Muzyka

Krytyk Marek Dusza poleca nowe płyty na weekend

Krytyk Marek Dusza poleca nowe płyty: z muzyką z filmu „Ida”, norweskiej wokalistki Randi Tytingvag, młodego pianisty Kuby Płużka i amerykanskiego tria nowatorskiego jazzmana Vijaya Iyera.

Pop/Rock/Jazz
Muzyka filmowa „Ida", Solopan/Warner, CD, 2015

Tuż przed ceremonią wręczenia Oscarów ukazała się płyta kompaktowa z muzyką, która zainspirowała twórców filmu „Ida". To zestaw piosenek z początku lat 60. uzupełniony o nagrania jazzowe. - Przy okazji filmu „Ida" od razu przypomniałem sobie, co u mnie w domu na początku lat sześćdziesiątych można było usłyszeć, czego słuchali moi rodzice i ich pokolenie i co też, równie dobrze, mogłoby dodatkowo wzbogacić ewentualny soundtrack do tego filmu - pisze Jacek Szumlas, szef Solopanu, dystrybutor filmu „Ida". By wrażenie starych nagrań było bardziej autentyczne, pomiędzy utworami słychać trzeszczenie płyty winylowej, czasem zbyt natarczywe. Album rozpoczyna się od odgłosu opuszczania igły gramofonowej na płytę. To wprowadzenie do solówki szwedzkiego kontrabasisty Larsa Danielssona w utworze „Suffering" z albumu „The Time" tria Możdżer/Danielsson/Fresco. Współczesny, jazzowy temat kontrastuje z przebojem włoskiego piosenkarza Tony'ego Renisa „Quando Quando Quando" zaśpiewanym na festiwalu San Remo w 1962 r. To także rok debiutu naszej rockandrollowej wokalistki Karin Stanek i jej hitu „Jimmy Joe". Nawet dziś dobre wrażenie robi prosta, melodyjna piosenka „If I Had A Hammer" wylansowana przez Trini Lopeza. Elvis Presley śpiewa „Return To Sender", a Paul Anka wzdycha „Oh Carol", a następnie przenosi uczucia na „Dianę". Odrzucony, skupia się na „A Steel Guitar And A Glass Of Wine". Początek lat 60. przyniósł znakomite nagrania Sławy Przybylskiej, Heleny Majdaniec i Kasi Sobczyk. Album kończy się w poważnym stylu dwoma sztandarowymi nagraniami legendarnego saksofonisty Johna Coltrane'a „Naima", które w filmie towarzyszy scenie w klubie, gdzie samotnie tańczy para bohaterów i „Equinox". Czy po wysłuchaniu tej kompilacji miłośnicy popowych piosenek zainteresują się ambitnym jazzem?

Folk
Randi Tytingvag „Three", ACT/GiGi, CD, 2015

O tym, że Skandynawia jest muzyczną potęgą wiedzą miłośnicy jazzu, różnych odmian rocka oraz grup ABBA i a-ha. Od pewnego czasu udaje się Skandynawom z powodzeniem eksportować wykonawców folkowych jak choćby Thomas Dybdahl. Również z Nowegii pochodzi obdarzona urokliwym głosem Randi Tytingvag, która gra na fortepianie, a także pisze teksty i muzykę. W 2004 r. przyznano jej tytuł Artystki Roku w rodzinnym Stavanger, a w 2012 nagrodę szwedzkiego księcia Eugensa dla ludzi kultury. Co ważne, robi karierę nie tylko w Skandynawii, ale i w Niemczech. Łącząc elementy folku, country, bluesa, jazzu z estetyką muzyki kameralnej, uzyskała brzmienie, które przyciąga miłośników poezji śpiewanej i aktorskiej. Fakt, że Randi występuje w teatrze, gwarantuje sugestywne i przemyślane interpretacje. Jej siódmy w karierze album wydała niemiecka wytwórnia ACT Music i dzięki temu trafił także do Polski. To minimalistyczna produkcja o dużej sile oddziaływania. Wyobraźmy sobie wokalistkę i dwóch gitarzystów, którzy stają na scenie w sali o doskonałej akustyce. Dają koncert nagrywany przez zdolnego realizatora, który uchwycił nastrój chwili i walory głosu Randi Tytingvag. Artystka sięga po mało znane standardy jak „Both Sides Now" Joni Mitchell nadając im oryginalny styl. Zaskakuje popowym hitem „Que Sera Sera" śpiewając go w formie kołysanki. Najciekawsze są jej własne kompozycje. Zaaranżowane ze smakiem, wykonane z powściągliwą wirtuozerią zwracają uwagę i zapadają w pamięć. Dzięki klasie artystów oszczędna produkcja dała znakomity efekt.

Jazz
Kuba Płużek „Eleven Songs", V-Records, CD, 2015

Jeden z największych talentów jazzowych młodego pokolenia, pianista Kuba Płużek nagrał w studiu RecPublica w Lubrzy solowe interpretacje „Jedenastu piosenek". To mylący tytuł, bo jest tylko jeden temat, który znamy z wokalnych wersji, to „Danny Boy". Pozostałe napisali jazzmani, co nie znaczy że nie są melodyjne i nie da się ich nucić. Rok wcześniej ukazał się jego debitancki „First Album" nagrany w kwartecie. Teraz Kuba Płużek skupił się na tym, co potrafi najlepiej, pianistyce solowej, w której może w pełni pokazać swoją wirtuozerię. - Gdybym nie grał na fortepianie, jeździłbym w wyścigach albo w rajdach. Jeśli to by nie wyszło, to byłbym kosmonautą i badaczem czasoprzestrzeni - zwierza się artysta na swoje stronie internetowej. Mocne akordy fortepianu od razu skupiają uwagę słuchacza na otwierającym album temacie Zbigniewa Wegehaupta „Four Roses". To dobrze, że młody pianista sięga po kompozycję zmarłego niedawno starszego kolegi, a nie po oklepany standard. Melodyjne pasaże grane są ekspresyjnie i w szybkim tempie, ale pianista momentami zwalnia, daje czas na zamyślenie, dzieli się refleksjami na temat przemijania. Nastrojowy walc „Kiedyś chciałem być kolejarzem" nasycony jest emocjami i mimo łagodnego charakteru wprowadza napięcie, zadaje pytania w rodzaju: „co by było, gdyby..." pozostawiając je bez odpowiedzi. Swoje uwielbienie dla wyrafinowanej pianistyki Brada Mehldaua wyraził w utworach „Resignation" i „Unrequited". Niewątpliwie pozostaje pod wpływem wielkiego amerykańskiego pianisty, ma jego dociekliwość, sprawność lewej dłoni i odrobinę arogancji. Ciekawie interpretuje balladę Michela Petruccianiego „Home" zawieszając nuty w powietrzu i pozwalając im wybrzmieć. Trzy najpiękniejsze melodie zostały ograne na tysiąc sposobów. „Polskie drogi" Andrzeja Kurylewicza urzekają romantyzmem. W irlandzkiej piosence „Danny Boy" oszczędza liczbę akordów pozwalając słuchaczowi wpaść w melancholię. Album zamyka urokliwy temat filmowy „Il postino". miniatura przynosząca wytchnienie. Wszystkie łagodniejsze tematy, gdzie Kuba Płużek oszczędza liczbę akordów i cyzeluje brzmienie, wypadają lepiej od tych dynamicznych, głośnych i przytłaczających wirtuozerią.

Jazz
Vijay Iyer Trio „Break Stuff", ECM/Universal, CD, 2015

Trio amerykańskiego pianisty Vijay Iyera wystąpi 20 marca na wiosennej edycji festiwalu Jazz Jantar w gdańskim Klubie Żak. Jego nowy album „Break Stuff" już stał się wydarzeniem zbierając entuzjastyczne recenzje na całym świecie. Vijay Iyer przejął pałeczkę pierwszeństwa wśród pianistów-innowatorów od Brada Mehldaua. Podobnie jak on gra muzykę, która ma jasną koncepcję, wyraźne przesłanie i duży ładunek intelektualny. Pojawiają się głosy, że Iyer buduje improwizacje jak matematyczny dowód, konsekwentnie, z niesłychaną precyzją i logiką. Ma do tego naukowe przygotowanie i tytuł doktora muzykologii. Napisał pracę o mikrostrukturze percepcji muzyki afrykańskiej i afro-amerykańskiej. Jest stypendystą fundacji MacArthura. Kto sądzi, że gra trudną muzykę, może być zaskoczony łatwością, z jaką Vijay Iyer przekonuje swoich słuchaczy. Swe improwizacje opiera na rytmie. Powtarzane w utworze „Hood" figury rytmiczne wręcz hipnotyzują słuchacza doprowadzając go do ekstazy. To hołd dla twórcy stylu techno Roberta Hooda z Detroit. W „Work" nawiązuje do stylu Theloniusa Monka, którego pianistyka jest dla Iyera nieustanną inspiracją. Intrygująca interpretacja kompozycji Johna Coltrane'a „Countdown" czerpie natchnienie ze źródeł - Afryki Zachodniej. „Mystery Woman" eksponuje skomplikowane warstwy rytmiczne rodem z Południowych Indii. Mistrzowsko interpretują standard „Blood Count". Trio pianisty z kontrabasistą Stephanem Crumpem i perkusistą Marcusem Gilmore'em działa od jedenastu lat. Muzycy wyczuwają swoje intencje, tworzą jeden muzyczny organizm. To pozwala im pójść w improwizacjach dalej niż inne zespoły. Nasuwa się porównanie do kwartetu Wayne'a Shortera.

Źródło: rp.pl

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL