fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Tenis

Niechciany król: Novak Djoković wygrywa Australian Open

Novak Djoković jeszcze nigdy nie przegrał w finale w Melbourne Park, a grał tam już osiem razy
AFP
Ósmy triumf Novaka Djokovicia w Melbourne i sensacyjne zwycięstwo Sofii Kenin.

Pierwszym gestem Djokovicia po tym, jak wygrał swój 17. wielkoszlemowy finał, było położenie palca na ustach, tak jak zwykła to czynić nauczycielka wobec niesfornej klasy. Przekaz był jasny – znów was uciszyłem.

Oczywiście Serb ma zbyt dużo klasy, by skarżyć się podczas przemówienia po meczu, ale trudno zrozumieć widzów z podobno najbardziej tenisowego kraju świata, nieszanujących gracza, który kort Roda Lavera uczynił swoim podwórkiem prawie tak samo jak Rafael Nadal centralny kort stadionu Roland Garros. Nie brak głosów, że Nadal będzie wygrywał w Paryżu, dopóki będzie chodził, a teraz to samo można powiedzieć o Djokoviciu w Melbourne.

Mówiąc całą prawdę, prawie to samo, bo triumfy w Australii przychodzą Serbowi jednak dużo trudniej niż Nadalowi we Francji. Niedzielny finał był tego kolejnym przykładem. Wydawało się, że Djoković po demonstracji siły w pierwszym secie, gdy już w drugim gemie przełamał serwis rywala, prowadził 4:1, dał się doścignąć na 4:4 i wygrał (Thiem przy setbolu popełnił podwójny błąd serwisowy), ma prostą drogę do mety.

Można było przypuszczać, że po Austriaku w wielkoszemowym finale przejedzie serbski walec tak jak w Paryżu dwukrotnie przejeżdżał walec z Majorki. Ale ten imperialny Djoković zniknął. W drugim secie jeszcze walczył, przy stanie 4:4, gdy francuski sędzia Damien Dumusois dał mu ostrzeżenie za przekroczenie czasu na serwis, powiedział do niego: „Właśnie stajesz się sławny, dobre zagranie", a przy zmianie stron pogłaskał arbitra po butach.

Ale to były najmocniejsze dowody serbskiej determinacji w końcówce drugiego seta. Djoković przegrał go, a potem kolejnego, już w dużo gorszym stylu, a w przerwie poszedł do szatni po medyczne wsparcie.

I uzyskał je, wróciły siły i wigor. Serb kolejny raz pokazał kibicom tenisa, jak dobrze może grać zmartwychwstały mistrz, jak fascynującym przeżyciem są pięciosetowe pojedynki wybitnych graczy w Wielkim Szemie. „Mecz jak życie" – powiedział kiedyś o jednym z takich spotkań Marat Safin, rosyjski tenisista, który w Melbourne wręczał nagrody finalistom.

Dzień wcześniej po kobiecym finale cieszyła się jego siostra Dinara, też kiedyś wybitna tenisistka, obecnie przyjaciółka i mentorka Sofii Kenin – największej sensacji Australian Open. Ta 21-letnia urodzona w Moskwie Amerykanka wygrała swój pierwszy wielkoszlemowy turniej (nigdy wcześniej nie była nawet w ćwierćfinale), pokonując urodzoną w Caracas Hiszpankę Garbine Muguruzę 4:6, 6:2, 6:2.

Kluczowe znaczenie dla losów meczu miał piąty gem trzeciego seta, gdy przy stanie 2:2 i własnym serwisie Kenin przegrywała 0:40. I właśnie wtedy zaczęła grać fantastycznie, obroniła tego gema po wspaniałych wymianach i kompletnie rozkalibrowała Muguruzę, która w decydującym momencie kolejnego gema popełniła podwójny błąd serwisowy i był to początek fatalnej dla niej serwisowej serii. W ostatnim gemie meczu takich pomyłek Hiszpanka miała aż trzy, w tym ostatnią przy meczbolu.

Kenin to typowy produkt kobiecego tenisa ostatnich lat – rosyjski talent i siła woli oraz amerykańska technologia z Florydy. Ojciec Sofii, Aleksander Kenin, to także ojciec jej sukcesu. Współpracownicy twierdzą, że to typowa rosyjska dusza, w ciągu kwadransa potrafi skląć i ucałować.

Czy Kenin to nowa gwiazda? Za wcześnie, by tak twierdzić, ale jedno jest pewne: ta dziewczyna ma w sobie moc i wiarę.

FINAŁY

Kobiety: S. Kenin (USA, 14) – G. Muguruza (Hiszpania) 4:6, 6:2, 6:2; debel: T. Babos (Węgry) i K. Mladenovic (Francja, 2) – B. Strycova (Czechy) i S. Hsieh (Tajwan, 1) 6:2, 6:2;

Mężczyźni: N. Djoković (Serbia, 2) – D. Thiem (Austria, 5) 6:4, 4:6, 2:6, 6:3, 6:4; debel: R. Ram (USA) i J. Salisbury (Wielka Brytania, 11) – W. Purcell i L. Saville (obaj Australia) 6:4, 6:2;

Mikst: B. Krejcikova (Czechy) i N. Mektić (Chorwacja, 5) – B. Mattek-Sands (USA) i J. Murray (Wielka Brytania) 5:7, 6:4, (12-10)

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA