Teatr

Człowiek jest okrutnym zwierzęciem

Życie Warszawy
Z Joanną Żółkowską przed premierą „Zazdrości” rozmawia Jan Bończa- -Szabłowski
ŻW: Od lat pozostaje pani wierna Teatrowi Powszechnemu. Tylko trzy razy wystąpiła pani gościnnie w monodramach. Dlaczego dla sztuki Esther Vilar znów zrobiła pani wyjątek?
Joanna Żółkowska: Takie produkcje jak „Zazdrość”, przygotowywana przez Monikę Powalisz w Towarzystwie Teatrum, to nie tylko ciekawe wyzwanie, ale też znak czasu. Jestem przywiązana do określenia „teatr macierzysty”, w którym jest powaga granicząca z patosem. Tymczasem teatry z wielopokoleniowym zespołem, które dla starszych aktorów są drugim domem, przechodzą ewolucję. Bo młodzi aktorzy mają inne nastawienie – wiedzą, że aby utrzymać siebie i rodzinę, muszą funkcjonować także poza swoim teatrem. Bardziej racjonalnie podchodzą do życia. Podobnie myśli pani córka– aktorka Paulina Holz?
Jest wręcz moim przewodnikiem po tej nowej rzeczywistości. Jako dziecko wychowała się w Teatrze Powszechnym, teraz jesteśmy w jednym zespole. Ja, jako „człowiek z innej epoki”, wiele się od niej uczę. Razem występujecie też w „Klanie”, do którego wprowadza pani sporo humoru, wcielając się w postać Anny Surmacz. Tę pracę zaczynałam ze strachem, bo wiedziałam, że serial jest obyczajowy i opowiada historie raczej na serio, a mnie postać Surmaczowej wydała się stricte komediowa. Cieszę się, że taką zaakceptowali widzowie i realizatorzy. Przez lata o udziale w telenoweli mówiło się z pogardą. Teraz wielu aktorów od takich poglądów odchodzi. Prawda jest brutalna: jeśli dziś nie gra się w serialu, praktycznie wypada się z obiegu. Pozostaje więc robić to możliwie najlepiej. Aktor musi zmierzać ze z różnymi gatunkami. Taka jest istota tego zawodu. Esther Vilar znana jest w Polsce głównie jako autorka „Królowej i Szekspira”, „Amerykańskiej papieżycy” czy właśnie „Zazdrości”. Czyli z utworów, w których mocno stawia sprawy kobiet. Czasem ma się wrażenie, że jest feministką… Mam inne zdanie. Myślę nawet, że jest okrutna w stosunku do kobiet. Ja nie jestem feministką, ale uważam, że świat jest zdominowany przez mężczyzn. I są takie chwile, kiedy chce się głośno przeciw temu zaprotestować. Vilar przeciwstawia się tak modnej pogoni za młodością. Zdecydowanie tak. Główny bohater, o którym rozprawiają trzy kobiety, dokonuje wyboru wbrew tej modzie. Autorka patrzy na świat bez złudzeń, taniego sentymentalizmu. Czytając utwory Esther Vilar, mam wrażenie, że podziela ona tezę, iż człowiek jest dość okrutnym zwierzęciem i ta łuska kultury, jaką z dumą nosi, łatwo z niego spada. * Zazdrość – Towarzystwo Theatrum, Warszawa, Fort Sokolnickiego sobota godz. 19
Źródło: Życie Warszawy

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL