fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Co nagle, to po diable

123RF
Wyznaczanie nierealnie krótkich terminów na spełnienie poleceń sądów postępowania nie przyśpieszy. Wręcz przeciwnie – uważa prawnik Aleksander Tobolewski.

Zdarza się, że pomagam moim kanadyjskim klientom załatwiać sprawy majątkowe w Polsce. Najczęściej chodzi o sprawy spadkowe, jedne bardzo stare, inne bieżące. Mam zatem dobre rozeznanie, jak działają urzędy i sądy w Polsce. Nie chcę powiedzieć, że źle, bo byłoby to uogólnienie, ale coś naprawdę jest nie tak, jeśli praktycznie w każdej sprawie w Polsce natykam się na albo takie same, albo bardzo podobne problemy. Od Śląska po Gdańsk. Od najniższych szczebli administracji i sądów do ministerstw. A problemy, jakie miewam, wskazują na absolutne ignorowanie prawa i po prostu brak wyobraźni. Bo jak można nazwać wezwanie przez polski sąd mojego klienta w Kanadzie, żeby uzupełnił braki w ciągu siedmiu dni? Poczta idzie dwa tygodnie! Lub ten sam sąd żąda, żeby strona załatwiła administracyjną sprawę w Polsce w nieprzekraczalnym terminie 30 dni. Przecież organ administracyjny ma 30 dni na wydanie decyzji, to jak mój klient ma ją sądowi dostarczyć terminowo? Jeśli nawet organ administracyjny wyda decyzję 30. dnia, a poczta dostarczy pełnomocnikowi w Polsce po kilku dniach, to jakie są szanse na wypełnienie polecenia sądu? Żadne! A wyjście z tej sytuacji? Pisanie wniosków do sądu o przedłużenie terminu! Bo sędzia zakreśla termin w oderwaniu od prawa i realiów działania administracji w Polsce? A potem skargi na przewlekłość, Wyznaczenie nierealnie krótkich terminów takiego postępowania nie przyspieszy!

Z awansem się nie spóźnią

W ministerstwach nie lepiej. Pani naczelnik prowadząca sprawę administracyjną występuje raz, drugi, trzeci do ksiąg wieczystych, po kolejny dokument. Na pytanie pełnomocnika, dlaczego tak długo trzyma sprawę, wyjaśnia, że dużo pracy, że bardzo zajęta, nowi, nieprzygotowani pracownicy itp., itd. I tak to trwa. Nawet nie zadała sobie trudu, by pełnomocnika poinformować, że sprawa zostanie załatwiona w terminie dłuższym, niż przewidują przepisy. Gdy pełnomocnik przychodzi na rozmowę z panią naczelnik, ta zapewnia, że decyzja jest gotowa, tylko czeka na weryfikację i podpisanie. Za miesiąc taka sama rozmowa i takie same zapewnienia, że najdalej za tydzień sprawa zostanie załatwiona, i tak za chwilę minie rok. Pani naczelnik – zajęta, sprawa leży niezałatwiona. Podczas ostatniej wizyty w ministerstwie okazało się, że pani naczelnik awansowała na wicedyrektora. Gratuluję! Najwyraźniej za perfekcję w nieprzestrzeganiu prawa i olewaniu petentów.

Na szczeblu urzędu wojewódzkiego również nie poinformowano innego pełnomocnika, że sprawa będzie trwała powyżej ustawowego terminu, natomiast co parę dni wysyłano żądania kolejnych dowodów, nowych załączników i uzasadnień. Wydawałoby się: dobrze, zbierają dowody, ale sprawa dotyczyła potwierdzenia polskiego obywatelstwa.

Nic to, że wszystkie papiery na zdrowy rozum potwierdzały, że urodzony w Polsce z rodziców Polaków wyjechał z Polski po 1949 r. na polski paszport i że nigdy nie zrzekał się obywatelstwa. Urząd wnikliwy, trzeba jeszcze sięgnąć do dziadków i napisać, czy byli Polakami i co oni robili, co robił ojciec przed wyjazdem z Polski i po wyjeździe. Gdy się doda, że zmarł on wiele lat temu, a o potwierdzenie obywatelstwa proszą dzieci urodzone w Polsce, ale od dziesięcioleci mieszkające poza Polską i mające nikłe pojęcie o tym, co ich ojciec robił przed ich urodzeniem, to sprawa robi się żałosna.

Już lepiej chodzić do oporu

Wielu moich klientów po 1976 r. zrzekło się polskiego obywatelstwa. Powodów – oprócz protestów przeciwko rządowi – było multum. Od kilku lat zaczęli się ubiegać o przywrócenie polskiego obywatelstwa, uznając, że powody do zrzeczenia się już nie istnieją. Korzystają z ustawy – notabene zawetowanej przez prezydenta Kaczyńskiego, a podpisanej przez Komorowskiego. Ustawy, która przywraca im to obywatelstwo pronto. Natomiast ci, którzy pogubili paszporty polskie lub im je zabrano (standardowo zabierane w czasach komunistycznych przez polskie urzędy dyplomatyczne), by udowodnić, że są polskimi obywatelami, muszą czekać – według niektórych polskich placówek dyplomatycznych do 18 miesięcy. Wypełniać 101 załączników, uiszczać całkiem poważne opłaty i tłumaczyć się jak na sądzie ostatecznym. Czy urzędnicy nie wiedzą, jaka była w tej mierze praktyka polskich władz do 1990 r.?

Nie mogąc tego zrozumieć, zapytałem jednego z pełnomocników specjalizujących się w tego rodzaju sprawach, dlaczego nie idzie do sądu. Ale odpowiedź była i logiczna, i przestraszająca. Przedtem trzeba wezwać ministra do usunięcia naruszenia prawa. Wezwany często milczy. A postępowanie sądowe będzie trwało parę miesięcy. Po wyroku wcale nie jest pewne, że decyzja zostanie wydana w sensownym terminie. Mało tego, często w rewanżu będzie to decyzja negatywna, nadająca się tylko do następnego odwołania. Ponadto pełnomocnik w tym urzędzie już będzie persona non grata. To lepiej czekać i chodzić do ministerstwa do oporu, i zatruwać pani naczelnik życie tak często, że w końcu przestanie szukać dziury w całym i mając dosyć, wyda decyzję? Jej odpowiedzialność osobista za tak wykonywaną pracę jest praktycznie żadna – ale awansu, jak widać, to nie opóźnia.

Czy w Polsce naprawdę nie można niczego załatwić bez strachu, terminowo i kompetentnie?

Autor jest adwokatem, od 35 lat prowadzi kancelarię prawną w Montrealu

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA