fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Zadania

Koronawirus wykańcza uzdrowiska, ale głównie finansowo

Fotorzepa, Piotr Guzik
W trudnych czasach pandemii, gdy frekwencja nie przekracza 60 proc., sanatoria powinny dostawać od NFZ ryczałtową stawkę za gotowość – mówi Jan Golba, prezes Stowarzyszenia Gmin Uzdrowiskowych RP.

Za nami pierwszy po odmrożeniu turnus w sanatoriach. Przed jego rozpoczęciem szefowie uzdrowisk obawiali się niskiej frekwencji. W pierwszych dniach turnusu w niektórych sanatoriach było tylko 30 proc. kuracjuszy. Jak frekwencja wygląda dziś?

Jest nieco lepsza, niż się spodziewaliśmy, i kształtuje się średnio na poziomie 60 proc., choć są ośrodki, w których jest znacznie niższa. Pierwszy turnus nie jest jednak miarodajny, jeśli chodzi o prognozy na cały sezon. Na początku czerwca poziom lęku u wyjeżdżających był znacznie wyższy niż teraz. Byliśmy świeżo po izolacji społecznej z powodu koronawirusa, wiele osób rezygnowało z wyjazdu w strachu przed zakażeniem. Dla wielu przeszkodą mogły się okazać problemy organizacyjne – nie byli w stanie dotrzeć do punktu wymazowego, w którym pobierano materiał do badania w kierunku koronawirusa. A tylko osoby z ujemnym wynikiem testu finansowanego przez Narodowy Fundusz Zdrowia mogą przyjechać na turnus.

NFZ zapewniał w czerwcu, że 217 punktów wymazowych, jakie uruchomił w całym kraju, pozwoli przetestować wszystkich kuracjuszy.

Pamiętajmy, że osoby korzystające z pobytów sanatoryjnych na koszt NFZ to głównie ludzie starsi, często mocno schorowani. Jeśli mieszkają w odległych częściach województwa, trudno im dotrzeć do punktu wymazowego, bo najczęściej tworzono go w mieście wojewódzkim. Z Muszyny do Krakowa, gdzie znajduje się najbliższy punkt, jest aż 160 km. Nie sądzę, by wielu starszych mieszkańców zdecydowało się na taką podróż. Zwłaszcza teraz, kiedy komunikacja powszechna jest ograniczona z powodu pandemii. Nie w każdym gospodarstwie jest samochód, a nawet jeśli jest, to domownicy mogą nie mieć całego dnia na wyprawę na badanie.

Jak to zmienić?

Punkty wymazowe powinny być przynajmniej we wszystkich miastach powiatowych. Wówczas odległość do nich zmniejszyłaby się z ponad 100 km do 30–40 km. Jeszcze lepszym rozwiązaniem mogłyby być wymazobusy, czyli mobilne punkty pobrań, które w czasach lockdownu jeździły do przebywających na kwarantannie osób pełniących funkcje istotne dla państwa (najważniejsi urzędnicy, pracownicy ochrony zdrowia). Mogłyby docierać do wszystkich zapisanych do sanatorium, oszczędzając im kłopotu. Myślę, że wielu świadczeniodawców z chęcią podpisałoby taki kontrakt z NFZ, przy okazji wykonując działalność komercyjną. Wielu ludzi przetestowałoby się na koszt własny, żeby wiedzieć, czy nie są zakażeni. Sam z chęcią opłaciłbym taki test, gdyby wymazobus przyjechał pod mój dom. Miałoby to też sens z epidemicznego punktu widzenia – w środkach komunikacji powszechnej może przecież dojść do zakażenia. A strach przed nim powstrzymuje niektórych kuracjuszy nie tylko przed samym wyjazdem, ale też dotarciem do punktu wymazowego. Część osób uważa, że zakazić można się nawet w kolejce do badania czy w poczekalni, i ich strachu nie zmniejszają nawet przyłbice czy maseczki.

Jak zwiększyć ich poczucie bezpieczeństwa? Dziś do sanatorium może się wybrać osoba, u której test wykonano do siedmiu dni przed wyjazdem. Ale to nie znaczy, że do uzdrowiska dotrze bez koronawirusa – do zakażenia może przecież dojść w czasie jazdy.

Szczególnie gdy jedziemy kilkoma środkami transportu, a i tak się zdarza, zwłaszcza że do sanatoriów w górach kierowane są osoby znad morza i odwrotnie. Nie mamy danych o sposobach dotarcia naszych gości, ale z obserwacji wynika, że na autobusy i pociągi decyduje się wiele osób. Prezes NFZ Adam Niedzielski twierdzi, że spośród skierowanych na leczenie uzdrowiskowe tylko promil ma dodatni wynik testu (jak wynika z danych za czwartek, na 19,9 tys. „wymazanych" kuracjuszy było 31 pozytywnych wyników, czyli 1,557 promila), co jest wynikiem imponującym. Jednak wielu osób to nie uspokaja, bo badanie przed wyjazdem nie wyklucza całkowicie osób, które mogą być nosicielami. Czułyby się pewniej, gdyby test wykonywano tuż po przyjeździe i przed wyjazdem z sanatorium. Badanie mogliby przeprowadzać pracownicy publicznych zakładów opieki zdrowotnej w miejscowościach uzdrowiskowych.

Czy w samym sanatorium można się czuć bezpiecznie?

Rygory bezpieczeństwa w sanatoriach zachowywane są z wielką starannością. Jestem pozytywnie zaskoczony postawą pracowników, którzy poddają się wszelkim ograniczeniom. Oczywiście kuracjusze próbują czasem ominąć niektóre procedury – nie zakładają masek czy rezygnują z dezynfekcji rąk, ale szybko przekonują się, że takie zachowanie im się nie opłaca. Nie przestrzegasz zasad – nie wejdziesz na stołówkę, zabieg czy na basen. Byłem świadkiem, jak podczas śniadania jeden z gości próbował sam sięgnąć po bułkę ze szwedzkiego stołu. Pracownik w rękawiczkach, który zgodnie z zasadami ma podawać gościom pożywienie, zareagował od razu. Nie ma mowy o ustępstwach. Być może dlatego nie słyszeliśmy jeszcze o ani jednym zachorowaniu w sanatorium. Gorzej jest na weselach, na których nie przestrzega się żadnych reguł.

Ale przecież uzdrowiska również są miejscem rozkwitu życia towarzyskiego.

To prawda. Nie mamy wpływu na to, co kuracjusze robią po zabiegach. Wiadomo, że co bardziej zdyscyplinowani rezygnują z rozrywek typu dancingi czy fajfy, ale osoby bardziej ekspresyjne, którym za rozrywkę nie wystarcza samo wyjście na zabiegi czy posiłki, pytają o wycieczki czy wieczorki zapoznawcze. Tych jednak w miejscowościach uzdrowiskowych raczej się nie organizuje. Nawet w kawiarniach rygorystycznie przestrzega się zasad sanepidu. Z okna swojego gabinetu w urzędzie miasta mam widok na rynek i w kawiarnianych ogródkach trudno uświadczyć osobę bez maseczki. Mają je również spacerowicze. Wyjątków jest niewiele.

To niezwykłe, biorąc pod uwagę, że na przykład nad morzem, co prawda w miejscowościach typowo turystycznych, a nie uzdrowiskowych, trudno o osobę w maseczce, i to nawet w sklepach.

W Muszynie sanepid bezwzględnie karze za takie zachowania. Słyszałem nawet o mandatach 500-złotowych. Co bardziej niefrasobliwi kuracjusze o tym wiedzą i wolą nie ryzykować.

Niska tegoroczna frekwencja nie zagrozi płynności finansowej uzdrowisk?

Jest taka obawa, zwłaszcza że od czasu przywrócenia turnusów nie możemy już liczyć na ryczałtową stawkę z NFZ za gotowość, która pozwoliła nam przetrwać trzy miesiące lockdownu. Dlatego już w czerwcu zaapelowaliśmy do szefów Funduszu o utrzymanie stawki za gotowość, dopóki sytuacja związana z koronawirusem się nie ustabilizuje. Teraz NFZ zapłaci tylko za turnusy, które się odbyły, a 60 proc. wpływów wielu sanatoriom nie pozwoli spiąć budżetu. Od lat powtarzamy, że stawka za osobodzień jest zbyt niska nawet przy ponad 90-proc. wykonaniu kontraktu. W zależności od rodzaju zabiegów waha się bowiem między 73 a 93 zł.

Co można kuracjuszowi zaproponować za 73 zł?

Oto jest pytanie. Trzeba go wyżywić, zapewnić mu nocleg, sprzątanie i zabiegi. A przy tym spełnić wymogi nie tylko techniczne czy – obecnie – te dotyczące bezpieczeństwa epidemicznego, ale i zatrudnienia. Członków personelu przypadających na kuracjusza jest coraz więcej, ale nie idą za tym pieniądze. Od wielu lat nie możemy się doczekać odpowiedniego wzrostu stawki, a minimalne podwyżki nie wyrównują inflacji. Kwota 73–93 zł nie daje możliwości utrzymania standardu leczenia. Kiedyś w czasie pobytu pacjent mógł liczyć na sześć zabiegów dziennie. Teraz jest ich trzy–cztery, co powoduje, że obniża się standard usługi leczniczej. W Czechach stawka za osobodzień wynosi 200 zł, czyli ponad dwa razy tyle co u nas. Na każdym kongresie podkreślam, że to musi się zmienić, bo coraz niższe stawki doprowadzą do pełzającej likwidacji sanatoriów. Jeżeli nie będzie się opłacało, obiekty będą się zmieniały w zwykłe hotele albo coraz bardziej stawiały na gości komercyjnych. Już w latach poprzednich wiele z nich w miesiącach letnich ograniczało miejsca na NFZ na rzecz tych komercyjnych. To aż 36 proc. z 800 tys. przyjeżdżających do sanatoriów, czyli 288 tys. osób. Nic w tym dziwnego – pobyty komercyjne pozwalały pokryć potencjalną stratę na pobytach na koszt NFZ.

Czy tak będzie również w tym roku?

Obawiam się, że nie. Gości komercyjnych jest mniej niż przyjeżdżających na koszt NFZ. W dodatku wiele sanatoriów nie mogło liczyć na subwencje z Państwowego Funduszu Rozwoju, lecz jedynie na obniżkę kosztów ZUS. Obawiam się, że pandemia może spowodować zamknięcie części uzdrowisk, które dają pracę niemal 100 tys. ludzi w Polsce, również w usługach okołouzdrowiskowych. Są jednak i pozytywne skutki pandemii, jeśli w ogóle można o niej mówić w takim kontekście. Myślę, że standardy wprowadzone w związku z koronawirusem już z nami zostaną i nie będzie mowy o pobytach w pokojach trzy-, cztero- czy nawet dziesięcioosobowych. To relikty dawnego systemu, zasiedziałe głównie w spółkach Skarbu Państwa. Te będą musiały albo przystosować pomieszczenia do nowych wymogów, albo, gdy np. nie dysponują odpowiednią liczbą węzłów sanitarnych, zmienić siedzibę.

Czy polski system ochrony zdrowia stać na leczenie uzdrowiskowe? Od wielu lat część specjalistów podnosi, że wyjazdy do sanatorium to właściwie wczasy na koszt państwa, a za te pieniądze można by było np. kupić zastawki do operacji kardiochirurgicznych.

Po pierwsze, na leczenie uzdrowiskowe NFZ przeznacza ok. 670 mln zł rocznie, czyli mniej niż 1 proc. swego budżetu. Po drugie, takie myślenie jest krótkowzroczne i niezgodne z aktualnym stanem wiedzy medycznej. Leczenie uzdrowiskowe jest integralnie związane z opieką zdrowotną. Tak się dzieje na Słowacji czy we Francji, gdzie traktuje się je jako inwestycję w profilaktykę i rehabilitację. Z kolei w preambule włoskiej ustawy uzdrowiskowej znalazło się sformułowanie, że leczenie uzdrowiskowe pozwala osiągnąć dobrostan psychofizyczny, który chroni przed depresją, a przez to może zwiększać produktywność obywateli i minimalizować koszty leczenia zaburzeń psychicznych. Te zaś są dużym obciążeniem dla systemu ochrony zdrowia. W Polsce za to o psyche zapominamy kompletnie, koncentrując się na efekcie fizycznym, który, choć niemierzalny, został również udowodniony, choćby w pracach badawczych słynnej polskiej balneolog prof. Ireny Ponikowskiej. Uważam, że najwyższy czas, by osoby odpowiedzialne za organizację opieki zdrowotnej w Polsce dostrzegły potencjał leczenia uzdrowiskowego jako środka do ograniczenia kosztów powikłań u już zdiagnozowanych i sposobu na zapobieganie chorobom. Leczenie uzdrowiskowe jest niezwykle efektywne kosztowo. Niewielka inwestycja zwraca się wielokrotnie, bo pozwala uniknąć wydatków w przyszłości.

- Jan Golba – doktor nauk prawnych, od 2009 r. burmistrz Muszyny, prezes Stowarzyszenia Gmin Uzdrowiskowych RP, które skupia 43 z 45 gmin uzdrowiskowych w Polsce

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA