fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Marek Migalski: Czy opozycja oswoi prezydenta

Msza w Katedrze Polowej w 76. rocznicę Powstania Warszawskiego
Reporter, Zbyszek Kaczmarek
Można tak kształtować debatę polityczną i medialną, by wyostrzała różnice wewnątrz Zjednoczonej Prawicy.

Fatalne w społecznym odbiorze głosowanie posłów KO/PO, PSL i Lewicy w sprawie przyznania sobie oraz rządowi – przy okazji – znaczących podwyżek jest być może najbardziej widocznym dowodem na całkowite pogubienie się opozycji w obecnej sytuacji politycznej. Sparaliżowani słabymi wynikami swych kandydatów w wyborach prezydenckich politycy PSL i SLD są tak samo bezradni wobec obozu władzy, jak upojeni „prawie zwycięstwem" Rafała Trzaskowskiego działacze Platformy Obywatelskiej. W poczynaniach opozycji widać zupełną bezradność i brak jakiegokolwiek pomysłu na to, jak zachowywać się przez następne trzy lata. A strategia anty-PiS-u wydaje się być dosyć oczywista.

Po pierwsze, należy uznać, że Andrzej Duda nie jest już wrogiem, lecz partnerem do gry przeciwko PiS i Jarosławowi Kaczyńskiemu. Obecny prezydent był konkurentem anty-PiS-u dwa razy – w 2015 i w 2020 roku. W obu przypadkach wyszedł z tego starcia zwycięsko, pokonując kandydatów PO podobną liczbą około pół miliona głosów. Koniec, kropka. Za pięć lat nie on będzie przeciwnikiem obecnej opozycji, dlatego konieczna jest zmiana w relacjach z nim. Oczywiście, należało dopieścić swoich najbardziej zagorzałych zwolenników poprzez składanie protestów wyborczych, nieobecność na zaprzysiężeniu i podobne polityczne gesty, ale to już przeszłość. Przez następne pięć lat Duda nie będzie już wrogiem opozycji, a może zacząć być jej funkcjonalnym partnerem. Dąsy czy kompulsywne objawy niechęci i pogardy politycy anty-PiS-u powinni pozostawić swoim wyborcom, a sami muszą podjąć grę z prezydentem.

Aspiracje prezydenta

Duda w chwili ukończenia drugiej kadencji będzie miał 53 lata. To niewiele jak dla polityka. Pewnie myśli o jakiejś karierze międzynarodowej, ciepłej zagranicznej synekurze, która będzie mu dostarczać tego, czego pożąda najbardziej – zaspokojenia jego potrzeby akceptacji i podziwu. Może to dostać tylko pod warunkiem, że będzie kimś więcej, niż był do tej pory, czyli powolnym narzędziem w rękach starzejącego się autokraty. Dobrze o tym wie i opozycja powinna zacząć tym grać. Za gesty i czyny sprzyjające wolności w Polsce, ograniczające wszechwładzę prezesa PiS, utrzymujące nas w gronie społeczeństw zachodnich, Duda powinien być przez polityków anty-PiS-u nagradzany i komplementowany, a wcześniej do tego typu zachowań zachęcany. To człowiek połamany psychicznie, uzależniony od opinii innych, pełen kompleksów. Na razie grał na tym Kaczyński. Nic nie stoi na przeszkodzie, by obecnie wykorzystywała te wady jego charakteru opozycja.

W każdym człowieku, także w obecnym prezydencie, zakorzeniona jest potrzeba pozytywnego autoportretu. Po prostu – lubimy o sobie myśleć dobrze. Tym właśnie powinni posługiwać się politycy anty-PiS-u. Delegitymizacja Dudy, akty wrogości wobec niego ze strony ważnych postaci opozycji, otwarta wrogość przejawiająca się w ich postawach i słowach, jedynie wpędzają obecnego lokatora Belwederu w ramiona Kaczyńskiego i spajają go z obozem władzy. To samobójcza taktyka – szkodliwa zarówno dla kraju, jak i dla opozycji. Zadaniem tej ostatniej powinno być coś dokładnie odwrotnego – systematyczna gra na usamodzielnianie się prezydenta.

Czy to łatwe zadanie? Nie, co udowodniło pierwsze pięć lat sprawowania przez niego urzędu. Ale w odróżnieniu od poprzedniej kadencji, teraz zniknęło jedno z pęt wiążących Dudę z Kaczyńskim – groźba niewystawienia go przez PiS do walki o prezydenturę. Dziś ma on to, o czym marzył – drugą kadencję. A w tej będzie chciał się zapisać jako ktoś więcej niż „długopis", jak pogardliwie określano go w czasie ostatniej kadencji. Tu więc otwiera się pole do popisu dla opozycji. Ale żeby tak się stało, musiałaby ona uświadomić sobie, że wybory są za nami i że Duda może być jej partnerem w dziele zachowania rudymentów demokracji, praworządności i wolności w naszym kraju, o prawach i swobodach samej opozycji nie wspominając. Warto bowiem sobie uświadomić – w obecnym systemie politycznym tylko prezydent jest w stanie realnie (sic!) ograniczać omnipotencję Kaczyńskiego. Zadaniem anty-PiS-u jest sprawienie, by miał na to ochotę, oraz dostarczenie mu powodów ku temu.

Po drugie, opozycja musi zacząć poważną grę na rozbicie Zjednoczonej Prawicy. To nie jest proste, ale jest możliwe. Należy zatem zachęcać ziobrystów do coraz ostrzejszej retoryki i działań, a Gowina i jego ludzi do coraz większej samodzielności. Możliwości anty-PiS-u są w tej materii ograniczone, ale nie zerowe. Można tak kształtować agendę polityczną i medialną, by stwarzała ona napięcia w obozie władzy, by doprowadzała do konfliktów między PiS, Porozumieniem a Solidarną Polską, by uwypuklała istniejące między tymi partiami różnice ideologiczne oraz konflikty interesów.

Choćby z nudów

Rząd nie jest monolitem – można zidentyfikować obecne w nim pęknięcia i grać na ich pogłębianie. Jako się rzekło – nie jest to zadanie łatwe, ale politycy opozycji i tak nie mają nic innego do roboty w ciągu następnych trzech lat, więc choćby z nudów mogą się zająć tym pożytecznym dla nich dziełem (nowe relacje z prezydentem mogłyby być bardzo w tym pomocne).

Po trzecie, gdyby te działania przyniosły skutek i rząd znalazłby się w formule gabinetu mniejszościowego, w interesie opozycji, ale także państwa, byłoby wepchnięcie do niego PSL. Ludowcy są w ciężkiej sytuacji – wynik ich lidera mógł być uznany za niesatysfakcjonujący (nie tyle wobec poprzednich wyników kandydatów PSL w elekcjach prezydenckich, ile w obliczu oczekiwań – zwłaszcza sprzed 10 maja), frustracja w dołach partyjnych narasta (szczególnie wobec perspektywy pozostawania przez kolejne lata poza ławami rządowymi), oczekiwane są dalsze ataki PiS na PSL i rugowanie ich z różnych szczebli samorządu terytorialnego. Jednym słowem – zarówno prezes ludowców, jak i działacze Stronnictwa, mogą mieć wiele powodów, by zmienić swój status z pałętających się bez sensu po Sejmie posłów opozycji w członków koalicji rządowej.

Podobnie jak w przypadku „oswajania Dudy" i tu mielibyśmy do czynienia z działaniami, które byłyby dobre zarówno dla anty-PiS-u, jak i dla kraju. Opozycja zyskiwałaby pewność, że ludowcy zadbają o to, by wszelkie bezprawne i niedemokratyczne działania wobec niej były przez PSL hamowane, a jednocześnie koalicja PiS z ludowcami dawałaby gwarancje zatrzymania co większych szaleństw gospodarczych, geopolitycznych i ekonomicznych, które przy obecnym układzie w rządzie mogą zdarzyć się każdego dnia. „Chłopy" są na tyle cwane, że potrafiliby zadbać zarówno siebie (oraz swoje bezpieczeństwo), jak i o państwo i jego instytucje. Wszyscy bylibyśmy bezpieczniejsi, gdyby zamiast ziobrystów w gabinecie Mateusza Morawieckiego byli ludowcy. To pozwalałoby mieć nadzieję, że PSL-owcy, walcząc o swoje interesy, potrafiliby także powalczyć o interesy całego kraju.

I wreszcie po czwarte, opozycja musi się zdecydować, w jakim kształcie organizacyjnym i programowym chce zaprezentować się wyborcom podczas najbliższych elekcji. Nie jest to zadanie bardzo pilne, bo po pierwsze, najwcześniejszy test będzie dopiero za ponad trzy lata, a po drugie, bo nie wiadomo, jaką ordynację wypichci nam Kaczyński ze swym „odkryciem towarzyskim", czyli prezes Trybunału Konstytucyjnego. Ale ważne, by już dziś liderzy opozycji uświadomili sobie, że idealnym rozwiązaniem dla PiS jest to, by anty-PiS-u nadać twarz Margot, bo gwarantuje to wieczne rządy starca z Nowogrodzkiej. Przywódcy KO/PO muszą pochylić się nad przyczynami swoich kolejnych klęsk, zbadać prawdziwe powody sukcesów wyborczych obozu władzy, zastanowić się nad tym, jak ułożyć swoje stosunki z Szymonem Hołownią, jak zachować przy sobie młodzież i mieszkańców dużych miast, a poszerzyć swoją popularność w innych grupach społecznych.

Wskazanie na potrzebę redefinicji relacji opozycji z prezydentem, konieczność gry na konflikty wewnątrz obozu władzy oraz będące ewentualną tego konsekwencją wejście PSL do rządu wydawać się może political fiction oraz zadaniem nie do wykonania. Rzeczywiście, jest to plan bardzo trudny do zrealizowania – politycznie i mentalnie. Ale chyba lepsze to niż obecny stan, gdy – sądząc po wzmiankowanym na wstępie fatalnym głosowaniu nad podwyżkami dla rządu i parlamentarzystów – pomysłem opozycji na siebie jest uzbrojenie się w budżetową kasę i bierne czekanie na to, że coś (może kryzys, może koronawirus) pokona PiS. Jeśli naprawdę to jest myślą strategiczną liderów anty-PiS-u, to znaczy, że mamy poważniejszy problem, niż się nam wcześniej wydawało.

Autor jest politologiem, profesorem na Uniwersytecie Śląskim

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA