fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Inaczej o rajach podatkowych

Hubert A. Janiszewski, ekonomista, członek PRB i rad nadzorczych spółek giełdowych.
Fotorzepa/Radek Pasterski
Polityka podatkowa nowego szefa Komisji Europejskiej w czasie, gdy pełnił wysokie funkcje w Luksemburgu, spotkała się z krytyką polityków i mediów.

W Polsce podobnie zareagował między innymi nasz minister finansów. Szacunkowe wyliczenia, jakie ukazały się w kilku dziennikach gospodarczych, szacowały uszczuplenie  wpływów z tytułu takiej optymalizacji na kilka do kilkunastu miliardów złotych.

Jak wynika z enuncjacji prasowych, organa podatkowe w Luksemburgu, zgodnie z lokalnym prawem, negocjowały indywidualne obciążenia podatkowe z grupą światowych korporacji i z kilkunastoma polskimi firmami działającymi na międzynarodowych rynkach. Analizy i badania prowadzone m.in. przez agendy OECD wskazują, iż w 55 tzw. rajach podatkowych, z których 13 znajduje się w Europie (między innymi wspomniany Luksemburg, ale i Cypr), ukryto podobno 18.5 bln dolarów, a straty podatkowe krajów UE szacuje się rocznie na ok. 160 mld dol. (obliczenia Tax Research).

Część rajów posiada stawkę CIT na poziomie zero procent, ale i w samej EU mamy dużą rozpiętość tej stawki: od 35 proc. na Malcie poprzez 31,4 proc. we Włoszech i Francji, 30,2 proc. w Niemczech, 21 proc. w Wlk. Brytanii, 19 proc. w Polsce, po 12,5 proc. na Cyprze i Irlandii... W takiej sytuacji jest z punktu widzenia biznesu zrozumiałe, iż stara się on, jeśli to możliwe, optymalizować zobowiązania podatkowe i płacić je w krajach, gdzie poziom stawki CIT jest możliwie najniższy. Podobnie zresztą jest z osobami fizycznymi płacącymi podatek PIT i często w przypadku bardzo wysokich dochodów poszukujących tzw. miejsc rezydencji w krajach o najniższym ich poziomie, np. w Księstwie Monako.

Tak się jakoś składa, iż politycy wszelkich maści i w większości krajów mają nieograniczony apetyt na wzrost wydatków publicznych

Pisząc o podatkach, warto przypomnieć regułę Lafertyego, która dobitnie ilustruje zależność pomiędzy stawkami podatkowymi a gotowością do płacenia podatku. Im niższy podatek, tym większa gotowość do płacenia i niższa skłonność do wyszukiwania sposobów obniżania daniny. O tej regule pamiętają ekonomiści, natomiast zdają się zapominać politycy.

Różnice w poziomie stawki CIT już kilkakrotnie w przeszłości dały pretekst do proponowania m.in. przez kanclerz Niemiec Angelę Merkel wprowadzenia w UE harmonizacji podatkowej, aby wyeliminować nieuczciwą konkurencję podatkową. Kłopot z tymi propozycjami był jednak taki, iż harmonizacja miałaby polegać na podniesieniu stawek podatku CIT, a nie na ich obniżeniu. Te zapędy w owym czasie zostały skutecznie zablokowane, ale jak widać, obecnie powracają ze zdwojoną siłą pod wzrastającym naciskiem polityków i ministrów finansów krajów członkowskich. Chodzi im o utrzymanie przyrostu wpływów budżetowych (czytaj podatkowych) wynikających z politycznej konieczności podtrzymywania mitu państwa dobrobytu o wielkich transferach socjalnych charakterystycznego dla krajów Unii.

Kryzys finansowy z roku 2008 i lat późniejszych – oprócz praprzyczyny w postaci eksplozji instrumentów bazujących na tzw. kredytach subprime w USA  miał i inną, a mianowicie nagminne przekraczanie poziomu zadłużenia sektora publicznego w stosunku do PKB, czyli bezkarne łamanie podstawowego kryterium traktatu w Maastricht.

Tak się jakoś składa, iż politycy wszelkich maści i w większości krajów mają nieograniczony apetyt na wzrost wydatków publicznych, a bardzo mały na ograniczanie i efektywną kontrolę wydatków.

Z punktu widzenia bilansowania wydatków sfery publicznej dużo bardziej efektywne – ale mało efektowne – byłoby zaostrzenie kontroli wydatków w tej sferze, gdzie marnotrawione są często kwoty większe niż hipotetyczne straty wynikające z optymalizacji podatkowej.

Obawiam się, iż rozpoczęta krucjata zwalczania rajów podatkowych oraz zwalczanie legalnych systemów optymalizacji podatkowej ma na uwadze nie tyle uzdrowienie finansów publicznych w poszczególnych krajach członkowskich Unii, ile umożliwienie politykom dostępu do dodatkowych dochodów budżetowych, których wydatkowanie zapewni im kolejną kadencję, czyli utrzymanie się u władzy.

Pamiętajmy: gdyby nie te wredne raje podatkowe, poziom opodatkowania zarówno CIT, jak i PIT byłby znacząco wyższy.

Autor jest ekonomistą, członkiem PRB oraz członkiem rad nadzorczych spółek notowanych na GPW

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA