Publicystyka

Nie kijem Cenckiewicza, to pałką

Sławomir Cenckiewicz nazywany jest „jastrzębiem z IPN”
Fotorzepa, Darek Golik
Nie minęły dwa lata, a sprawa dziadka z SB i jego rzekomej lustracji przez wnuka wróciła. Sławomir Cenckiewicz jest odsądzany od czci i wiary za to, że postanowił zmierzyć się z historią swej rodziny – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”
„Za sprawą Piotra Gontarczyka i Sławomira Cenckiewicza debata nad przeszłością Lecha Wałęsy przypomina pomieszanie historii z histerią”. Tymi słowy Mariusz Chudy na łamach „Newsweeka” rozpoczyna swój tekst na temat historyków IPN. Autor, deklarujący obrzydzenie histerycznym tonem dyskusji na temat książki o Lechu Wałęsie, sam używa całej gamy epitetów wobec historyków. Cenckiewicz i Gontarczyk nazwani zostają „anty-Bolkami” i „jastrzębiami z IPN”. Gontarczykowi przypisuje nieustanne odwoływanie się do Romana Dmowskiego (gdzie? kiedy? w jakich książkach? – odpowiedzi próżno szukać).
By dopełnić obrazu moralnej szpetoty jednego z naukowców, dziennikarz „Newsweeka” sięga po zabójczy argument: „Cenckiewicz lubi iść pod prąd. Lustracyjne ostrogi zdobywał w gronie rodzinnym. Zlustrował swego dziadka, długoletniego dyrektora sopockiego Grand Hotelu. Dogrzebał się informacji, że dziadek był wysokim funkcjonariuszem Służby Bezpieczeństwa. Swoich odkryć dokonał, będąc pracownikiem gdańskiego oddziału IPN”. Wizja Cenckiewicza jako lustratora własnej rodziny ma same zalety. Informuje o „dziadku z SB”, a jednocześnie buduje wizerunek historyka jako oszalałego inkwizytora.
Aby prześledzić genealogię insynuacji o rodzinnej lustracji cofnijmy się do roku 2005. Wtedy w wypowiedzi dla „Wprost” (nr 25/2005) Cenckiewicz, opowiadając o swojej pracy w IPN, przyznał się do paradoksu – koneksji z esbekiem. W styczniu 2007 roku tę chwilę szczerości badacza tygodnik „Polityka” wykorzystał do efektownej insynuacji. Ryszarda Socha, autorka jego sylwetki, napisała: „Dziadka Sławomir zlustruje później, jako pracownik IPN, podobnie jak starszy od niego Ryszard Terlecki zlustrował swego ojca Olgierda, znanego pisarza”. Jak było naprawdę? O sprawie usłyszałem w moim rodzinnym Gdańsku, ponad cztery lata temu od kolegów pracujących w IPN. Zapamiętałem ją szczególnie, bo traf chciał, że historykiem, który podczas badań natrafił na kartę rejestracyjną oficera SB Mieczysława Cenckiewicza, był niemalże mój imiennik Piotr Semków. Sławomir Cenckiewicz, zapytany przez Semkowa, czy zna kogoś o takim nazwisku, wyznał, że może to być jego dziadek, znany mu tylko ze słyszenia. Historyk nie znał dobrze nawet swego ojca, który niedługo po urodzeniu się syna opuścił żonę. Aby rozwikłać sprawę, Cenckiewicz wystąpił zatem o akta Mieczysława, a gdy poznał ich zawartość, uznał za naturalne poinformować o tym kolegów z IPN. Nie było w tym żadnej ostentacji ani niezdrowej fascynacji. Historyk nie pisał żadnej pracy naukowej na temat swego dziadka, nie poświęcił mu ani jednej osobnej publikacji. Nie znajdujemy niczego, co można nazwać obsesyjnym drążeniem sprawy. Cenckiewicz może mieć do siebie pretensje jedynie o to, że wspomniał o dziadku z SB reporterom „Wprost”. Po kłamliwej insynuacji „Polityki” z 2007 roku historyk publicznie wyjaśniał historię w telewizyjnym programie „Pod prąd”. Wydawało się, ze wszystko jest już jasne. Nie minęły dwa lata, a sprawa dziadka z SB i jego rzekomej lustracji wróciła. Dziennikarz „Newsweeka” powtarza kłamliwą insynuację, nie zadawszy sobie nawet trudu, by skontaktować się z bohaterem swojego tekstu. Postawmy sobie zatem pytanie: jak miał się zachować badacz IPN, gdy jego koledzy dociekali, kim jest Mieczysław Cenckiewicz? Czy ten funkcjonariusz gdańskiej SB to ktoś z jego rodziny? Miał unikać tematu? Kluczyć? Historyk uznał, że skoro sam ujawnia niedobre epizody z życia innych, nie może uchylać się od ujawnienia zła, jakie stało się udziałem jego najbliższej rodziny Wydaje się naturalne, że postanowił szybko sprawę wyjaśnić. Mógł nie chcieć tworzyć wrażenia, że osądzając innych, sam unika niewygodnego dla siebie tematu. Wyobraźmy sobie, co by się działo, gdyby postąpił inaczej. Może „Newsweek” wyciągnąłby teraz tę historię i zarzucił Cenckiewiczowi obłudę. Ale ponieważ naukowiec wyjaśnił kwestię sam, dziś dorabia mu się gębę obsesjonata atakującego własną rodzinę. Nie kijem go, to pałką. Dziś w kontekście zapowiadanej książki o Wałęsie zainteresowanie jej autorami wróciło. W gdańskim IPN się mówi, że o dziadka z SB pytają Cenckiewicza kolejni reporterzy, nawet z tej gazety, która zwykle oburza się na jakiekolwiek wzmianki o ubeckich genealogiach. Ale wróćmy do autorki „Polityki”, która jednym tchem wymieniła wyimaginowaną rodzinną lustrację Cenckiewicza i wydarzenie, które faktycznie miało miejsce: podjęcie się przez Ryszarda Terleckiego z krakowskiego IPN opisania losów współpracy z SB swego ojca Olgierda, znanego pisarza. Ryszard Terlecki upublicznił swoje opracowanie, ponieważ uznał, że ujawnienie losów ojca pomoże zrozumieć, jak funkcjonowała machina zła w PRL. Można się tylko domyślać, że – podobnie jak Cenckiewicz – uznał, iż skoro sam ujawnia niedobre epizody z życia innych, nie może uchylać się od ujawnienia zła, jakie stało się udziałem jego najbliższej rodziny. I podobnie jak dziś Cenckiewicz, dostał za to po głowie. Publicysta „Polityki” Daniel Passent na swoim blogu nie bawił się nawet w niuanse. „Dla mnie to pachnie Pawką Morozowem” – napisał. (W latach 30. pionier Pawka Morozow doniósł na własnych rodziców, stając się wzorem lansowanym przez stalinowską propagandę). Także inne media celowały w ironii i złośliwościach, od tygodnika „Nie” po „Tygodnik Powszechny”, który akurat wobec ludzi z IPN gubi swe osławione miłosierdzie. Nikt nie chciał słuchać, że krakowski historyk mógł uznać zadanie osobistego zmierzenia się z bolesnymi faktami za swój obowiązek. Zastanawia jedno: człowiek, który rozliczył się z PRL-owską przeszłością swoich bliskich, dla części polskich komentatorów staje się szwarccharakterem. Tymczasem rozliczenia synów hitlerowskich dygnitarzy, niekiedy przyjmujące ryzykowne formy psychoanalizy w badaniu relacji z ojcem zbrodniarzem, nie budzą negatywnych skojarzeń. Więcej, zwykle witane są przez nich z uznaniem. Dochodzi do odwrócenia pojęć typowego zresztą dla kampanii atakowania IPN: uczciwe podejście do przeszłości staje się czymś niegodziwym, a krętactwo i ucieczka od prawdy (charakterystyczne choćby dla Lecha Wałęsy) skłania do pochwał i wyrazów solidarności. Najdalej w insynuacjach posunął się zresztą właśnie Lech Wałęsa. Były prezydent na antenie TVN 24 sugerował, że historycy z IPN piszą książkę o niechlubnych fragmentach jego biografii, bo „pochodzą z komunistycznych domów”. Choć książka Cenckiewicza i Gontarczyka jeszcze nie opuściła drukarni, katalog oskarżeń pod adresem jej autorów poszerza się z dnia na dzień. Jerzy Zalewski: – W „Polityce” czytałem, że zlustrowałeś kogoś z własnej rodziny. I był to – dobrze to odbierając – czyn heroiczny. A odbierając niedobrze: w sumie ten młody Cenckiewicz to świnia, bo lustruje kogoś ze swojej rodziny. Sławomir Cenckiewicz: – Moi koledzy z IPN zapytali, czy miałem w rodzinie kogoś takiego jak Mieczysław Cenckiewicz. Powiedziałem, że owszem, wiem o kimś takim. A osobę tę spotkałem pewnie parę razy w życiu, jak byłem małym chłopczykiem, tuż po urodzeniu. I to jest najpewniej mój dziadek. Ponieważ po odejściu mojego ojca mama wychowała mnie sama, nie mieliśmy z tą rodziną żadnego związku. Dlatego może jest mi łatwiej o tym mówić. Rzeczywiście, noszę takie samo nazwisko i uznałem, że to historia interesująca. Opowiedziałem ja w tygodniku „Wprost” (...) Wspomniałem, że niejaki Mieczysław Cenckiewicz – oficer, major SB w Gdańsku, potem na tzw. etacie „N”, czyli niejawnym – był dyrektorem sopockiego Grand Hotelu. I tyle. I mogę powiedzieć, że był w tym sensie bardzo złym człowiekiem. Po prostu służył złej sprawie w zbrodniczym aparacie represji. Nie ma powodu, żeby to ukrywać. Jerzy Zalewski: – Jest konieczne, aby takie rzeczy stawiać jasno. Sławomir Cenckiewicz: – Oczywiście.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL