fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Prawnicy to też ludzie i mogą zachorować - Joanna Parafianowicz o nieobecności na rozprawach

Adobe Stock
Czy możliwe jest, aby publiczny interes adwokat czy radca realizował bez uszczerbku dla własnego zdrowia?

Niekiedy w drodze na rozprawę prawnicy stoją zbyt długo w korku, czasem łapią gumę, zdarza im się, tak jak innym, nie usłyszeć budzika. Jednak jednym z najczęstszych powodów uniemożliwiających pełnomocnikowi lub obrońcy przybycie na rozprawę w terminie wskazanym na zawiadomieniu sądu jest nagła choroba lub inna przyczyna zdrowotna – jego lub osoby pozostającej pod opieką, np. dziecka.

Zarówno przepisy procedury karnej, jak i cywilnej wskazują, że rozprawa jest odraczana jedynie wtedy, gdy nieobecność wywołało nadzwyczajne wydarzenie lub inna znana sądowi przeszkoda (wyjątkowa przyczyna), której nie można przezwyciężyć. Zważywszy, iż ustawy posługują się pojęciami nieostrymi, ocena, czy należy do nich ta czy inna choroba oraz jej przebieg zależy wyłącznie od sądu. Zauważyć wypada także, iż zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa, jeśli niemożność stawiennictwa pełnomocnika wynika z jego stanu zdrowia, dla usprawiedliwienia konieczne jest przedstawienie zaświadczenia wystawionego przez lekarza sądowego. Nie wystarczy zwolnienie od lekarza rodzinnego lub innego, jeżeli nie jest on jednocześnie lekarzem sądowym. Chory, poza nielicznymi wyjątkami, powinien nadto poddać się badaniu przez owego lekarza sądowego.

Tymczasem np. w poniedziałek rano adwokat budzi się ledwo żywy – kaszel, katar, wysoka temperatura i zerowa szansa na wyjście z domu o własnych siłach. Usiłuje zapisać się do lekarza – w pierwszym odruchu – w placówce publicznej (wszak płaci ZUS). Ma pecha, pierwszy wolny termin za tydzień. Udaje się zatem do kliniki prywatnej, reguluje należną opłatę i otrzymuje zwolnienie. Wraz z dokumentem zalecenie spędzenia kolejnych dni w domu, co jest niemożliwe do pogodzenia z ustawowym obowiązkiem uzyskania zaświadczenia pochodzącego od lekarza sądowego. Leżeć nie może, bo w Warszawie wolnego terminu brak, a najbliższy gabinet jest w Mińsku Mazowieckim.

Opisany przykład jest z życia wzięty, podobnie jak sytuacje, w których pełnomocnikowi po urazie kręgosłupa wypadł dysk, ciężarnej przyspieszono termin cesarskiego cięcia, ktoś inny dowiedział się o umierającej matce, doznał napadu bólu związanego z chorobą nerek, a sąd nie uznawał tych sytuacji za uzasadniające odroczenie terminu. Ważne bowiem były dwie kwestie: czy chory może chodzić (grypa, choroba nerek i agonia najbliższych w zasadzie temu nie przeszkadza) oraz że może wyznaczyć zastępstwo. Logiczne, choć dalekie od człowieczeństwa, którego niekiedy na próżno szukamy w sądzie.

Adwokat, radca prawny, lekarz (także rodzinny) to w teorii zawody zaufania publicznego. Do tej szczególnej kategorii zalicza się profesje, których członkowie zrzeszeni są w samorządach, polegające na wykonywaniu zadań o szczególnym charakterze z punktu widzenia zadań publicznych i z troski o realizację interesu publicznego. Czy możliwe jest, aby tenże publiczny interes realizować bez uszczerbku dla własnego zdrowia? Owszem, jednak oprócz nadania niektórym profesjom wyjątkowej nazwy, dobrze byłoby ich przedstawicieli obdarzyć tym, co ona sama zawiera – zaufaniem.

Autorka jest adwokatem, redaktorem naczelnym „Pokoju adwokackiego" (www.pokojadwokacki.pl), czlonkiem NRA

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA