Rzecz o polityce

Szułdrzyński: Po co Beata Szydło jeździ po Polsce

Fotorzepa
Wicepremier szuka elektoratu.

Zaledwie miesiąc wystarczył od zmiany na fotelu premiera, by na współpracy między nowym szefem rządu Mateuszem Morawieckim a jego zastępczynią, a zarazem poprzedniczką, Beatą Szydło pojawiły się pierwsze rysy.

O co poszło? Szydło na spotkaniu z mieszkańcami Leszna w poniedziałek stwierdziła, że jeśli pozwoli na to sytuacja budżetowa, program 500+ powinien zostać rozszerzony również na pierwsze dziecko w rodzinie.

Już we wtorek rano odpowiedział jej Marek Suski, szef gabinetu politycznego premiera Morawieckiego, mówiąc, że prezes Rady Ministrów o tym pomyśle dowiedział się z mediów. – To indywidualny pomysł Beaty Szydło – dodał Suski.

I nie byłoby może w tej sytuacji nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, ze słowa Suskiego można potraktować również jako odniesienie się do innego faktu: wyraźnej aktywności Beaty Szydło wśród partyjnych struktur.

W internecie w kilka chwil można znaleźć zdjęcia z ostatnich wyjazdów pani wicepremier, podczas których odwiedziła nie tylko leżące niedaleko jej okręgu Chrzanów, Wilamowice, Olkusz, Katowice czy Bystrą, ale również Gorlice czy Leszno. Czy to spotkania z publicznością, czy spotkania świąteczno-noworoczne z działaczami partii lub samorządowcami – wszystkie pokazują byłą panią premier otoczoną tłumem rozemocjonowanych sympatyków.

W partii można spotkać trzy sposoby tłumaczenia działań Beaty Szydło. Jedno mówi o tym, że po utracie stanowiska premiera buduje ona swą pozycję i popularność wśród działaczy i wyborców Prawa i Sprawiedliwości. Biorąc pod uwagę szok, jakim dla wielu z nich była zmiana premiera, a potem dymisja tak sztandarowych w prawicowym elektoracie postaci jak Antoni Macierewicz, objeżdżając kraj, Szydło jest w stanie zbudować sobie całkiem pokaźny kapitał polityczny.

Tym bardziej – i to druga interpretacja – że stara się ona zbudować ten kapitał na przeciwstawieniu socjalnego oblicza rządu Szydło technokratycznemu podejściu gabinetu Morawieckiego. I chodzi nie tylko o to, że dla wielu przedstawicieli tzw. prawego sektora, czyli zwolenników radykalnego kursu, poprzedni rząd był rządem PiS, obecny zaś jest rządem Morawieckiego, a więc kogoś w partii relatywnie świeżego, który na ministrów powołał postaci spoza PiS (jak ministrów zdrowia czy finansów), ale też mających na sumieniu wypowiedzi krytyczne pod adresem partii i jej kierownictwa (jak podniesiony przez prawicowe portale tekst minister przedsiębiorczości Jadwigi Emilewicz z 2014 roku, w którym krytykowała smoleńską politykę Tuska i Kaczyńskiego).

W tej narracji Szydło staje się dobrą matką pisowskiego ludu skonfudowanego krokami, jakie w kierunku bardziej liberalnego centrum wykonał niepewny politycznie Mateusz Morawiecki.

Paradoksalnie, choć sama Szydło nie miała jako premier dobrych relacji z Macierewiczem, który formalnie był jej podwładnym, to jego odejście z rządu tylko wzmacnia ten przekaz do twardszego i zarazem bardziej socjalnego elektoratu.

Trzecia interpretacja – znacznie bardziej prozaiczna, mówi o tym, że Szydło buduje sobie rozpoznawalność przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, które odbędą się za półtora roku. Dobry wynik w tych wyborach dałby jej mandat do zajmowania w ramach PE jakiegoś ważnego stanowiska. Swego czasu mówiło się zaś w PiS o tym, że Szydło mogłaby być polskim kandydatem na komisarza w Komisji Europejskiej. Co ciekawe, żadna z tych interpretacji się nie wyklucza i każda z nich może być prawdziwa.

Szydło już w czasach swoich rządów udowodniła, że jeśli chodzi o budowanie swego wizerunku, jest osobą niezwykle wytrwałą. Fakt, iż odchodziła jako jeden z najbardziej popularnych polityków, jest sporym kapitałem, jaki niesie ona na przyszłość. Nic więc dziwnego, że doradca Andrzeja Dudy stwierdził ostatnio, że była premier odegra jeszcze ważną rolę w dobrej zmianie.

I tylko jedno nie jest jasne: czy kampania Beaty Szydło jest autoryzowana przez prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. I nad tym obecnie głowią się wszyscy, którzy w obozie władzy dostrzegli aktywność byłej pani premier. Bo to, że stanie się ona prędzej czy później kłopotem dla Mateusza Morawieckiego, jest chyba dla wszystkich oczywiste.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL