fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wywiady i opinie

Niewielkie zmiany w biznesie

Fotorzepa, Waldemar Kompała Waldemar Kompała
Zapach wyborów unosi się w powietrzu co najmniej od początku roku. W marcu było go najbardziej czuć ze strony spółek i instytucji, znajdujących się pod kontrolą państwa.

W konkursie na stanowisko prezesa ZUS pojawiło się 5 osób. Trudno szukać w nim znanych nazwisk ze sfery ekonomii czy polityki społecznej, co nie wyklucza, że kandydaci dysponują odpowiednią wiedzą i kwalifikacjami. Prezesa nominuje premier. A że nie wiadomo, czy obecna premier będzie nią pod koniec roku, ani nawet czy obecna partia będzie decydowała o wyborze szefa zakładu, kandydaci nie pchają się drzwiami i oknami. Czyli innymi słowa przyszłość jest palcem po wodzie pisana. No i do tego dochodzi ryzyko każdego stanowiska politycznego – czyli skojarzenia z jedną opcją. Podejmują je raczej ci, którzy mają mniej do stracenia, a więcej do zyskania spędzając sześć lub dziewięć miesięcy na eksponowanym stanowisku.

Zbliżające się wybory widać też na bardziej intratnych posadach – czyli w spółkach skarbu państwa. Kadencje tuzów polskiego zarządzania piastujących kluczowe funkcje w tłustych spółkach państwowych właśnie wygasają. Ci najwięksi mogą być spokojni – wiadomo już, że stanowiska na kolejne, kilkuletnie kadencje zachowali choćby Herbert Wirth w KGHM, Andrzej Klesyk w PZU, Paweł Jarczewski w Azotach, Zbigniew Jagiełło w PKO BP i Jacek Krawiec w Orlenie. Radom nadzorczym tych spółek nie opłacało się ich zmieniać. Od razu trzeba zaznaczyć iż oznacza to, że to rządowi nie opłacało się ich zmieniać, gdyż decyzje rad tych spółek to w praktyce decyzje resortu skarbu.

„Wrzucenie” do spółki nowego szefa na kilka miesięcy nie ma większego sensu. Chyba, żeby przed wyborami upchnąć na tych stanowiskach politycznych spadochroniarzy, którzy po latach politycznej pracy zasłużyli zdaniem rządzących na udział w finansowych żniwach. W tym miejscu oczywiście najlepiej pasowałby cytat o Staszku Dobrzańskim.  Ale wtedy polityczni oponenci od razu wyczuliby zapach strachu przed wyborczą klęską. Gdyby wyczuli ją jeszcze wyborcy – porażki w dwóch najważniejszych wyborach w Polsce gwarantowane.

I za to partii rządzącej warto podziękować. Nie zaczęła wymieniać zawodowych menedżerów na polityczne spady. Przynajmniej jeszcze. Choć z drugiej strony brak układów należy się obywatelom jak psu kość.

Oczywiście perspektywa ewentualnych kandydatów jest zupełnie inna. Zostając członkiem zarządu dużej spółki niemal z automatu można liczyć w przyszłości na sowitą odprawę. Więc nawet gdyby sprawowali swoje funkcje przez kilka miesięcy, to żyć z tego można było o wiele dłużej. No i piastowanie w przeszłości stanowiska prezesa PKO BP czy KGHM otwiera wiele drzwi i wiele foteli, siedząc w których można dobrze zarobić.

Marcowy zapach pieniądza to i tak nic w porównaniu z tym co działo się wcześniej. Więcej pieniędzy domagali się w końcu w styczniu i lutym – lekarze, rolnicy, górnicy czy nauczyciele. Nie rozstrzygając czyje żądania są słuszne, narracja którą zaproponowali, zaczęła w narodzie symbolizować ich własne pragnienie – sprowadzające się do hasła: chcemy więcej!

Narracji tej mniej lub bardziej świadomie ulegli kandydaci na prezydenta Polski. Choćby Andrzej Duda, który obiecuje wszystko i wszystkim. Samo podniesienie kwoty wolnej od podatku do 8 tys. zł kosztowałoby rocznie budżet 21,3 mld zł. Czyli prawię połowę tego co państwo płaci na edukację. Widocznie kandydat Duda ma jakiś gruby kredyt. Chyba nie w SKOK-ach, bo one tych dziesiątków miliardów by nie udźwignęły.

Narracji pieniądza nie uległa chyba tylko Magdalena Ogórek, która z zasady mówi niewiele. A jak już coś powie, to wspomina głównie o tym, że prezydent musi się zgadzać z wolą narodu. A że naród chce pieniędzy, można się domyślać, że z chęcią zapłaci. Byłby to gest zaiste ultralewicowy – każdemu po równo.

Źródło: ekonomia.rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA