fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Smerfy, nie harcerze

Instruktorzy Szarych Szeregów są pokazani jako niedojrzali nastolatkowie – pisze autor
Rzeczpospolita, Marcin Makowski Marcin Makowski
Film Roberta Glińskiego „Kamienie na szaniec" ?nie dość, że nie niesie żadnego pozytywnego przekazu, ?to na dodatek osłabia przesłanie wspaniałej książki. Tylko względy komercyjne uzasadniają reklamowanie go jako ekranizacji lektury szkolnej – twierdzi instruktor ZHR.
W ostatnich dniach ukazało się wiele recenzji filmu Roberta Glińskiego „Kamienie na szaniec", jednak po pokazie przedpremierowym i udziale w spotkaniu autorskim czuję się w obowiązku zabrać głos w dyskusji z trochę innej perspektywy niż większość jej dotychczasowych uczestników. Chcę się podzielić refleksjami o filmie, które traktuję jako wspólne dla wielu z nas, instruktorów i instruktorek harcerskich, urodzonych, wychowanych i pełniących służbę w wolnej Polsce.

Frywolny obraz

Osobom mającym choć minimalne pojęcie o harcerstwie, Szarych Szeregach czy okupacyjnej rzeczywistości początek filmu wygląda na parodię. Harcmistrz prof. Grzegorz Nowik, jeden z najwybitniejszych historyków Szarych Szeregów, który między innymi wytłumaczył niejasności dotyczące przyczyn aresztowania „Rudego", porównuje to do Monty Phytona. Mnie bardziej skojarzył się on ze smerfami płatającymi psikusy Gargamelowi. Dziwię się, dlaczego reżyser, który z takim pietyzmem odmalowuje postacie Niemców, nie był w stanie dopilnować, żeby polscy harcerze, choćby wizualnie przypominali tych rzeczywistych. Od wyglądu się zaczyna, potem jest jeszcze gorzej. Instruktorzy Szarych Szeregów, harcerscy wychowawcy są pokazani jako niedojrzałe nastolatki, które biegają po mieście z zawadiackimi minami, zachowując się w prowokacyjny sposób. We frywolny obraz konspiracji wplecione są wątki miłosne, w tym taka scena – państwo Bytnarowie, rodzice „Rudego", nakrywają swojego syna podczas dobierania się do koleżanki. Po pierwsze, sceny te są dyskusyjne z uwagi na zobowiązanie bohaterów do życia zgodnie z zasadami prawa harcerskiego, po drugie – całkowicie nie pasują do opowiadanej historii.
Sposób narracji zmienia się gwałtownie, gdy przychodzi do scen przesłuchania „Rudego" na Gestapo. Realistyczne, niesamowicie brutalne obrazy zmuszają widza do odwrócenia wzroku. Jednak w zestawieniu z początkowymi sekwencjami filmu odbieram je jako niezasadne. Połączenie ujęć z alei Szucha z wcześniejszym obrazem konspiracji powoduje efekt groteski, mieszania konwencji – tragizmu i komizmu. Szkoda, że profesora i byłego rektora słynnej łódzkiej Filmówki przerasta zadanie pokazania postaw ideowych w sposób atrakcyjny dla widza Seks i brutalność – czy tak według Glińskiego robi się dzisiaj filmy?

Gdzie te wartości?

Mimo to reżyser upiera się, że zrobił film o wartościach. Jednocześnie twierdzi, że bohaterowie książki Aleksandra Kamińskiego „Kamienie na szaniec" są papierowi, tym tłumacząc swoje „artystyczne zabiegi", które polegają na przypisaniu im w filmie banalnych, prostackich zachowań niepasujących do właściwego harcerzom ideału dążenia do doskonałości w duchu prawa harcerskiego, nawet w drobnych codziennych sprawach. W filmie nie znajdujemy nawet cienia refleksji nad tym, że może właśnie ta – dziś uznana za infantylną – abstynencja od używek służyła wykształceniu niezbędnej w warunkach próby siły woli. Jeszcze mógłbym zrozumieć, gdyby Robert Gliński odarł swoich bohaterów z przymiotów charakteryzujących harcerzy, ale zostawił im busolę w postaci kanonu powszechnie uznanych wartości. Reżyser nie proponuje jednak nic w zamian. Z filmu nie dowiadujemy się niczego o motywacjach bohaterów. Nie wiadomo, w imię czego „Rudy" wytrzymuje przesłuchania na Gestapo? Tylko w imię przyjaźni? Bo w filmie niewiele więcej można znaleźć, jeśli chodzi o „wartości". Również podczas dyskusji na pytanie, jakie wartości chciał pokazać, robiąc film, odpowiedział, że miał na myśli konflikt pomiędzy „nie zabijaj" a sytuacją wychowawczej organizacji, jaką były Szare Szeregi. Niestety, infantylnie pokazane nastolatki nie są osobami, które mogłyby mieć takie dylematy. Postawienie pytania o piąte przykazanie ewidentnie się nie udało. Reżyser broni się, przekonując, że nie da się ukazać atrakcyjnie patosu, dlatego uwspółcześnił bohaterów „Kamieni na szaniec". Cóż, szkoda, że profesora i byłego rektora słynnej łódzkiej Filmówki przerasta zadanie pokazania postaw ideowych w sposób atrakcyjny dla widza. Trochę dziwi mnie więc to, że znając swoje ograniczenia, Gliński wziął się do ekranizacji patetycznej książki.

Nieprawdziwy konflikt

Boli mnie również to, że pokolenie rodziców ówczesnych harcerzy zostało przedstawione w sposób nieprawdziwy. Reżyser, budując swoją opowieść, zarysowuje konflikt bohaterów z rodzicami, którzy w filmie nie akceptują zaangażowania swoich dzieci. Pojawia się wręcz sugestia, że ojciec „Zośki" doprowadził do opóźnienia o jeden dzień akcji pod Arsenałem, co kosztowało „Rudego" życie. Gdyby tak było w istocie, to czy po akcji pod Arsenałem zostałby uhonorowany odznaką wojenną Pomarańczarni z dedykacją: „Panu Profesorowi za stałe zainteresowanie, pomoc, opiekę i przyjaźń we wszystkich naszych poczynaniach"? Relacje, że  prof. Józef Zawadzki działał w konspiracji i np. badał paliwo do rakiet V2, znajdują się nawet w Wikipedii. Z kolei ojciec „Alka" Aleksy Dawidowski – dyrektor Fabryki Karabinów – zginął rozstrzelany przez Niemców już w listopadzie 1939 r. za odmowę współpracy z okupantem. Jego żona aresztowana i przetrzymywana na Pawiaku (potem Ravensbrück) pisała w 1942 r. do swoich dzieci: „Życzę Wam, byście mogli wywalczyć wolność Ojczyzny, pozostając sami wolnymi, by dane Wam było wychować nowe pokolenie ludzi silnych, uczciwych, sprawiedliwych...". To, że odrodzona w 1918 roku Polska wychowała takie pokolenie, to nie przypadek, tylko efekt świadomych działań polskich elit. Ich filmowy obraz jest więc ogromnym nadużyciem.

Wypaczone wzorce

Gliński twierdzi, że „Kamienie na szaniec" zostały napisane ku pokrzepieniu serc, a dzisiaj takiej potrzeby już nie ma. Tymczasem ja odnoszę wrażenie, że reżyser poszedł wręcz w odwrotną stronę. Film nie dość, że nie niesie żadnego pozytywnego przekazu, to osłabia jeszcze przesłanie wspaniałej książki. Tylko względy komercyjne uzasadniają reklamowanie go jako ekranizacji lektury szkolnej. Nie rozumiem, dlaczego w sytuacji, kiedy mamy bierne społeczeństwo, niskie wskaźniki kapitału społecznego, a Polakom brakuje postawy patriotycznej pracy u podstaw, reżyser pozbawia „Kamienie na szaniec" ich wychowawczego przesłania. Szczególnie dzisiaj młodzież potrzebuje jasnych wzorców, a nie mówienia, że wierność ideałom w życiu codziennym to papierowe bohaterstwo. Współczesna służba organizacji wychowawczych, szczególnie tych harcerskich, jest dostatecznie trudna, tak że nie potrzebujemy jeszcze noża w plecy w postaci filmu Glińskiego czy rewelacji Elżbiety Janickiej o rzekomym homoseksualizmie bohaterów. Nasza dzisiejsza walka jest inna od tej toczonej przez „Alka", „Zośkę" i „Rudego", nasze decyzje nie wymagają najwyższego poświęcenia. Dziś jednak trudniej odróżnić dobro od zła i wiedzieć, w którą stronę pójść. Dlatego czytelne wzorce są tak bardzo potrzebne. Realizacja harcerskich ideałów wymaga codziennego wysiłku i właśnie tego „papierowego bohaterstwa", które tak lekceważy reżyser, dekonstruując wychowawczy przekaz książki Kamińskiego. Pisząc o filmie, nie sposób nie odnieść się do górnolotnego pytania o prawdę. Czy wolno w imię wizji artystycznej (czytaj: komercyjnej atrakcyjności) przypisywać historycznym, rzeczywistym bohaterom postawy przez nich nieaprobowane? Gdy słyszę tłumaczenia, że film rządzi się swoimi prawami i nie da się zekranizować każdego epizodu z książki, to czuję się prostacko manipulowany. Nikt przecież reżyserowi tego nie zarzuca. Krytyka filmu ma charakter fundamentalny. Czuję się zażenowany, kiedy czytam stanowisko reżysera zamieszczone w internecie jako odpowiedź na list Fundacji Harcerstwa Drugiego Stulecia i to nie tylko dlatego, że reżyser posługuje się wciśniętym caps lockiem jako środkiem erystycznym rodem z dyskusji na forach internetowych, ale przede wszystkim dlatego, że twierdzi, iż oparł się na źródłach i dokumentach, a obraz przedstawiony w jego filmie jest PRAWDZIWY. To w takim razie, dlaczego z konsultacji historycznej scenariusza wycofał się jeden z najwybitniejszych historyków Szarych Szeregów, prof. Grzegorz Nowik? Zresztą nie trzeba być profesorem ani poświęcić lat na badania historyczne, żeby wyłapać przekłamania i nadużycia reżysera.

Szkoda czasu

Żałuję, że poszedłem na ten film i to nie dlatego, że straciłem 25 zł i kilka godzin. Siła oddziaływania obrazów filmowych jest na tyle duża, że boję się, iż przysłonią mi one na jakiś czas obraz prawdziwych harcerzy: „Alka", „Rudego", „Zośki", ich rodziców, wychowawców, podwładnych czy przełożonych. Tylko sugestywny obraz gestapowskich oprawców może mi zostać w pamięci, oni wyszli tak jakoś prawdziwe... Autor jest instruktorem ZHR, podharcmistrzem, drużynowym ?i komendantem szczepu Czarna Jedynka. Studiuje prawo na Wydziale Prawa ?i Administracji oraz socjologii w ramach ?Kolegium Międzyobszarowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych Uniwersytetu Warszawskiego (MISH)
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA