Teatr

Mam coraz mniej pychy

Fotorzepa, Rob Robert Gardziński
Wybitny aktor opowiada, jak reżyseruje i gra w najnowszym spektaklu warszawskiego Teatru Polonia, a także o wizycie Komedii Francuskiej w Polsce. Z Andrzejem Sewerynem rozmawiał Jacek Cieślak.
Rz: Reżyseruje pan "Dowód" Davida Auburna, bo skusiła pana sztuka grana na Broadwayu, scenariusz filmu z Anthonym Hopkinsem i Gwyneth Palthrow czy może chciał się pan spotkać na scenie z córką Marią Seweryn?
Andrzej Seweryn: Jeżeli powiem, że nigdy nie marzyłem o tym, by reżyserować spektakl, w którym gram z Marią – to nikt mi nie uwierzy! Pociągnęło mnie to, czego w życiu nigdy nie robiłem. Były w moim życiu Sofoklesy, Szekspiry, Moliery, ale nigdy nie miałem okazji ubrać się w amerykańską czteroosobową sztukę, graną w jednej dekoracji, przeznaczoną na Broadway, w której nie ma Pana Boga i o najpoważniejszych problemach świata mówi się inaczej. To jest również sztuka kryminalna. Nie możemy zdradzić widzom tajemnicy wcześniej, niż trzeba. Chcemy ich ciągle zaskakiwać. Bohaterem jest wybitny matematyk, który pragnie, by córka, tak jak on, podjęła trudne życiowe wyzwania, nie wątpiła w sens pracy jak inni młodzi ludzie. Spotyka się pan z takim problemem w życiu?
Cieszy mnie pana pytanie, bo oznacza, że sztuka nie jest taka błaha. O moje dzieci się nie boję, są ambitne, aktywne. Co innego studenci z paryskiej szkoły teatralnej, gdzie wypuściłem już siedem roczników. Część z nich nie ma ambicji, inni są zniechęceni współczesnym światem. Braki w wykształceniu zdradzają wszyscy. Zdarza się, że nie znają "Hamleta". Pracując nad tragediami Ajschylosa i Sofoklesa, zajmujemy się oczywiście religią, teatrem, muzyką, śpiewem, pracą z maską i tańcem. Studenci odpowiadają na pytania, czym jest religia, demokracja, teatr. Jeśli francuskiej młodzieży obcy jest dorobek kulturalny Europy, to na czym budować duchową wspólnotę Unii Europejskiej? Wiem, że jeżeli ktoś na egzaminie wstępnym do Szkoły Teatralnej im. Wachtangowa w Moskwie pomyli Portugalię z Hiszpanią – nie dostaje się na studia. We Francji egzaminów teoretycznych nie ma. Ale siłą francuskiej edukacji jest tradycja wolności, tolerancji i różnorodności. I to zjednoczona Europa, współtworzona przez Francję, jest jedyną wspólnotą krajów demokratycznych, jakiej nie ma na wschód od Polski, i w ogóle na świecie. Oczywiście, w edukację i kulturę trzeba inwestować. I to się dzieje na naszych oczach. Co pan teraz robi w Komedii Francuskiej? Gram Ulissesa w "Penthesilei" von Kleista, De Guisha w "Cyrano de Bergerac" Rostanda i H-1 w "Pour un oui ou pour un non" Nathalie Sarraute. W czerwcu będziemy nagrywać dla telewizji "Pocieszne wykwintnisie" Moliera. A 1 listopada ruszymy z tym przedstawieniem w trzymiesięczne tournee po nowych krajach członkowskich Unii. Przyjedziemy też do Polski. Występy są związane z francuską prezydenturą. 15 stycznia zagramy w Pradze, kiedy przewodnictwo Unii Europejskiej przejmą Czechy. Nie tęskni pan do grania w Polsce? Tęsknię i dlatego jestem w Teatrze Polonia, miejscu nowym, ambitnym i odwiedzanym. Podczas pierwszej wizyty w kraju na początku lat 90. śmiał się pan, cytując Bardiniego, że jest pan znowu w Polsce świeżą dupą i wszyscy się panem interesują. Teraz już nią nie jestem. A nie jest pan Odysem, który chce wrócić do Itaki, a nie może? Naprawdę jestem we Francji bardzo zajęty. A czy spełniony? Myślę, że mam więcej do zaproponowania, niż Komedia Francuska chciałaby ode mnie. Teatr we Francji za rzadko prowokuje. We Francji teatr zbyt często jest rozrywką. Może dlatego czasami czuję niedosyt A może to problem Komedii Francuskiej? Nie gramy wprawdzie Kane ani Lohrer, ale Gombrowicza, Koltesa, Schaubego czy Novarinę i owszem. "Poskromienie złośnicy" zrobił Oskar Korsunovas. Reżyseruje też Galin Stoev. Lars Noren wystawia swoją nową sztukę. Nie ma chyba w Polsce wielu teatrów, w których pojawiają się artyści takiego formatu w jednym sezonie? Problem polega chyba na tym, że teatr dla francuskiego widza jest zbyt często częścią sfery życia towarzyskiego, intelektualną – ale jednak rozrywką. Może dlatego czuję czasami niedosyt w poważnym traktowaniu naszej pracy. Kilka lat temu chciał pan zostać dyrektorem Starego Teatru. Wymieniano pana przy okazji zmian dyrektorskich w Narodowym, Polskim – w Warszawie i Wrocławiu. Zastanawialiśmy się z rodziną. Niejednokrotnie. A na Ateneum miał pan ochotę? 1 kwietnia, już po ogłoszeniu nominacji Izabelli Cywińskiej, moją kandydaturę opublikował "Przekrój". To był chyba primaaprilisowy żart? I nigdy nie zdecyduje się pan na żadne stanowisko w kraju? Czas płynie. Chciał pan po "Ryszardzie II" znaleźć miejsce w Teatrze Narodowym? Rozmawiałem o tym z dyrektorem Janem Englertem. W "Ryszardzie II" chciałem wypełnić słowem cały Teatr Narodowy. Jednym gestem całą scenę. Pokazał pan, jak to się robi w "Don Juanie", jednak w "Ryszardzie II" Andrzeja Seweryna zabrakło na scenie. Oglądaliśmy podniosłą operę. Domyśla się pan, że się z panem nie zgadzam. Czuje się pan jak Tadeusz Łomnicki, który jeździł od jednego teatru do drugiego, samotny i niedoceniony? Jakiekolwiek porównanie z Tadeuszem Łomnickim jest dla mnie niezasłużonym komplementem. A w Paryżu czeka na mnie ciężka wielogodzinna praca w Comedie Francaise i paryskiej szkole teatralnej. Naprawdę nie czuje się pan samotnym białym żaglem? Mam w sobie coraz mniej pychy, więc nie! Zakończmy na tym rozmowę, bo jeszcze się rozpłaczę! Występował w "Mahabharacie" Petera Brooka. Znany z "Ziemi obiecanej", "Dyrygenta", "Bez znieczulenia", "Człowieka z żelaza" i "Pana Tadeusza" Andrzeja Wajdy. Zagrał tytułową rolę w "Prymasie" Teresy Kotlarczyk. Wyreżyserował dla Teatru TV "Tartuffe'a" i "Antygonę". Był aresztowany za protest po zdjęciu "Dziadów" i inwazji na Czechosłowację w 1968 r.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL