fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Prof. Izdebski o tym jak został prawnikiem: Przestraszyłem się matematyki

ROL
Jak zostałem prawnikiem... dla „Rzeczpospolitej” prof. Hubert Izdebski, Dyrektor Instytutu Nauk o Państwie i Prawie UW

Rz: Słyszałam, że jest pan uzdolniony plastycznie. Czy to prawda?

Hubert Izdebski: Od czasu do czasu rysuję i trochę maluję. W domu wisi trochę moich prac. Chętnie rysuję piórkiem obiekty architektoniczne. To jednak tylko moje hobby – część życia prywatnego.

Podobno w liceum miał pan dylemat: wybrać prawo czy architekturę.

Rzeczywiście. Te dziedziny tylko na pierwszy rzut oka wydają się odległe. To jest trochę jak z prawem i medycyną. Prawnicy leczą patologie społeczne, lekarze zaś patologie zdrowotne. Przedstawiciele obu zawodów zajmują się więc uwalnianiem ludzkości od zła i tak samo im to nie wychodzi.

Architektura jest zaś połączeniem technicznej umiejętności ze sztuką. W pewnym sensie kreuje przyszłość. Podobnie jest z prawem.

Ostatecznie przestraszyłem się matematyki i poszedłem na prawo, a zainteresowanie architekturą przerodziło się w zainteresowanie prawem zagospodarowania przestrzennego.

Czy był pan pilnym studentem?

Raczej przykładałem się do nauki. Na czwartym roku zostałem nawet najlepszym studentem na uniwersytecie, ale nie byłem kujonem, który nie widzi świata poza książkami. Wprawdzie nie prowadziłem bujnego życia towarzyskiego, ale działałem w Zrzeszeniu Studentów Polskich. Udzielałem się w komisji nauki. Wówczas nie było pełnej dowolności w tworzeniu kół naukowych. Działały właściwie tylko dwa – Studenckie Koło Prawników i Studenckie Stowarzyszenie Przyjaciół ONZ. Szczególnie to drugie było obiektem zainteresowania władz. Studenci za bardzo chcieli wiedzieć, jak wygląda demokracja w innych państwach.

Miałem szczęście – w latach 60., do 1968 roku, na uczelniach było więcej wolności niż w latach 70. Potem ZSP zostało zastąpione Socjalistycznym Zrzeszeniem Studentów, a działalność studencka była na cenzurowanym. Właściwie moje życie kręciło się wokół uczelni. Na studiach poznałem żonę. Byliśmy na jednym roku. Jeszcze przed ukończeniem prawa wzięliśmy ślub.

Czy wszystkiego uczył się pan z łatwością? Nic podczas studiów nie sprawiało panu trudności?

Jak dla wielu studentów problemem było Studium Wojskowe Uniwersytetu Warszawskiego. Prowadzący na nim zajęcia oficerowie byli obiektem niezliczonej liczby anegdot krążących w środowisku studenckim. Czasem nie bywało jednak śmiesznie, bo niektórzy koledzy musieli nawet przez nich powtarzać rok. Ja na zbiórkach starałem się nie wyróżniać – stawałem w drugim rzędzie i nie miałem np. wąsów. I jakoś poszło.

Studium Wojskowe przy Uniwersytecie Warszawskim kształciło militarnie zbieraninę ze Szkoły Teatralnej, Akademii Sztuk Pięknych i uniwerku. Od artystów wymagano znacznie mniej niż od nas. Prawnikom wolno było jednak nieco więcej niż matematykom czy fizykom. Wojskowa struktura hierarchiczna dawała się więc we znaki nawet na uniwersytecie.

Kiedy zdecydował pan, że zostanie na uczelni?

Ciężko wskazać jeden taki moment. Chyba po prostu nie wyobrażałem sobie wówczas, że mogę robić coś innego. Po studiach musiałem poczekać na etat asystenta. Zostałem przyjęty na asystenckie studia przygotowawcze, mniej wymagające niż obecne studia doktoranckie, a to oznaczało sporo czasu na pisanie doktoratu. Otrzymywałem wówczas bardzo skromne stypendium. Na nasze wspólne życie zarabiała głównie żona. Aby dorobić, dawałem korepetycje osobom wybierającym się na prawo. Najwyraźniej moje lekcje przynosiły pożądane rezultaty. Z roku na rok chętnych na nie przybywało – do czasu, aż zasiadłem w komisji egzaminacyjnej, bo zawsze dbałem, by nie popaść w konflikt interesów.

—rozmawiała Katarzyna Wójcik

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA