fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wywiady i rozmowy

Prof. Lauritz Holm-Nielsen: Polska nauka przed wielką szansą

Prof. Lauritz Holm Nielsen.
Fotorzepa/ Michał Szułdrzyński
Trzy najlepsze polskie uczelnie będą w ciągu pięciu lat mogły konkurować w Europie - uważa prof. Lauritz Holm-Nielsen.

Przez wiele lat był pan rektorem Uniwersytetu Aarhus w Danii. Jak to się stało, że stanął pan na czele zespołu ekspertów, który miał za zadanie wyznaczyć dziesięć najlepszych uczelni badawczych w Polsce?

Rok temu na wiosnę musiałem zająć się wnukami, więc rzadko zaglądałem do poczty. Ale pewnego dnia znalazłem e-mail od polskiego wicepremiera Jarosława Gowina z tą propozycją… Miałem przyjechać do Warszawy i pogadać. Polska to nasz sąsiad i ważny partner, więc jeśli rząd i uniwersytety uważają, że moje doświadczenie może pomóc, to dlaczego nie?

Jak pan ocenia ten projekt?

Prawne i organizacyjne ramy całego programu – jeśli cokolwiek można nazwać perfekcyjnym – takie właśnie były. Lepsze niż w innych krajach, także sąsiednich, włączając w to Niemcy czy Finlandię. Obawiałem się, że oprócz standardowych warunków i kryteriów, jakie stosuje się w tego typu programach, będą jakieś oczekiwania polityczne. Są w Polsce różne regiony, jest wiele dużych miast… Odpowiedź ministra była natychmiastowa: kiedy grupa międzynarodowych ekspertów poczyni swoje ustalenia, strona polska będzie się do nich stosować bez zastrzeżeń.

To była obietnica ministra nauki?

Spontaniczna zapowiedź, której zaufałem. Wiedziałem, że będzie powołany zespół ekspertów, którym mam kierować, zapytałem więc, kto będzie wśród tych 14 osób, i usłyszałem: „Nie wiemy. To pan ma nam doradzić”. Powiedziałem: „OK, poszukamy ludzi, może także z Polski”. Ale tu odpowiedź była negatywna: „Nie, wolimy, by cała piętnastka była zza granicy”. Powstała więc lista ponad 200 znakomitych specjalistów, a ministerstwo dostało zadanie, by się z nimi skontaktować i sprawdzić, czy mają czas.

Czy wcześniej już pan wiedział, jak wygląda polski system wyższej edukacji?

Do pewnego stopnia – tak. Polska jest w bardzo istotnym momencie, jeśli chodzi o szkolnictwo wyższe. Już kilka lat temu polski rząd zaprosił zespół ekspertów europejskich, w ramach programu UE „Horyzont 2020”, by zorganizował system wsparcia, także w wymiarze finansowym, dla placówek badawczych. Byłem członkiem tego zespołu. Pracowałem także w Banku Światowym od 1993 do 2005 r. i byłem zaangażowany jako tzw. pre-juror w projekty dotyczące Polski.

Wracając do ministerialnego projektu: resort wyselekcjonował 20 najważniejszych i najlepszych szkół wyższych i poprosił je, by przeprowadziły własne analizy, także klasyczną analizę SWOT, i przygotowały średniookresowy plan. A zespół ekspertów miał określić, który z nich ma największą szansę w przyszłości na odniesienie sukcesu. Cała dwudziestka to zwycięzcy tego procesu i wszyscy będą z tego powodu mieć wyższe budżety. Niektóre uczelnie jednak dostaną więcej – te, które naszym zdaniem najlepiej zrealizują jeśli nie marzenia, to na pewno możliwości podniesienia poziomu.

Dlaczego uważa pan, że to przełomowy moment dla polskiego szkolnictwa wyższego?

Dla kogoś, kto przyjeżdża tu z zagranicy, wszystko, co się dzieje przez ostatnie dziesięciolecia, wydaje się wspaniałe. Z wizyty na wizytę można poczuć, że Polska się rozwija. Ale żeby mieć dobrze rozwinięty, innowacyjny sektor gospodarki, trzeba mieć bardzo wysoko wykwalifikowanych ludzi. W Polsce jest ich sporo, ale trzeba się przecież porównywać z krajami sąsiednimi i innymi, z którymi warto konkurować.

Przez wiele dekad mieliście całkiem niezły system edukacji, ale teraz Polska jest znacznie bardziej otwarta na świat niż kiedyś. A to wymaga więcej inwestycji w naukę i technologię oraz w innowacje. Jeśli startujesz z niższego poziomu, szybko wspinasz się górę. Ale jak już jesteś blisko szczytu – tempo spada. I jedyną drogą jest inwestowanie wszystkiego co się da, a nawet więcej – w mózg.

Wspomniał pan, że mamy relatywnie niezły poziom szkolnictwa wyższego, ale z tego wynika też poważny problem: to drenaż mózgów.

Tak, ale można to także uznać za bardzo dobrą polską inwestycję. Spójrzmy choćby na Koreę – większość dobrze wykształconych Koreańczyków pracuje za granicą. Państwo postanowiło więc stworzyć im warunki do powrotu. Okazuje się dziś, że większość innowacji, które dokonują się w tamtym przemyśle, jest realizowana właśnie przez specjalistów, którzy wrócili z innych miejsc świata, często nawet po 20 latach pracy poza Koreą.

Jak po czasie spędzonym w panelu eksperckim na analizie planów najlepszych 20 uczelni ocenia pan ich sytuację i dokonania?

Nie ma sensu ścigać się i porównywać z Stanfordem, Oxfordem czy Cambridge. Oni mają takie zasoby i uwarunkowania, że nabawilibyśmy się kompleksów. A to nie ma wielkiego znaczenia, bo tych 10–15 najlepszych uniwersytetów możemy nazywać globalnymi, a konkurować trzeba z najbliższymi. Patrząc z tej perspektywy, jestem przekonany, że są w Polsce trzy uniwersytety, które mogą w ciągu pięciu lat z sukcesem konkurować w Europie. A po kolejnych dziesięciu latach może ich będzie pięć albo osiem. Trzeba jednak zrobić parę rzeczy. Niektóre są zadaniami uniwersytetów – inne rządu. Trzeba kontynuować wzmacniane dobrego zarządzania, budować uniwersyteckie przywództwo i zaangażować wykładowców i studentów w proces zmian. Namówić, by nie patrzyli w przeszłość, tylko w przyszłość. I trzeba ciągle podnosić poziom i się rozwijać. Czasem trzeba łączyć wysiłki, zawierać porozumienia z innymi placówkami, bo niektóre z nich są komplementarne i naprawdę mogą sobie pomagać, żeby stworzyć wysokiej jakości masę krytyczną, zarówno pod względem kapitału ludzkiego, jak i możliwości technicznych. I to jest najlepsza droga do konsolidacji, także pomiędzy najlepszą dwudziestką. By wszystko się udało, trzeba zapewnić bezpieczeństwo dla ludzi, dla pracowników. Zmiana nie powinna być ćwiczeniem w zwalnianiu ludzi.

Z jakimi jeszcze problemami borykają się polskie uniwersytety?

Mówiąc szczerze, nie widzę wielu problemów, widzę tylko ogromne możliwości. Wiążą się one także ze zmianą generacyjną. W ciągu kolejnych pięciu–dziesięciu lat nastąpi kompletna wymiana pokoleniowa. Pozostaną tylko nieliczni akademicy z tych, którzy wykładali przed otwarciem się Polski na świat. I wielkim wyzwaniem jest znalezienie równowagi między pozostawieniem miejsca dla doświadczonych, starszych wykładowców a otwarciem się na młodych, utalentowanych, wcześnie zaczynających karierę. Niektórzy z nich przyjadą zza granicy i naprawdę nie będzie korzystne, jeśli ci ludzie będą musieli zaczynać pracę od walki o odrobinę przestrzeni dla siebie. Te szkoły wyższe, które osiągną taką równowagę – wygrają.

—współpraca Karol Ikonowicz

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA