fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Jacek Trela: Koabitacja - element gwarancyjny demokracji

Adobe Stock
Prezydent Polski ma być arbitrem sporów i osobą łączącą, a nie dzielącą obywateli.

Za pięć dni wybierzemy prezydenta, który przez kolejne pięć lat będzie współtworzył scenę polityczną w Polsce. Ten wybór zatem to także wybór Polski, jakiej chcemy, dlatego budzi duże emocje. W pierwszej turze blisko 57 proc. spośród 20 mln wyborców, głosując na innych kandydatów niż urzędujący prezydent, dało sygnał, że chcą zmiany prezydenta. Ale pierwsza tura jest już historią. Czy głosujący na kandydatów, którzy nie weszli do drugiej tury, pójdą na wybory i zmienią prezydenta? Zwrot „zmienią prezydenta” uzmysławia, jak duża w demokracji jest siła każdego głosu. Warto zdać sobie z tego sprawę i nie rezygnować z udziału w wyborach tylko dlatego, że nie przeszedł popierany kandydat, albo dlatego, że nie utożsamia się z żadnym z tych, którzy weszli do drugiej tury. Niech wyjazd na wakacje nie będzie usprawiedliwieniem nieobecności na wyborach.

Śledząc kampanię wyborczą prowadzoną przez urzędującego prezydenta, słyszę, że jedyną gwarancją rozwoju Polski, jej dobrobytu, jest oddanie głosu na niego. Bo on zgadza się z polityką rządu i nie będzie blokował ustaw. W tym rozumowaniu jest ukryte, choć niezbyt dobrze i mało finezyjnie, podejście do roli prezydenta jako wykonawcy woli partii rządzącej, z której się wywodzi. Czyli rola notariusza. Politycy mają krótką pamięć. Ale my, obywatele, pamiętamy, że w 2015 r. za to samo, co teraz jest rzekomym atutem prezydenta, ówczesny kandydat Andrzej Duda krytykował Bronisława Komorowskiego, który mówił o odpowiedzialności za projekty rządu. „Nie nazwę go notariuszem, bo to obraża notariuszy. Notariusze zastanawiają się, co podpisują” – powiedział ówczesny kandydat i dodał: „prezydent nie jest od tego, by podpisywać wszystko, co wysyła mu rząd”.

Czytaj też:

Rozterki antysystemowców

Czy doczekamy się prezydenta podatników czyli wszystkich Polaków

Wyborcza ekonomia

Na wybory

I co możemy powiedzieć po pięciu latach? Że historia lubi się powtarzać? Nie mówmy tego, tylko idźmy na wybory. Oddajmy głos, pamiętając, że parlamentarno-gabinetowy ustrój w Polsce w założeniu swoim umiejscawia prezydenta wybieranego w wyborach powszechnych nad partiami politycznymi, nie zaś odwrotnie. Prezydent ma być arbitrem sporów, osobą pilnującą przestrzegania zasad konstytucji, osobą łączącą, a nie dzielącą obywateli.

To, że prezydent będzie wywodził się z innej partii niż partia rządząca, nie jest żadnym zagrożeniem dla funkcjonowania parlamentu, rządu. Jest normalną rzeczą w polityce, dobrą z punktu widzenia praw ludzi, a także funkcjonowania państwa. Zresztą taka ewentualność koabitacji tkwi już w samym zróżnicowaniu przez konstytucję długości kadencji prezydenta i kadencji parlamentu. Prezydent wybierany jest bowiem na pięć lat, parlament zaś na cztery. W trakcie kadencji prezydenta może zatem dojść do zmiany układu sił politycznych w parlamencie. Nieodległa historia potwierdza to pozytywnymi przykładami współdziałania prezydenta wywodzącego się z innej formacji politycznej niż rządzący. Tak było w kadencji parlamentarnej 1997–2001, kiedy rządziła koalicja AWS–UW, a prezydentem był Aleksander Kwaśniewski. Jego prezydentura wymagająca współpracy z rządem utworzonym przez inną opcję polityczną została wysoko oceniona w wyborach prezydenckich 2000 r., kiedy został wybrany na kolejną kadencję już w pierwszej turze, uzyskując ponad 54 proc. głosów. Także kadencja parlamentarna 2007–2011 przyniosła, do czasu tragicznej śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego, dobre efekty koabitacji. Ten czas to czas harmonijnego rozwoju Polski, któremu nie przeszkodził nawet ogólnoświatowy kryzys rozpoczęty w 2008 r.

Chodzi o wzajemne poszanowanie

Koabitacja wymaga oczywiście cierpliwości obu stron, tj. prezydenta i większości parlamentarnej, wzajemnego poszanowania. Nie pozwala władzy na arogancję, na przykładowe trzy czytania projektu ustawy w ciągu jednego dnia, na niezgodne z regulaminem Sejmu procedowanie ustaw, nocne obrady i tzw. wrzutki do tekstów ustaw w ostatniej chwili. Innymi słowy, koabitacja jest elementem gwarancyjnym demokracji. Nie jest ona łatwa, ale przecież demokracja w ogóle nie jest łatwa. Wymaga uzgodnień, przestrzegania zasad legislacji, szanowania mniejszości parlamentarnej, bo ona też reprezentuje wyborców. Jedynie rządy autorytarne są proste. Z nikim niczego nie trzeba ustalać. Słowo wodza jest drogowskazem.

Trudów koabitacji doświadczył prezydent Lech Kaczyński, kiedy zarysował się spór kompetencyjny pomiędzy nim a premierem Donaldem Tuskiem, dotyczący reprezentowania Polski w organach Unii Europejskiej, w szczególności w Radzie Europejskiej. Wtedy to Trybunał Konstytucyjny w postanowieniu z 20 maja 2009 r. wyraził pogląd, że „Prezydent RP ma prawo wziąć udział w posiedzeniu Rady Europejskiej, jednakże ustalenie merytorycznego stanowiska i przedstawienie go na forum Rady należy (…) do Prezesa Rady Ministrów”. Taka współpraca owocowała jednak rosnącą pozycją Polski w UE. Polski głos, czy to wyrażany przez Lecha Kaczyńskiego czy Donalda Tuska, liczył się w Europie. Dziś nie liczy się nawet na obrzeżach Europy. Nie zmieni tego ani ostatnia wizyta Wiktora Orbána w Polsce, który sprowadził Węgry do pozycji marginalnej w Europie, a Polska zmierza w tym samym kierunku, zapewne w myśl porzekadła „Polak Węgier dwa bratanki…” (choć kiedy powstawało w XVIII w. po upadku konfederacji barskiej znaczyło coś innego, bo prawdziwe braterstwo w walce przeciwko Rosji), ani wizyta prezydenta Dudy u prezydenta Trumpa. Ten ostatni szanuje swoich rozmówców wtedy, kiedy mają własną silną pozycję. A Polska silna może być w obecnym świecie tylko wtedy, kiedy będzie silna w Europie.

500+ i wiek emerytalny

A co w polityce wewnętrznej? Podobno tylko obecny prezydent gwarantuje, że nie będzie zlikwidowany program 500+. Tak mówią w kampanii jego zwolennicy. Ale kto miałby ten program zlikwidować? Kto miałby podnieść wiek emerytalny, czym straszy się także w kampanii wyborczej. Zgodnie z konstytucją prezydent ma wprawdzie inicjatywę ustawodawczą, aby jednak ją skutecznie wykorzystać, musiałby uzyskać poparcie większości parlamentarnej, a ta należy przecież obecnie do partii rządzącej. Jeśli zatem ktoś miałby zlikwidować 500+ lub podnieść wiek emerytalny, to tylko rząd. Tak samo tylko rząd i większość parlamentarna mogą przeprowadzić podniesienie podatków. O podniesieniu podatków obecnie głośno się nie mówi, bo to temat bardzo niewygodny w kampanii, ale można przypuszczać, że po wyborach pojawi się z uwagi na stan budżetu państwa. Co zrobi wtedy prezydent tak silnie związany z wolą partii? Czy można liczyć na weto? Prezydent zawetował jedynie pięć ustaw obecnej większości sejmowej, w tym dwie ustawy tzw. sądowe (o KRS i o SN), które potem sam przedłożył w Sejmie. Ustawy te są obarczone zresztą bardzo poważnymi wadami, które spowodowały ich negatywną ocenę przez Trybunał Sprawiedliwości UE.

Na postawione pytania zwolennicy Szymona Hołowni i Krzysztofa Bosaka i innych kandydatów z pierwszej tury wyborów będą musieli odpowiedzieć sobie przy urnie wyborczej, bo zakładam, że nie odpuszczą i pójdą głosować. Dali bowiem wyraz swojej obywatelskości, idąc gremialnie do wyborów w pierwszej turze.

Autor jest adwokatem i prezesem Naczelnej Rady Adwokackiej

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA