fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Nauka to radość, a wiara to wirus?

materiały prasowe
Z jednej strony myśliciele o nastawieniu naturalistycznym mówią nam, że nauka wyeliminowała Boga, a z drugiej strony teiści mówią nam, że nauka potwierdza ich wiarę w Boga. Po jednej i drugiej stronie mamy cieszących się renomą przedstawicieli nauk przyrodniczych.

Sądzi się powszechnie, że każdy nowy krok na drodze postępu nauki to kolejny gwóźdź do trumny Boga. Tego typu przekonanie podsycają posiadający duży wpływ sami naukowcy. Profesor Peter Atkins pisze: „Ludzkość powinna zaakceptować to, że nauka wyeliminowała wszelkie uzasadnienia dla wiary w jakiś kosmiczny cel, to zaś, że przetrwał on do dziś, wynika jedynie z sentymentu". W jaki sposób nauka, o której tradycyjnie się sądzi, że nie zajmuje się nawet kwestiami (kosmicznej) celowości, mogłaby w rzeczywistości dokonać tego, o czym pisze Atkins, nie jest – jak zobaczmy później – zbyt jasne. Jasne jest natomiast to, że Atkins za jednym zamachem nie tylko redukuje wiarę w Boga do sentymentu, lecz zarazem do sentymentu wrogiego nauce. Atkins nie jest w tym odosobniony. Richard Dawkins nie chce być gorszy i idzie krok dalej. Uważa wiarę w Boga za zło, które trzeba wyeliminować. „W modzie jest dzisiaj wieszczyć apokaliptyczne scenariusze dotyczące zagrożenia dla ludzkości, które stanowią wirus HIV, choroba szalonych krów czy wiele innych rzeczy, ja sądzę jednak, że da się obronić tezę, iż prawdziwym złem, jednym z największych na świecie, jest wiara, porównywalna z wirusem ospy, ale trudniejsza do wytępienia. Wiara, czyli wierzenie w to, co nie jest oparte na dowodach, to zasadnicze zło każdej religii".

Ostatnio wiara w oczach Dawkinsa awansowała, jeśli można tak powiedzieć, ze zła do urojenia. W książce „Bóg urojony" cytuje Roberta Pirsiga, autora książki „Zen i sztuka oporządzania motocykla": „Jeśli jedna osoba ma urojenia, mówimy o chorobie psychicznej. Gdy wielu ludzi ma urojenia, nazywa się to Religią". W przekonaniu Dawkinsa Bóg jest nie tylko urojeniem, lecz zgubnym urojeniem.

Tego rodzaju sądy to skrajny wariant w szerokim spektrum opinii prezentowanych przez ateistów i błędem byłoby uznać je za typowe. Wielu ateistom wcale nie podoba się takie wojownicze nastawienie do religii, nie mówiąc już o represyjnych, a nawet totalitarnych wydźwiękach takich poglądów. Niemniej, tak jak zawsze, właśnie takie poglądy przyciągają uwagę opinii publicznej i są eksponowane przez media, co sprawia, że wywierają wpływ na wielu ludzi. Byłoby zatem głupotą ignorować je i dlatego musimy zająć się nimi z całą powagą.

Ze słów Dawkinsa jasno wynika, że jedną z przyczyn jego wrogiego nastawienia do wiary w Boga jest (co trzeba stwierdzić ze smutkiem) żywione przez niego przekonanie, iż podczas gdy „wiara naukowców opiera się na dowodach, które każdy może sprawdzić, wiara religijna nie tylko że nie ma takich dowodów, to jeszcze się z tego cieszy i rozgłasza to na dachach". Innymi słowy, w mniemaniu Dawkinsa cała wiara religijna to ślepa wiara. Cóż, jeśli tak się sprawa przedstawia, to może rzeczywiście wiara zasługuje na to, by traktować ją jak wirusa ospy. Idąc jednak za radą samego Dawkinsa, pytamy: „Gdzie są dowody na to, że wiara nie opiera się na dowodach?". Nie da się, rzecz jasna, ukryć, iż niektóre osoby deklarujące wiarę w Boga przyjmują równocześnie wyraźnie antynaukowy i obskurancki punkt widzenia. Tego rodzaju godna ubolewania postawa sprawia, że wiara w Boga traci poważanie i niewykluczone, że Richard Dawkins miał pecha i poznał nieproporcjonalnie dużą liczbę takich osób.

To jednak nie zmienia faktu, że chrześcijaństwo w swoim głównym nurcie zawsze będzie utrzymywać, iż wiara jest nierozdzielnie związana z dowodami. Bo w istocie rzeczy wiara jest odpowiedzią na dowody, a nie radością z tego, że dowodów brak. Chrześcijański apostoł Jan pisze w swojej biografii Jezusa: „Te [znaki] zaś zapisano, abyście wierzyli..."(J 20,31). Innymi słowy, w jego przekonaniu to, co pisze, ma stanowić część dowodów, na których opiera się wiara. Z kolei apostoł Paweł mówi to, w co wierzyło wielu pionierów współczesnej nauki: „Albowiem od stworzenia świata niewidzialne Jego przymioty – wiekuista Jego potęga oraz bóstwo – stają się widzialne dla umysłu przez Jego dzieła, tak że nie mogą się [oni] wymówić od winy" (Rz 1,20). Do biblijnego oglądu świata nie należy przekonanie, że trzeba wierzyć w coś, gdy brak na to dowodów. Tak jak w nauce – wiara, rozum i dowody przynależą do siebie nawzajem. Definicja wiary Dawkinsa jako „ślepej wiary" okazuje się zatem dokładnym przeciwieństwem wiary biblijnej. To ciekawe, że nie jest on świadom tej rozbieżności. A może to konsekwencja jego własnej ślepej wiary?

Dziwaczna definicja wiary Dawkinsa jest zatem uderzającym przykładem dokładnie tego rodzaju myślenia, które – jak twierdzi – budzi jego odrazę; myślenia niemającego oparcia w dowodach. Demonstrując niesłychaną niekonsekwencję, nie umie przedstawić dowodów na poparcie własnego twierdzenia, jakoby wiara czerpała radość z braku dowodów. Powód, dla którego nie potrafi przedstawić takich dowodów, jest dość oczywisty – bo ich po prostu nie ma. Nie trzeba dużego wysiłku badawczego, by się upewnić, że żaden poważny biblista lub myśliciel nie podpisałby się pod definicją wiary proponowaną przez Dawkinsa. Francis Collins, odnosząc się do niej, mówi: „z pewnością nie opisuje wiary najpoważniejszych jej wyznawców w historii ludzkości ani większości osób, które są mi osobiście znane".

Uwaga Collinsa jest istotna, dlatego że pokazuje, iż „nowi ateiści", odrzucając wszelką wiarę jako ślepą, podważają tym samym w poważnym stopniu własną wiarygodność. Jak zauważa John Haught, „wystarczy jedna biała wrona, żeby pokazać, że nie wszystkie wrony są czarne, i dlatego istnienie niezliczonej rzeszy osób wierzących i odrzucających zarazem uproszczoną definicję wiary »nowych ateistów« wystarczy z pewnością, by zakwestionować trafność ich krytyki w odniesieniu do znaczącej części osób wierzących".

Dowody i sondaże

Dla Alistera McGratha, który w bardzo przystępnej pracy poddaje ocenie stanowisko Dawkinsa, uderzające jest to, że brytyjski biolog w rzeczywistości nie podejmuje polemiki z żadnym z poważnych myślicieli chrześcijańskich. Jak w takim razie mamy rozumieć jego kapitalną maksymę: „Kiedy ktoś powie, że coś jest prawdą, zapytaj »Jakie masz na to dowody?«. Jeżeli twój rozmówca nie potrafi udzielić dobrej odpowiedzi, zastanów się dwa razy, zanim uwierzysz w jego słowa"? Nie będzie zatem przestępstwem, jeśli ktoś ulegnie pokusie podążenia za tą maksymą i nie uwierzy w ani jedno jego słowo.

Nie tylko Dawkins żywi błędne przekonanie, iż wiara w Boga nie opiera się na jakichkolwiek dowodach, ponieważ wiemy z doświadczenia, że jest ono dość powszechne wśród naukowców, nawet jeśli formułują je w inny sposób. Często można na przykład usłyszeć opinię, iż wiara w Boga „należy do sfery prywatnej, natomiast działalność naukowa to sfera publiczna", lub że „wiara w Boga to wiara innego rodzaju niż ta, którą posługujemy się w nauce", mówiąc krótko, wiara w Boga to „ślepa wiara". Będziemy mieli okazję przyjrzeć się bliżej tej kwestii w rozdziale czwartym. (...)

Najpierw jednak musimy uzyskać jako takie pojęcie o tym, ilu naukowców deklaruje wiarę lub niewiarę w Boga. Jedno z badań dotyczących tej kwestii przeprowadzili w 1996 roku Edward Larson i Larry Witham, publikując wyniki w „Nature"; było to bardzo ciekawe, ponieważ stanowiło powtórzenie badania, które w 1914 roku przeprowadził James H. Leuba. W badaniu z 1914 roku wzięło udział tysiąc respondentów reprezentujących nauki przyrodnicze, wybranych losowo ze słownika biograficznego „American Men of Science" (Amerykańscy ludzie nauki), z edycji z 1910 roku. Spytano ich, czy wierzą w Boga odpowiadającego na modlitwy i w osobową nieśmiertelność, były to zatem – co trzeba zauważyć – pytania o bardziej konkretny rodzaj wiary niż tylko wiara w jakiś boski Byt. Odpowiedzi udzieliło 70 procent osób, do których skierowano pytania, przy czym 41,8 procent respondentów udzieliło odpowiedzi twierdzącej, 41,5 procent odpowiedziało przecząco, zaś 16,7 procent okazało się agnostykami. W 1996 roku wskaźnik odpowiedzi wyniósł 60 procent, przy czym 39,6 procent respondentów udzieliło odpowiedzi twierdzącej, 45,5 procent przeczącej, agnostyków zaś było 14,9 procent. Powyższe wyniki interpretowano później na dwa różne sposoby, jako „szklankę do połowy pustą" lub „szklankę do połowy pełną". Dla niektórych były one dowodem na przetrwanie wiary w świecie nauki, dla innych na trwałość niewiary. Być może najbardziej zaskakujące jest to, że stosunek liczby wierzących do niewierzących niewiele się zmienił, mimo upływu osiemdziesięciu lat i ogromnego wzrostu wiedzy naukowej – fakt zdecydowanie kontrastujący z tym, co sądzi większość opinii publicznej.

Podobne badanie pokazało, że odsetek ateistów jest wyższy na szczytach nauki. W 1998 roku Larson i Witham pokazali, że spośród czołowych naukowców amerykańskich, członków National Academy of Sciences, którzy odpowiedzieli na pytania ankiety, 72,2 procent zadeklarowało się jako ateiści, 7 procent jako wierzący w Boga i 20,8 procent jako agnostycy. Nie mamy, niestety, porównywalnych statystyk z 1914 roku, by stwierdzić, czy te proporcje uległy zmianie, aczkolwiek wiemy, że ponad dziewięćdziesiąt procent założycieli angielskiego towarzystwa naukowego Royal Society było teistami.

Interpretacja przedstawionych wyników to kwestia złożona. Larson ustalił na przykład, że odsetek wierzących w Boga znacząco spada w przypadku osób o dochodach powyżej stu pięćdziesięciu tysięcy dolarów rocznie i trend ten nie dotyczy tylko społeczności naukowców.

Niezależnie od tego, co może wynikać z tych statystyk, takie sondaże są niewątpliwie wystarczającym dowodem na to, że Dawkins może mieć rację, mówiąc, iż będzie mu trudno zrealizować złowieszcze i pachnące totalitaryzmem przedsięwzięcie wykorzenienia u naukowców wiary w Boga. A to dlatego, że oprócz bez mała czterdziestu procent naukowców deklarujących wiarę w Boga, w cytowanym powyżej sondażu mieliśmy i mamy bardzo wybitnych wierzących naukowców. Należy tu zwłaszcza wspomnieć Francisa Collinsa, byłego dyrektora Projektu Poznania Genomu Człowieka, profesora Williama Phillipsa, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki z 1997 roku, sir Briana Heapa, członka Royal Society i byłego wiceprezydenta tego stowarzyszenia, sir Johna Houghtona, członka Royal Society, byłego dyrektora Brytyjskiego Urzędu Meteorologicznego, współprzewodniczącego Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu i obecnego przewodniczącego organizacji John Ray Initiative on the Environment, by wymienić tylko kilku z nich.

Na wojnie z Bogiem

Rzecz jasna, zajmującej nas w tej książce kwestii nie da się rozstrzygnąć za pomocą nawet najbardziej interesujących statystyk. Bez wątpienia wiara w Boga deklarowana nawet przez wybitnych naukowców nie łagodzi, jak się zdaje, w żaden sposób agresywnego tonu Atkinsa, Dawkinsa i im podobnych, prowadzących swoją krucjatę przeciwko Bogu w imię nauki. Trafniej byłoby chyba powiedzieć, że są oni przekonani nie co do tego, że nauka wojuje z Bogiem, lecz że wojna dobiegła końca i nauka odniosła w niej ostateczne zwycięstwo. Teraz trzeba jedynie poinformować świat o tym, że – jak powiedział Nietzsche – Bóg umarł, a nauka Go pogrzebała. W takim właśnie tonie pisze Peter Atkins: „Nauki i religii nie da się pogodzić i ludzkość powinna zacząć doceniać moc swego dziecka i eliminować bezwzględnie wszelkie próby kompromisu. Religia się nie sprawdziła i należy pokazać wszem i wobec jej porażki. To nauka, która obecnie z powodzeniem zapewnia nam powszechną kompetencję przez rozpoznanie tego, co minimalne, przez najwyższą radość umysłu, zasługuje na królewską koronę". To triumfalistyczny język. Ale czy ten triumf ma potwierdzenie w faktach? Która religia się nie sprawdziła i na jakim poziomie? Nauka to na pewno ogromna radość, ale czy to rzeczywiście największa radość umysłu? Czy muzyka, sztuka, literatura, miłość i prawda nie mają nic wspólnego z umysłem? Słyszę narastające głosy protestu ze strony przedstawicieli nauk humanistycznych.

Co więcej, fakt istnienia naukowców, którzy zdają się wojować z Bogiem, nie jest równoznaczny z tym, że sama nauka toczy wojnę z Bogiem. Na przykład niektórzy muzycy to wojujący ateiści. Czy to jednak znaczy, że muzyka jako taka toczy wojnę z Bogiem? Bardzo wątpliwe. Sedno mojego argumentu można streścić następującym zdaniem: „Twierdzenia naukowców niekoniecznie są twierdzeniami nauki". Nie są one także, dodajmy od razu, z konieczności prawdziwe, aczkolwiek prestiż nauki sprawia, że często za takie właśnie uchodzą. Pod tę kategorię podpadają na przykład twierdzenia Atkinsa i Dawkinsa cytowane na początku tego rozdziału. Nie są to twierdzenia nauki, lecz wyrazy osobistych przekonań – co więcej, wiary! – nieróżniące się zasadniczo od wielu form wyrazu tego rodzaju wiary, którą Dawkins tak zdecydowanie pragnie wykorzenić, aczkolwiek znacznie mniej tolerancyjne. Rzecz jasna, to, że wypowiedzi Dawkinsa i Atkinsa są twierdzeniami wiary, nie znaczy jeszcze, że są one fałszywe; znaczy to jednak, że nie wolno ich traktować jak autorytatywnych twierdzeń nauki. Należy się przyjrzeć, do jakiej kategorii twierdzeń należą, a przede wszystkim ocenić, czy są prawdziwe.

Zanim przejdziemy do dalszych kwestii, powinniśmy zacytować dla równowagi niektórych wybitnych naukowców wierzących w Boga. Sir John Houghton pisze: „Bóg jest odpowiedzialny za funkcjonowanie wszechświata, które jest opisywane następnie przez naukę. (...) Niezwykły porządek, spójność, niezawodność i fascynująca złożoność, wydobyte przez opis naukowy, są odbiciem porządku, spójności, niezawodności i złożoności Boskiej aktywności". Sir Ghillean Prance, także członek Royal Society i były dyrektor Królewskich Ogrodów Botanicznych w Kew (Kew Gardens), daje równie klarowny wyraz swojej wierze: „Od wielu lat wierzę w to, że Bóg to wielki i wspaniały projektant kryjący się za całym światem przyrody. (...) Wszystkie moje badania naukowe od samego początku utwierdzają mnie w wierze. Biblia to dla mnie główny autorytet".

Także i w tym wypadku nie mamy do czynienia z twierdzeniami nauki, lecz z wyrazem osobistej wiary cytowanych wyżej osób. Należy jednak zauważyć, że pojawiają się w nich sugestie wskazujące na to, co mogłoby być dowodem wspierającym tę wiarę. Sir Ghillean Prance mówi na przykład wyraźnie, iż to sama nauka utwierdza go w wierze. Mamy zatem ciekawą sytuację, bo z jednej strony myśliciele o nastawieniu naturalistycznym mówią nam, że nauka wyeliminowała Boga, a z drugiej strony teiści mówią nam, że nauka potwierdza ich wiarę w Boga. Po jednej i drugiej stronie mamy cieszących się renomą przedstawicieli nauk przyrodniczych. Co to oznacza? Na pewno to, że zbyt dużym uproszczeniem jest zakładać wzajemną wrogość nauki i wiary, jak i to, że warto przyjrzeć się bliżej rzeczywistym relacjom między nauką i ateizmem oraz między nauką a teizmem. W szczególności zaś temu, który (jeśli którykolwiek) z tych dwóch przeciwstawnych światopoglądów, jakimi są teizm i ateizm, jest rzeczywiście wspierany przez naukę.

Książkę Johna C. Lennoxa, „Czy nauka pogrzebała Boga?", którą przełożyli Grażyna Gomola i Aleksander Gomola, wydało wydawnictwo W Drodze.

Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji

Autor jest filozofem nauki, apologetą chrześcijańskim, profesorem matematyki Uniwersytetu Oksfordzkiego. Brał udział w słynnych debatach z krytykami religii: biologiem ewolucjonistą Richardem Dawkinsem i pisarzem Christopherem Hitchensem

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA