fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Unia Europejska: Polska nie była skazana na klęskę

Porażka w głosowaniu nad przedłużeniem kadencji Donalda Tuska na stanowisku szefa Rady Europejskiej pokazała ograniczoną zdolność koalicyjną naszego kraju. Na zdjęciu: polski polityk z szefem Komisji Europejskiej Jean-Claudem Junckerem.
AFP
Spór o Trybunał Konstytucyjny i uchodźców niepotrzebnie wyczerpał nasze siły. W Brukseli mamy ważniejsze interesy

Polska przegrywa w Brukseli, bo poświęca wszystkie siły na osiągnięcie symbolicznych celów. A wtedy nie jest już w stanie zadbać o swoje realne potrzeby.

Na kilka dni przed wyborami parlamentarnymi we Francji Komisja Europejska przyjęła bardzo niekorzystny dla naszego kraju projekt zmiany dyrektywy o pracownikach delegowanych, który może poważnie zaszkodzić polskim firmom transportowym i budowlanym. To był prezent dla Emmanuela Macrona od Angeli Merkel za zwycięstwo nad Marine Le Pen i uratowanie Unii. Jego ukoronowaniem będzie zapewne zatwierdzenie wspomnianych zmian przez Radę UE już w niedługim czasie.

Wolta Niemiec

Do tej pory Niemcy twardo bronili pełnoprawnego miejsca Polski i innych krajów Europy Środkowej w Unii Europejskiej przed protekcjonistycznymi naciskami Paryża. Teraz zmienili zdanie – i to nie tylko ze strachu przed narastają falą populizmu u zachodniego sąsiada. W Berlinie uznano, że Warszawa i tak już bardzo korzysta na stanowisku Niemiec w sporze o Trybunał Konstytucyjny i rozlokowanie uchodźców.

I rzeczywiście, Komisja Europejska od wielu miesięcy wstrzymuje się z wnioskiem do Rady UE o ukaranie naszego kraju za łamanie zasad państwa prawa. Komisarz ds. finansowych Pierre Moscovici przyznał „Rzeczpospolitej", że Bruksela gra w tej sprawie na czas, bo wyciągnęła wnioski z próby izolacji Austrii przez okres 17 lat, co ostatecznie wzmocniło skrajną prawicę w tym kraju, a nie ją osłabiło.

W równie ślimaczym tempie trwa proces ukarania Polski, Węgier i Austrii za odmowę choćby symbolicznego wypełnienia zobowiązań sprzed dwóch lat o udziale w rozprowadzeniu uchodźców, którzy dotarli do Grecji i Włoch. Komisja Europejska nie wystąpiła jeszcze w tej sprawie do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości (ETS), a jeśli to zrobi, wyrok nie zapadnie przed upływem dwóch–trzech lat, a więc już po wyborach w naszym kraju i ukonstytuowaniu się nowego rządu.

Tyle że są to pyrrusowe zwycięstwa: kapitał polityczny wydany na ten cel jest nieproporcjonalnie duży do osiągniętych efektów. W sprawie Trybunału Niemcy od półtora roku sygnalizowali możliwość osiągnięcia kompromisu, który z jednej strony pozwoliłby na utrzymanie w tej instytucji znaczących wpływów PiS, ale z drugiej umożliwił Komisji Europejskiej wyjście z twarzą z tego sporu. I choć ze względów taktycznych polska opozycja nie była skłonna poprzeć takiego rozwiązania, to wyborcy z pewnością by je docenili. Jak pokazują badania Eurobarometru, wciąż niewiele jest społeczeństw w Unii, które zachowują taki entuzjazm do integracji.

Sprawa uchodźców

Jeszcze łatwiej było o kompromis w sprawie uchodźców. W skali Unii (w projekcie nie uczestniczy Wielka Brytania i Irlandia) do tej pory przyjęto ledwie 1/5 z przecież i tak niewielkiej (jak na skalę fali migracyjnej) liczby 160 tys. osób z prawem do azylu. Wiele krajów zgodziło się na wjazd wręcz symbolicznej ich liczby, ale to wystarczy, aby nie być na celowniku Komisji Europejskiej, uniknąć odium kraju, które łamie zasadę europejskiej solidarności, może nawet kieruje się rasizmem.

Polskie władze popełniły ten błąd z dwóch powodów. Po pierwsze, wylansowaną jeszcze w kampanii wyborczej i na fali euforii po zwycięstwie politykę trudno odwrócić, skoro tak długo się przekonywało wyborców, że przyjęcie nawet niewielkiej liczby uchodźców zagraża bezpieczeństwu kraju, a kompromis w sprawie Trybunału – jego suwerenności.

Po drugie, polskie władze traktują sprawę symbolicznie. Uważają, że ustępstwo będzie precedensem, który wskaże, „kto tu rządzi". Ale to niezrozumienie charakteru Unii, która jest organizacją o płynnej, stale zmieniającej się strukturze w funkcji układu sił w Radzie UE. Tyle że kraj, który jest izolowany, ma niewielkie możliwości zmiany tego układu.

W Unii „porozumienia" mają też charakter globalny: jeśli jakiś kraj osiągnął coś, co uważa za ważne w jednej dziedzinie, musi zapłacić ustępstwami w innej. Francuzi za utrzymanie potężnej wspólnej polityki rolnej zgadzali się na ulgę w składce, jaką Brytyjczycy płacili do unijnego budżetu, Hiszpanie za fundusze strukturalne poparli traktat z Maastricht, Austriacy za siedmioletni okres przejściowy w dostępie do swojego rynku pracy zgodzili się na poszerzenie Unii na Wschód.

W przypadku Polski ten mechanizm też już działa, tylko rachunek jest nie tylko nieproporcjonalnie wysoki, ale w dodatku wciąż narasta. W Radzie UE w decydującą fazę wejdzie przecież debata nad nową, wspólną polityką azylową. Polska nie zbierze w niej wystarczającej liczby głosów, aby zablokować przyjęcie kwalifikowaną większością niekorzystnych dla siebie rozwiązań. Za kilka miesięcy rozpocznie się też debata nad budżetem Unii po 2020 r., w której naszemu krajowi trudno będzie uniknąć kosztów wycofania się z UE kluczowego płatnika netto, jakim jest Wielka Brytania i wprowadzenia nowych celów finansowanych przez Brukselę. Potok funduszy strukturalnych może więc zostać radykalnie ograniczony. Z kolei jeśli Macron zdoła przeprowadzić jesienią kluczową reformę liberalizującą rynku pracy, Niemcy mogą go znów wynagrodzić.

Spór o euro

Polska wcale nie była skazana na przegranie tych wszystkich batalii. Pod koniec czerwca do Warszawy przyjedzie na konsultacje międzyrządowe premier Mariano Rajoy. Hiszpanom, którzy przeszli pod naciskiem Niemiec bardzo kosztowne reformy rynkowe, wcale nie uśmiecha się ograniczenie jednolitego rynku, bo dziś mają bardzo konkurencyjną gospodarkę. Moglibyśmy więc z nimi zbudować w Radzie Unii Europejskiej skuteczną koalicję, podobnie jak z Portugalią, Grecją, krajami Europy Środkowej, państwami bałtyckimi. Tylko że spektakularna porażka w sprawie przedłużenia kadencji Donalda Tuska na stanowisku szefa Rady UE pokazuje, jak ograniczona jest dziś zdolność koalicyjna naszego kraju, z powodu złej opinii mało kto chce z Warszawą wchodzić w jakieś układu.

Niestety, logika walki o symbole zaczyna dominować w polskim obozie negocjacyjnym w kolejnym, tym razem zupełnie fundamentalnym, obszarze negocjacji: euro. Coraz więcej wskazuje na to, że właśnie to unia walutowa przekształci się w tą „prawdziwą" zjednoczoną Europę, z własnym budżetem, parlamentem, ministrem finansów. Kiedy zagrożony jest jednolity rynek, Schengen, wolność świadczenia usług, nie ma ważniejszego symbolu integracji niż wspólny pieniądz.

To prawda: przystąpienie do strefy euro wymaga wielkiej rozwagi. Niektóre kraje, jak Grecja, Hiszpania czy Portugalia, nie wyszły na tym dobrze, bo były źle przygotowane, ich gospodarka na tamtym etapie nie była wystarczająco konkurencyjna.

Jednak inne, jak Niemcy, Austria, a ostatnio nawet Słowacja, radzą sobie w Eurolandzie znakomicie. Ale w przeciwieństwie do Czech czy Węgier rząd tego Polakom nie tłumaczy, nie rysuje perspektywy przystąpienia do unii walutowej, nie prowadzi w tej sprawie przygotowań. Znów euro jest przedstawiane jako symbol utraty suwerenności, podporządkowania Niemcom, dopłaty do biedniejszych krajów południa Europy, niestabilności gospodarczej.

Zmiana takiego nastawienia społeczeństwa może zająć lata, zbyt długo, aby nasz kraj nie znalazł się znów na marginesie zachodniej Europy.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA