fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Późni niemieccy przesiedleńcy

Rok 1971. Wreszcie na dworcu w Helmstedt
AFP
Polskie władze niedawno chwaliły się sprowadzeniem 180 Ukraińców polskiego pochodzenia spod Doniecka. Niemcy w latach 70. stanęli przed zadaniem nieporównanie trudniejszym. Musieli przyjąć półtora miliona „późnych przesiedleńców" z Europy Wschodniej, dać im pracę, nauczyć języka i niemieckiego stylu życia.

„Przyszedłem w sprawie mojego syna. Nazywa się Pieperc i chodzi do pana klasy" – szepnął do ucha nauczycielowi jednej ze szkół podstawowych w Berlinie Zachodnim przybyły tam niedawno przesiedleniec z Polski. Widząc zdziwienie pochodzącego także z Polski nauczyciela języka niemieckiego, dodał szybko, jeszcze bardziej ściszając głos: „Nazywam się Pieprz".

Krótko potem w podobnej sytuacji postawił tego samego nauczyciela inny ojciec, przedstawiając się jako Cajak. W niemieckiej pisowni odpowiadałoby temu fonetycznie „Zajak" lub „Zajack". W oryginale nazwisko brzmiało Zając.

Tego rodzaju historie w latach 70. i 80. były w urzędach, szkołach czy w miejscu pracy na terenie RFN i Berlina Zachodniego na porządku dziennym. Niektórzy przesiedleńcy zniemczali swe czysto polskie nazwiska, inni przywracali im pierwotne niemieckie brzmienie po ich spolszczeniu za czasów PRL.

Nie było to warunkiem otrzymania obywatelstwa oraz paszportu niemieckiego i władze nie...

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA