Sędziowie i sądy

Kto decyduje o znaczeniu sprawy

Czy można ustalić i powiedzieć, że wśród 15 mln spraw, jakie trafiają corocznie do naszych sądów, są takie, których po prostu można się pozbyć, nie czyniąc nikomu szkody?
AdobeStock
O możliwościach „wyrzucania" z sądów drobnych spraw i innych sposobach naprawienia sądownictwa.

Mniej lub bardziej słuszna krytyka sądów nie ustaje, zewsząd słychać głosy potępiające istniejący stan rzeczy. Różne gremia rywalizują ze sobą w stawianych zarzutach i nie stronią od oskarżeń wzajemnych. W takiej sytuacji można by się spodziewać wielu propozycji i projektów skutecznych rozwiązań dyskutowanych problemów. Tych jednak nie ma.

Mając nadzieję na poprawę tego stanu rzeczy, spieszę ze spostrzeżeniami.

I. Sądy są przeciążone, więc trzeba je odciążyć i będzie dobrze

Istnieje pogląd, że sądy są niewydolne i pracują powoli, ponieważ mają za dużo mało ważnych spraw, które je zatykają, nie nadążają więc w sprawach poważnych. Są one wprawdzie jakoś załatwiane, ale z reguły jeśli nie źle, to zawsze za późno. Można jednak temu zaradzić poprzez usunięcie z zakresu sądowych zadań i obowiązków spraw nieistotnych, drobnych, niemających większego znaczenia. Wówczas sądy zostaną uwolnione od marnotrawienia czasu i możliwości, wreszcie odrobią zaległości, a sprawy poważne będą rozpoznawać należycie i szybko. Pogląd ten uznawany jest za konstruktywny i pozytywny, ponieważ nie poprzestaje na krytyce, ale oferuje gotowe rozwiązanie problemu.

Wszyscy chętnie go przyjmują, mając nadzieję, że kiedyś tak się stanie. Diagnoza trafna, recepta prosta, prognoza zachęcająca. Czy to możliwe? Zapewne, jeżeli tylko uda się wyjaśnić i rozwiązać zasadniczy problem i założenie równocześnie, czyli zdefiniować pojęcie „sprawa drobna", a potem je zaadaptować do praktyki. Jak dotąd nie znamy bowiem takiego pojęcia, a co więcej – jak się wydaje – nie powinniśmy go nigdy poznać. Bo co to jest sprawa drobna – czyli mała, nieistotna, niepoważna, niemająca znaczenia, dająca się pominąć i zlekceważyć bez większej szkody dla nikogo i niczego? Czy można ustalić i powiedzieć, że wśród 15 mln spraw, jakie trafiają corocznie do naszych sądów, są takie, których po prostu można się pozbyć, nie czyniąc nikomu szkody?

II. Prawo do sądu nie zna spraw ważnych i nieważnych

Nie można postanowić, że jakieś sprawy zostaną z definicji wyłączone spod sądzenia. Co się z nimi teraz stanie? Czy będą załatwiane w jakiś inny sposób, a może wcale? Zgodnie z obecnym stanem prawa krajowego i obowiązującymi Polskę konwencjami międzynarodowymi istnieje pojęcie „prawo do sądu". Zostało ono wyrażone w art. 45 ust. 1 naszej konstytucji: „Każdy ma prawo do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki przez właściwy, niezależny, bezstronny i niezawisły sąd".

Podobnie rzecz ujmuje art. 6 europejskiej konwencji o ochronie praw człowieka (konwencja): „Każdy ma prawo do sprawiedliwego i publicznego rozpatrzenia jego sprawy w rozsądnym terminie przez niezawisły i bezstronny sąd ustanowiony ustawą przy rozstrzyganiu o jego prawach i obowiązkach o charakterze cywilnym albo o zasadności każdego oskarżenia w wytoczonej przeciwko niemu sprawie karnej".

Tak sformułowane prawo nie zna spraw ważnych i nieważnych lub doniosłych i drobnych. Każdy może wnosić swoje sprawy do sądu, bo te fundamentalne prawa zostały mu przyznane i obowiązują. Ustanowienie takich zasad nie było przypadkowe: konstytucja z 1997 r. normatywnie zakończyła panowanie ustroju, który powszechnie uznawano za godzący w prawa człowieka i obywatela. Zostało to napisane w preambule konstytucji („pomni gorzkich doświadczeń z czasów, gdy podstawowe wolności i prawa człowieka były w naszej Ojczyźnie łamane").

Także konwencja wyrasta z radykalnego przekonania, na czym opierają się i skąd wywodzą pokój i dobro na świecie: „(...) celem Rady Europy jest osiągnięcie większej jedności jej członków i że jednym ze sposobów osiągnięcia tego celu jest ochrona oraz rozwój praw człowieka i podstawowych wolności". Nie ma więc możliwości konstruowania modelu spraw bardziej i mniej ważnych, bo podstawy ustrojowe Rzeczypospolitej Polskiej i Unii Europejskiej stanowczo się temu sprzeciwiają. A problem zostaje. Czy można podjąć próbę innego podejścia, które nie uchybiając pryncypiom, faktycznie odsunie od sądów zjawisko, które w sieci nazywa się spamem?

III. Kto może selekcjonować sprawy i czym się kierować?

W tym samym świecie decyzje podejmowane są także z innych powodów niż normy prawne. To sfera decyzji praktycznych o faktycznie podejmowanych działaniach ze względu na osobne pobudki, np. czy mi się to opłaca i jakie są inne możliwości rozwiązania problemu.

1. Sąd nie ma żadnego prawa oceniać ważności powierzonej mu sprawy, bo nie posiada uprawnienia do zajmowania się taką materią. Prawo oceny ważności dobra powierzonego sądowi nie może też przysługiwać ustawodawcy. Pozostaje więc uznać, że w świetle każdego sensownego systemu wartości wagę danego dobra określa podmiot nim zainteresowany. Jeśli zatem wnosi sprawę do sądu, to znaczy, że tak ją ocenił.

2. Prawo do tej oceny jest niezbywalne i nie zna ograniczenia ze strony sądu i ustawodawcy. Czyż więc skazani jesteśmy na niczym nieograniczony i stale rosnący zalew spraw sądowych? Czy naprawdę każda sprawa jest tak ważna, że z całą powagą i z udziałem środków państwowych ma być rozpatrywana jednakowo? Dlaczego nie można ustanowić hierarchii spraw sądowych i rozpatrywać ich stosownie do ich obiektywnego znaczenia i powagi, a także według wpływu na dobra wspólne i ochronę zasad współżycia społecznego ?

IV. Porażka metody i doktryny

Obowiązująca doktryna znajduje swój wyraz w treści i rozwiązaniach kodeksu postępowania cywilnego z 1964 r. po licznych nowelizacjach i w innych przepisach (choćby ustawie o kosztach sądowych w sprawach cywilnych z 2005 r.). Przyjęto, że prawo do sądu nie pozwala na wartościowanie, a jedyną dostępną metodą porządkowania spraw jest specjalizacja. Dlatego w k.p.c. znajdziemy obfitość trybów i postępowań odrębnych. Miały one uprościć i przyspieszyć załatwianie wielu spraw. Efekt znamy – przyspieszenie słabe, ilość spraw nie maleje, wręcz przeciwnie, stale rośnie.

W takiej sytuacji doktryna i ustawodawca podejmowali jeszcze wiele prób poprawy, nie zmieniając jednak metody (np. nowelizacja k.p.c. przez zniesienie postępowania gospodarczego do 3 maja 2012 r.). Efektem jest nadmiar regulacji i skomplikowanie procedur. W tej sytuacji część doktryny i opinii publicznej uznała winę sądów. Większość sędziów pogodziła się z takimi zarzutami, wierząc, że szybciej i więcej pracując, można rozwiązać problem. I rzeczywiście – wydajność pracy mierzona ilością załatwionych spraw wzrosła znacząco, bo tyle samo sędziów z każdym rokiem jakoś załatwia coraz więcej spraw. Im jednak lepsze osiągnięcia statystyczne sądów, tym więcej narzekań na ich pracę. Metoda zwiększania ilości kosztem jakości nie jest więc do zaakceptowania.

V. Rozwiązanie problemu

Dziedziny sądom pokrewne mają podobne problemy i znalazły jakieś rozwiązanie. Przyjrzyjmy się więc ostrożnie następującym propozycjom.

1. Możliwość przesuwania spraw między sądami. Nie ma dziś niestety sposobu, aby przenosić sprawy z sądów przeciążonych do sądów mających jeszcze jakieś możliwości poprowadzenia postępowania w sensownym czasie. Obszary właściwości sądów nie są jednak zapisane w konstytucji, tak samo jak przypisanie rodzajów spraw poszczególnym sądom. Przyznanie stronie szerszego prawa wyboru sądu nie uchybi nikomu, a wszystkie te zmiany można czynić w zwykłej ustawie.

2. Poważne potraktowanie czynności przedprocesowych jako części późniejszego procesu sądowego. Kto się dzisiaj np. przejmuje wezwaniem do zapłaty? Jego zlekceważenie opóźnia wierzyciela we wniesieniu pozwu, a potem nie rodzi żadnych konsekwencji. Byłoby inaczej, gdyby zawiniony brak odpowiedzi na wezwanie do zapłaty skutkował utratą zarzutów w późniejszym procesie oraz podwyższeniem kosztów sądowych, nawet po wygraniu procesu (bo nie powinno do niego dojść, a doszło przez brak odpowiedzi na wezwanie).

3. Wprowadzenie nabycia prawa do sądu poprzez obowiązkowe postępowanie ugodowe przed mediatorem. Nie w każdej sprawie jest to sensowne i możliwe. Ale w niektórych, jak gruntowe lub między przedsiębiorcami o roboty budowlane, wydaje się absolutnie konieczne. Bo pomijając liczbę potencjalnych ugód – gdyby protokół rozbieżności wyznaczał ramy późniejszego procesu, a sąd rozpoznawał sprawę według wcześniej zakreślonej materii i zakresu sporu, przystępowałby od razu do jego podsumowania, a nie roztrząsał sprawę od początku.

4. Rozważenie zmian w innych dziedzinach prawa, bo np. przepisy prawa podatkowego nakazują przedsiębiorcom dochodzić nieściągalnych należności, gdyż muszą przedstawić dowód bezskutecznej egzekucji.

5. Rozważenie zmian w opłatach sądowych. Wiele osób wnosi sprawę do sądu, bo to najtańszy sposób np. nabycia spadku. Także inne wydatki sądowe mogą zniechęcać do procesowania się i stanowić bodziec do zawarcia ugody.

6. Rozważenie zmian w taryfie pełnomocników, którzy nader często stoją przed wyborem, czy zakończyć sprawę poradą lub porozumieniem (za małe wynagrodzenie), czy też przyjąć sprawę i wnieść pozew (większe wynagrodzenie przy kiepskich notowaniach procesowych). Wynagrodzenie pełnomocników za doprowadzenie do ugody przedsądowej powinno być zrównane z wynagrodzeniem za prowadzenie sprawy.

7. Celem postępowania sądowego ma być znalezienie rozwiązania sporu, z uwzględnieniem tego, że jego uczestnicy zapewne będą nadal sąsiadami, współpracownikami, łączyć ich będą więzy rodzinne itd. Szukać więc trzeba konsensusu jak najszybciej, a jeśli to możliwe, rozwiązać spór na etapie czynności przedsądowych.

VI. Próba podsumowania

Fatalna kondycja sądów jest w znacznej mierze odzwierciedleniem stanu doktryny, która odnosi się zarówno do postępowań sądowych, jak i do badań naukowych. Niestety, doktryna nadal uwodzi ustawodawcę, podsuwając mu kolejne problemy zamiast sposobów ich rozwiązania. Kluczem jest potraktowanie prawa do sądu jako prawa bezwzględnego, ale ze wszech stron obostrzonego koniecznymi zastrzeżeniami. Tak, aby w konfrontacji z innymi możliwymi rozwiązaniami sposób sądowy był rozwiązaniem ostatecznym, najbardziej kłopotliwym i ryzykownym. Gdyby jednak musiało dojść do sporu sądowego – całokształt wymagań i bodźców przedprocesowych ma sprawić, że głównym zadaniem sądu nie jest rozpoznawanie, o co w sprawie chodzi, ale wypracowanie rozstrzygnięcia w rozsądnym czasie.

Autor jest sędzią Sądu Gospodarczego w Krakowie, głównym specjalistą w Departamencie Nadzoru Administracyjnego MS, wykładowcą akademickim, autorem i współautorem publikacji fachowych i książkowych

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL