Rzecz o prawie

Stosowałam metodę na słodką idiotkę

Irena Lipowicz Rzecznik Praw Obywatelskich
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Prawo administracyjne wydawało mi się bardzo nudne - mówi o początkach kariery prawniczej prof. Irena Lipowicz, dziś rzecznik praw obywatelskich
Jest pani typową Ślązaczką?
Irena Lipowicz: Jak na typową Ślązaczkę to jestem chyba za mało porządna i zorganizowana. U moich koleżanek ze Śląska jest z tym dużo lepiej. Jednak pani przodkowie to Ślązacy?
W połowie tak. W drugiej to Wielkopolanie. Mój dziadek, Stanisław Opara, był górnikiem. Po wypadku kopalnia nie chciała mu wypłacić odszkodowania. Poszedł więc do sądu i je wywalczył. Kupił sobie za nie maszynę do pisania i potem pisał różne skargi dla sąsiadów górników. Działał trochę jak... rzecznik praw obywatelskich. Namawiał panią do prawa? Bardzo chciał, żebyśmy obie – ja i moja siostra – poszły na prawo. Tak też się stało, jednak początkowo miałyśmy zupełnie inne pomysły na życie. Siostra chciała być lekarzem. Ja historykiem – tak jak moja mama – lub archeologiem. Dzięki znajomym moich rodziców mogłam jednak zobaczyć, jak wyglądają prawdziwe wykopaliska, i się zniechęciłam. To takie żmudne, wymagające cierpliwości zajęcie. Czemu więc nie historia? Wyperswadowała mi to moja mama. To były trudne czasy dla historyków. Ta nauka była poddawana szczególnej ideologizacji. Wielu historyków na Uniwersytecie Śląskim miało poważne problemy. Mama zrezygnowała z kariery naukowej, pracowała w muzeum. Gdy zdawałam maturę, moja siostra studiowała już prawo. Już wiedziałam, na czym to polega. Pragmatyczny wybór? Tak, bo zrezygnowałam z ukochanej historii. Już na pierwszym roku prawa byłam bardzo rozczarowana. Na pierwszym roku są zazwyczaj przedmioty związane z historią prawa, więc poniekąd związane z pani pasją. To mnie wtedy ratowało. Miałam nawet pomysł, żeby zająć się naukowo właśnie historią doktryn polityczno-prawnych, a dokładnie – platońską ideą państwa. Kiedyś znalazłam w bibliotece podstawową dla tego tematu publikację Eugeniusza Jarry, wydaną jeszcze w 1927 r. Okazało się, że kartki były jeszcze nierozcięte. Byłam pierwszą czytelniczką. Poczułam wtedy, że jednak nie chcę się zajmować czymś, co zainteresuje kogoś innego raz na 50 lat. Stąd prawo administracyjne? Bardziej fascynowało mnie cywilne, głównie z powodu wykładów prof. Maksymiliana Pazdana. Właściwie wtedy prawo administracyjne wydawało mi się bardzo nudne. Chciałam jednak pracować naukowo, bez przymusu zapisywania się do partii. Uznałam więc, że prawo administracyjne jest tak mało popularne i atrakcyjne dla przyszłych naukowców, że będę miała więcej szans na etat. Skończyła pani studia z wyróżnieniem. Nie było żadnej rysy, problemów z żadnym przedmiotem? Od początku wiedziałam, że chcę zostać na uczelni, więc się przykładałam. Stworzono wówczas dla studentów z najlepszą średnią indywidualny tryb. Mogliśmy wręcz wybierać sobie wykłady i zajęcia. Zwalniano nas z ćwiczeń. To mnie trochę rozpuściło. I kiedy pojawił się przedmiot – informatyka prawnicza, który w żaden sposób mnie nie zajmował, zrobiłam wszystko, żeby go nie zdawać. Mimo luźniejszego trybu studiów ówczesny dziekan wydziału prawa był trochę zdziwiony, ale i rozbawiony, machnął więc ręką i zwolnił mnie z tego przedmiotu. Później się to na mnie zemściło... Okazało się bowiem, że moja praca doktorska dotyczyła prawnych problemów informatyki. Nie miała pani wpływu na temat? Wówczas nie dyskutowało się z promotorami. Temat przydzielił mi prof. Karol Sobczak, ówczesny szef Katedry Prawa Administracyjnego na UŚ. Bardzo mi zależało na tym promotorze. Jak sobie pani poradziła? Nie było łatwo, i to nie tylko dlatego, że uniknęłam tego przedmiotu na studiach. Mój temat dotyczył systemów informatycznych, z których dziś współczesnemu czytelnikowi może coś powiedzieć już chyba tylko system PESEL. Problem polegał na tym, że nie działał on na postawie ustawy, tylko uchwały Rady Ministrów, która była niejawna. Zdobycie jakichkolwiek informacji na ten temat kosztowało mnie dużo wysiłku. Stosowałam tzw. metodę na słodką idiotkę i na konferencjach próbowałam rozmawiać z osobami, które mogły wiedzieć coś o tym wiedzieć, choćby znać adres, również poufny, tej instytucji lub mieć materiały. Udało się jednak pani obronić... W lipcu 1981 roku, jeszcze przed wybuchem stanu wojennego. Moja praca w związku z tym została wydana dużo później, w bardzo okrojonej wersji jako skrypt. Wykładała pani prawo administracyjne. Udaje się pani zachęcić studentów do tego „nudnego" przedmiotu? Gdy tylko zaczęłam wykładać, postanowiłam, że będę to robić na sto procent i właśnie tak, by moi studenci się nie nudzili. Zamiast omawiać więc kilka godzin np. strukturę Rady Ministrów, przydzielałam studentom różne resorty. Musieli brać udział w takich posiedzeniach i mam nadzieję, że dzięki temu bardziej rozumieli i na dłużej zapamiętywali to, co chciałam im przekazać. Głosowaliśmy też nad najważniejszymi dla prawa administracyjnego kwestiami. —rozmawiała Katarzyna Borowska
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL