fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Prezesie Kaczyński, nie zmieniaj premiera

Premier Beata Szydło
PAP, Rafał Guz
Dymisja Beaty Szydło nie tylko zaszkodziłaby PiS, byłaby również prezentem dla opozycji

Beata Szydło nie istniałaby politycznie, gdyby nie Jarosław Kaczyński. Ale Jarosław Kaczyński nie byłby dzisiaj najważniejszym w Polsce politykiem, gdyby Szydło, jako szefowa kampanii, nie pomogła wygrać wyborów prezydenckich Andrzejowi Dudzie i nie była twarzą wygranej elekcji parlamentarnej.

To ona, kierując umiarkowaną kampanią, zdecydowała o przyciągnięciu do PiS elektoratu centrowego, który dał partii większość w parlamencie. Jarosław Kaczyński i Antoni Macierewicz przyciągają tylko twardych zwolenników. To Szydło mówiła o Jarosławie Gowinie jako szefie MON, a później musiała się z tego wycofywać, ponieważ Kaczyński zmienił zdanie.

Politycy opozycji przekonywali, że prezes schował się za plecami kobiety i nie ponosi żadnych konsekwencji, zarazem o wszystkim decydując. Dodawali, że Szydło spotka podobny los jak Kazimierza Marcinkiewicza – po kilku miesiącach szefowania rządowi pójdzie w odstawkę.

Marnowanie najsilniejszej karty

Kąsanie przez opozycję nie robiłoby na nikim w obozie władzy większego wrażenia, gdyby Kaczyński w wywiadach nie narzekał na tempo prac rządu i nie nazywał gabinetu Szydło eksperymentem. Prezes zachowuje się jak typowy samiec alfa. Musi pokazać, kto rządzi, i upokorzyć tych, którym może się wydawać, że mają władzę. Szydło nie może być pewna dnia ani godziny, mimo że ogłaszała publicznie, iż umówiła się z prezesem na pełną kadencję.

Dzisiaj Beata Szydło mogłaby postawić Kaczyńskiego w niezręcznej sytuacji, mówiąc, że jeśli uważa się za osobę najbardziej decyzyjną, to sam powinien wziąć odpowiedzialność za rządzenie i zostać prezesem Rady Ministrów. Kaczyński tego nie zrobi, bo – mimo sympatii swojego elektoratu – plasuje się nisko w rankingach zaufania do polityków. Ponadto ciągła obecność na pierwszej linii frontu, podróże, podpisywanie dokumentów, to nie jest coś, co lubi najbardziej.

Kaczyński nie nadaje się na twarz dobrej zmiany. Ani nie jest zmianą, ani wielu Polakom nie kojarzy się dobrze. Wymiana Szydło na prof. Piotra Glińskiego, który nie cieszy się powszechną sympatią, również nie byłaby najlepszym rozwiązaniem. Spełnienie snu Kornela Morawieckiego i zrobienie z jego syna premiera byłoby zaś taktycznym błędem.

Mateusz Morawiecki będzie potrzebny Kaczyńskiemu później. Kolejne wybory parlamentarne też ktoś będzie musiał mu wygrać, gdy prezes w kampanii znowu się schowa. Morawiecki jako młody, inteligentny, ideowy, znający języki, biznes i świat, jest szansą na drugą kadencję PiS u władzy. To on może przyciągnąć centrowy elektorat. Uczynienie Morawieckiego premierem teraz to marnowanie silnej, może nawet najsilniejszej karty, jaką Kaczyński ma w talii.

Niepotrzebny dowód na mściwość

Jeśli Kaczyński nie planuje przyspieszonych wyborów, nie może zmienić premiera ani teraz, ani w wakacje, ani w grudniu. Zmiana Szydło zemściłaby się na nim politycznie i zwyczajnie po ludzku. PiS niewiele zyskałby politycznie, tym bardziej że Szydło jeszcze się nie zużyła i nie popełniała jako premier wielkich błędów, a Kaczyński do reszty straciłby sympatię społeczną. Polacy, mimo że lubią rządy twardej ręki (chociaż nie te prowadzone z tylnego siedzenia), są też czuli na ludzką krzywdę. A dymisja szefowej rządu byłaby po prostu kolejnym dowodem na mściwość Kaczyńskiego.

Nawet jeśli Szydło nie „odwdzięczyłaby się" później – na przykład jak Marcinkiewicz, – krytykując byłego pryncypała, to obóz rządzący tylko straciłby na jej dymisji. Zyskałaby opozycja, ogłaszając po raz kolejny: a nie mówiliśmy?

Nie czas zatem na zmiany, nawet jeśli czas na polityczne przyspieszenie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA