fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Bogusław Chrabota: Zgubne skutki głaskania prezesa

Daniel Obajtek
Bogusław Chrabota: Daniel Obajtek porachuje sobie wrogów i przyjaciół. Może rozpozna zamachowca
Fotorzepa/ Piotr Guzik
Daniel Obajtek został mocno trafiony, na razie milczy, ale już wkrótce zacznie budować strategię przetrwania

Daniel Obajtek, do niedawna beniaminek władzy – ma kłopot. Poważny kłopot wizerunkowy. Nie tylko zresztą on, ale cała macierzysta formacja prezesa. Bo – choć to już od dawna nieprawda – fundamenty PiS budowano na wizerunku formacji ideowej, walczącej z korupcją, nepotyzmem, układami. „Republika kolesiów" – to był obraz poprzedników. Zarówno kadr związanych z PO, jak i – przede wszystkim z jej koalicjantem – Polskim Stronnictwem Ludowym, które miało obyczaj obsadzać urzędy członkami rodzin działaczy, aż do czwartego pokolenia. PiS zapowiedziało wojnę z taką Polską i mimo iż po stokroć tej zapowiedzi się sprzeniewierzyło, do dziś wyborcy partii prezesa Kaczyńskiego w jakiś magiczny sposób wierzą w tamte hasła. I właśnie do rozmontowywania tej wiary przyczynia się przypadek jednego z ulubieńców prezesa.

Beniaminek

Ostatnie publikacje GW spowodowały, że niezwykła aureola, którą hodowano wokół głowy prezesa Orlenu, prysła nagle jak mydlana bańka. Okazuje się oto, że Obajtek to nie całkiem super menedżer, spec od rzeczy niemożliwych (Daniel „wszystko może"), ale człowiek, nad którym wisi cień jakichś spraw karnych sprzed lat. Załatwia pracę krewnym i znajomym nie gorzej niż przed laty działacze PSL. Na dodatek nadużywa wulgaryzmów i – co najgorsze – toczy brzydkie potyczki ze swoją najbliższą rodziną. Słyszę już argumenty jego obrońców; rodziny się nie wybiera, za przeklinanie trzeba winić dr. Tourrette'a, albo lokalne (pcimskie) obyczaje, a w sprawy karne usiłowano go wrobić.

Dowiedz się więcej: Poseł Porozumienia: Domagamy się wyjaśnień ws. Daniela Obajtka

Wszystko możliwe, tyle że nie pracują tu kolejne naciągane ekskuzy, ale koniunkcja kilku nieprzyjemnych spraw, które powodują, że młodzieńczy czar Daniela Obajtka został poważnie nadgryziony przez wypuszczonego przez przyjaciół, lub wrogów, rekina. Dlaczego go wypuszczono?

I kto go wypuścił?

Sprawy są dość tajemnicze, ale pospekulować można. Najpierw dlaczego. Tu pierwsza i najważniejsza hipoteza broni się sama. Zbyt wysoko wyskoczył w rankingach władzy, by mu to wybaczono. W partiach wodzowskich (a taką partią jest PiS) zasada jest taka, że na czubku tortu jak wisienka słodko błyszczy lider, a wszyscy poniżej mają pozostać... poniżej. Zasada jest tak silna, że nawet wbrew woli lidera pojawią się towarzysze, którzy wędrującego w górę człowieka nizin spychają w dół. W partii wodzowskiej hierarchia jest rzeczą świętą i kształtuje się przez dekady. Jest wódz – „wisienka", jego krąg najbliższy – grupa sprawdzonych towarzyszy, krąg trzeci, towarzystwo mniej sprawdzonych, ale jednak długoletnich akolitów, krąg czwarty, piąty itp. itd. Nagły awans, nawet jeśli chce go lider, nie jest łatwy, a przy tym śmiertelnie niebezpieczny. Trwoży się najpierw – że straci wpływy – krąg pierwszy. Burzy się drugi. Wkurza trzeci. Bulwersuje czwarty. „To po to łykamy to »g« przez tyle lat, by nagle pojawił się jak królik z kapelusza nowy ulubieniec?" – pytają po kątach doświadczeni działacze.

Atakujemy

Więc dawaj go, nagraniem, donosem, pomówieniem, strzałem w tył głowy, czym tylko się da. Hierarchia dziobania jest święta. Kto tego nie rozumie, dostaje bęcki. To przypadek Daniela Obajtka. Jak go wykończono? Najpierw dopieszczono. Rozdmuchano sławę. Zasługi. Rozświetlono aureolę wokół jego głowy. A potem wskazano ścieżkę. Wrobiono w premierostwo „in spe". Biedny Daniel Obajtek ani tego nie pragnął, ani się do tego nie nadaje. Ale sprawę jego następstwa po M. Morawieckim zaczęto – nieco sztucznie – nakręcać. Celowali w tym przeciwnicy i dworzanie. Ci pierwsi – złośliwie. Ci drudzy – z czystego pochlebstwa. Michał Karnowski z „Sieci" przez 20 minut dukał na Forum w Karpaczu, po przyznaniu prezesowi Orlenu tytułu człowieka roku, szczegółową biografię Daniela Obajtka, przy której Wikipedia to wybitne osiągniecie literackiego stylu. Gremialnie przyznawano mu tytuły człowieka roku, wolności etc. Zwykle z niskich pobudek i troski o budżety z Orlenu. Balon nadęto do takich rozmiarów, że Obajtek faktycznie zaczął wchodzić do rankingów kandydatów na premiera. A czy ktoś o tym myślał poważnie, czy nie, to już inna i kompletnie poboczna sprawa.

No i dochodzimy do kwestii kluczowej. Ktoś balon musiał w końcu przekłuć. Zapalić zielone światło. Kto? Zagrożony na poważnie premier lub ktoś z jego otoczenia? Przeciwnicy biznesowego gigantyzmu Obajtka? Łączenia Orlenu z Lotosem i wszystkiego z wszystkim? Niezadowoleni z przejęcia przez prezesa Orlenu tysięcy synekur, czyli Polska Press? A może jakaś zatroskana o partię posępna twarz z pierwszego czy drugiego kręgu? Nie wiadomo. Nagrania przecież musiały zostać dziennikarzom udostępnione. Przejąć materiał, którym dysponuje prokuratura, nie jest łatwo. Cios był precyzyjny. Prezes Orlenu został brutalnie trafiony i to tak, że przez jakiś czas trudno mu będzie z sympatią spojrzeć w lustro. Na razie milczy, ale za chwilę zacznie budować jakąś mniej lub bardziej zgrabną strategię przetrwania. I bez wątpienia policzy sobie na palcach obu dłoni wrogów i przyjaciół. Może nawet dojdzie po nitce do kłębka i pozna zamachowca. Albo, co bardziej prawdopodobne, nigdy tego się nie dowie i otoczy murem nieufności.

Afera i po aferze

Skutki? Słabe. Daniel Obajtek na pewno nie poda się do dymisji. Nie pozwoli na to Kaczyński. Gdyby pozwolił, przyznałby rację dziennikarzom „GW", a to niemożliwe. Prezes Orlenu zrozumie jednak, że pokazano mu miejsce w szeregu. Nie ma wyjścia, musi w nim stanąć i zapomnieć o radosnych podskokach, z gorzkim poczuciem, że chwile wielkości są rzadkie i trwają dość krótko. Będzie przy tym bardziej pokorny i zdyscyplinowany. I pojmie, jeśli o tym zapomniał, że karty rozdaje tylko jedna, najważniejsza w partii osoba, i tylko karność oraz pokora dadzą mu szansę przeżycia. A co do atmosfery w PiS? Będzie taka, jak była. Może kilku facetów obliże się z dziką satysfakcją, że wszystko toczy się starym torem. Nihil novi sub sole. Poza jednym. Przyszłość Obajtka ze słonecznej zmieniła się w pokrytą grubymi warstwami mgieł i chmur. Skończył się mit człowieka, co „wszystko może". Premierowanie, o ile kiedyś było na horyzoncie, schowa się za chmury. Temat zniknie, nawet w najlojalniejszych mediach. Nie może skoczyć wyżej kolan. Po prostu się nie da.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA