwa. Przynajmniej taki obraz wyłania się z doniesień prasowych i nieoficjalnych rozmów z osobami związanymi z Pałacem Prezydenckim. Małgorzata Bochenek potrafiła czekać prawie cztery lata na pracę, która jej odpowiadała
Tymczasem ludzie, którzy znają ją wyłącznie towarzysko, uważają ją za sympatyczną i bezpośrednią. – Była wesoła, życzliwa, otoczona ludźmi – wspomina Anna Żydowicz, koleżanka ze studiów polonistycznych na UJ. – Bardzo sympatyczna i kontaktowa osoba, lubi czerwone wino – opisują Bochenek jej sąsiedzi, dziennikarze. Która twarz prezydenckiej minister jest prawdziwa? Małgorzata Bochenek jako pierwsza pojawia się każdego dnia w gabinecie Lecha Kaczyńskiego i przedstawia mu raporty z informacji prasowych oraz doniesień służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo państwa. Jej wejścia często zaczynają się od słów: „Zobacz, co o tobie napisali” – tu pada nazwa gazety i tytuł tekstu, rzekomego ataku na głowę państwa. Kilkakrotnie wywoływała w ten sposób w Pałacu prawdziwe trzęsienie ziemi. – Ma obsesję na punkcie zagrożeń i spisków, którą zaraża prezydenta – opowiada osoba związana z Pałacem Prezydenckim. – Gdy pojawiła się informacja o satelicie amerykańskim, który miał spaść gdzieś w Europie, Bochenek tak się przejęła, że chciała powoływać specjalną komisję, która miała opracować plan uchronienia Polski przed katastrofą. – A z góry było wiadomo, że nic nam nie zagraża – śmieje się nasz rozmówca. Inny z naszych informatorów uważa, że Bochenek pokazuje prezydentowi gorszy świat niż ten, który istnieje. – Nie wiem, po co to robi, ale faktem jest, że wprawia prezydenta w nieustanne drżenie – mówi. Małgorzata Bochenek odrzuca sugestie, że „straszy” prezydenta. – To nieprawda – mówi. – Dziennikarze piszą o mnie teksty, nie pytając mnie o nic, a nawet nie próbując skontaktować się ze mną. Bochenek przeszła długą drogę od prowincjonalnej dziennikarki do szarej eminencji Pałacu Prezydenckiego. To imponująca kariera. Inni członkowie jej najbliższej rodziny również zrobili błyskotliwe kariery. Jej mąż Marcin Bochenek jest od 2006 roku wiceprezesem TVP, a jej brat Jacek Krawiec w połowie maja, a więc już za rządów PO, objął stanowisko wiceprezesa PKN Orlen. Bochenek mówi, że jej brat jest menedżerem i fakt, iż otrzymał nominację od Platformy, nie wpłynął na ich dobre kontakty. Zawodowe szlify Bochenek zdobywała w „Gazecie Krakowskiej”. Jako początkująca dziennikarka wyróżniała się wybujałą ambicją. – Interesowała się sprawami międzynarodowymi. Była szarą myszą, która braki w umiejętnościach warsztatowych nadrabiała ambicją. Gdy zwracano jej uwagę na błąd w tekście, miała łzy w oczach – opowiada dziennikarz, który pracował w „Gazecie Krakowskiej”. – Zresztą oboje z mężem byli ambitni i przeświadczeni o własnej wartości. Lata 90. to był okres, gdy młodzi polscy dziennikarze mogli przebierać w stypendiach, szkoleniach i wyjazdach zagranicznych. Bochenek skwapliwie z tego skorzystała. W 1992 roku była na dwóch stypendiach i konferencji w USA. – Chciałam zobaczyć, jak działa administracja rządowa – tłumaczy.Ale „Gazeta Krakowska” nie miała miejsca na sążniste artykuły o tematyce zagranicznej. Małżeństwo Bochenków postanowiło więc wypłynąć na szerokie wody i przeniosło się do Warszawy. – Pracowaliśmy wtedy z mężem na minimalnych etatach, żyliśmy z wierszówek – opowiada Bochenek. – Stwierdziliśmy, że zostaniemy korespondentami „Gazety Krakowskiej” w Warszawie. Ale na miejscu okazało się, że to był zły pomysł. Nie było komputerów, łączności. Nie było także woli współpracy ze strony redakcji. Bochenek porzuciła więc dziennikarską karierę i zatrudniła się w MON, w departamencie studiów strategicznych. Opowiada, że do ministerstwa ściągnął ją dyrektor departamentu Studiów strategicznych Antoni Kamiński. – Pomyślałam, dlaczego nie spróbować czegoś innego i nie pogłębić wiedzy – opowiada Bochenek. – W Stanach widziałam, jak działa Pentagon, więc propozycja wydawała mi się bardzo sensowna. Mąż prezydenckiej minister jest wiceprezesem TVP, a brat – wiceprezesem PKN Orlen Gdy w 1993 roku skończyła się jej umowa, sama nie chciała jej przedłużać. Wróciła do mediów. Pracowała m.in. przy programie Andrzeja Urbańskiego „Pytania o Polskę”. Ale gdy tylko nadarzyła się okazja, wróciła do kariery urzędniczej. Okazją było wyborcze zwycięstwo AWS. Bochenek zahaczyła się w Kancelarii Premiera. Zbigniew Derdziuk, który był zastępcą szefa Kancelarii Premiera Jerzego Buzka i przewodniczył zespołowi ds. spraw obronnych, szukał kogoś, kto doradzałby mu w tych sprawach. – Dowiedziałam się o tym i powiedziałam, że mogłabym to robić – opowiada Bochenek. Derdziuk, dziś sekretarz stanu w Kancelarii Donalda Tuska, nie bardzo pamięta okoliczności zatrudnienia Bochenek. – Przecież już wcześniej pracowała w administracji – wyjaśnia. – Sporządzała analizy dla mnie i innych ministrów. Byłem z niej zadowolony. Analizowanie informacji sprawiało jej przyjemność i była w tym dobra. A jednak po zakończeniu kadencji rządu Buzka Bochenek została bez pracy. Przez blisko cztery lata zajmowała się drobiazgami: pisała przewodnik po Mazowszu, publikowała teksty turystyczne, robiła zdjęcia. Tak dotrwała do połowy 2004 r. Któregoś dnia u Elżbiety Jakubiak, która była dyrektorem biura prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego, zjawił się Marcin Bochenek, wówczas rzecznik prasowy Zarządu Transportu Miejskiego w Warszawie, i spytał, czy w urzędzie nie znalazłaby się praca dla jego bezrobotnej żony. W ten sposób Bochenek dostała posadę w ratuszu na stanowisku głównego specjalisty w zespole doradców prezydenta. O jej pracy krążą legendy. Urzędnikom wbiła się w pamięć, bo godzinami przesiadywała pod drzwiami prezydenta Kaczyńskiego, aby spotkać się z nim choć na chwilę i przedstawić jakiś wycinek prasowy. Można też usłyszeć anegdotę z kampanii prezydenckiej, jak to Bochenek przychodziła do pracy wcześnie rano i wsiadała do służbowego samochodu, który jechał po Lecha Kaczyńskiego, pukała do jego mieszkania ze świeżymi informacjami. – W ten sposób dosłownie osaczała Kaczyńskiego – mówi dawny pracownik ratusza. Gdy w maju 2005 roku ruszyła kampania wyborcza, Bochenek natychmiast się w nią zaangażowała. Pod koniec wzięła nawet urlop w ratuszu, żeby pracować w sztabie. – Praca przy kampanii była wielką przygodą mojego życia – mówi Bochenek. – Namówiła mnie do tego pani prezydentowa. Ale jej krytycy uważają, że zatrudniła się w ratuszu tylko po to, by przy okazji kampanii tylnymi drzwiami wśliznąć się do wielkiej polityki i wpływać na prezydenta. – To nieprawda, ja po prostu lubię swoją pracę. Miałam już okazję być w wielkiej polityce. Dla analityka stworzenie zespołu pracującego dla głowy państwa jest bardzo satysfakcjonujące – mówi Bochenek. – Lubię to i dlatego jestem w stanie siedzieć tutaj kilkanaście godzin dziennie. Masz pytanie, wyślij e-mail do autorek e.olczyk.@rp.pl, a.majchrzak@rp.pl
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL