fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Wrześniowa zdrada Edwarda Śmigłego - Rydza

Edward Śmigły-Rydz – marszałek Polski, Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych w wojnie obronnej 1939 r.
Wikipedia
Edward Śmigły-Rydz to jedna z najtragiczniejszych postaci naszej historii. Wyniesiony przez falę dziejów do roli obrońcy ojczyzny stał się jej grabarzem. Dzieli Polaków i napawa nas wstydem.

Długo się zastanawiałem, czy napisać artykuł o Edwardzie Śmigłym-Rydzu. Z góry wiedziałem bowiem, że nie będę w stanie ukryć negatywnych emocji, jakie budzi we mnie ta postać. Wyrażając swoje i tylko swoje zdanie w tym artykule, mam nadzieję zachęcić Państwa do wielkiej dyskusji o odpowiedzialności Naczelnego Wodza, rządu i prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej za klęskę polskiej wojny obronnej we wrześniu 1939 r.

Parias na salonach

Pochodził z Brzeżan, sennego, prowincjonalnego miasteczka we wschodniej Galicji, położonego gdzieś na drodze z Lwowa do Kamieńca Podolskiego. Jego proweniencja była jedną z największych tajemnic salonowych II Rzeczypospolitej. Niektórzy mówili, że przodkowie Rydza byli zubożałą szlachtą kresową, inni, że był nieślubnym dzieckiem zarządczyni majątku ziemskiego w Łapszynie. On sam nigdy nie chciał na ten temat rozmawiać, podkreślając, że „wartość człowieka powinny określać jego czyny, a nie pochodzenie". Trudno się nie zgodzić z tą opinią, w szczególności że w jego przypadku jest ona szczególnie celna. Ciąży na nim bowiem zarzut najcięższego kalibru: tchórzostwa i dezercji.

Są takie postacie w historii świata, które przez całe swoje życie budują własny pomnik, żeby w ostatnich chwilach tej ziemskiej wędrówki jednym machnięciem ręki zamienić go w kupę gruzów. Takim człowiekiem, który przekreślił ciężko zapracowane zasługi swojego życia, był na przykład marszałek Francji Henri Philippe Pétain, który ogłosił się głową kolaborującego z Niemcami Państwa Francuskiego z siedzibą w Vichy. Marszałkowi Edwardowi Śmigłemu-Rydzowi nie można zarzucić czynu tego kalibru, ale opuszczenie walczącej armii polskiej 18 września 1939 r. i ucieczka do Rumunii wraz z całym rządem RP uchodzi w mojej opinii nie tylko za akt najwyższego tchórzostwa, ale także dezercji, a tym samym zdrady.

Edward Rydz urodził się 11 marca 1886 r. we wspomnianych Brzeżanach. W historiografii znany jest jako Edward Śmigły-Rydz, ale ja świadomie pomijam w niektórych fragmentach tego artykułu ten pseudonim, który w pewnym momencie stał się członem nazwiska przyszłego wodza naczelnego. Pseudonim „Śmigły" przyjął bowiem dopiero w 1910 r., w wieku 24 lat, kiedy został zastępcą komendanta Związku Strzeleckiego w Brzeżanach.

Ten pseudonim stał się później pewnego rodzaju fałszywą wizytówką jego osobowości. Tej „śmigłości" podejmowania mądrych decyzji zabrakło bowiem w 1939 r. Legendę wielkiego hetmana, który zdobył w 1919 r. Wilno, Nowogródek i Kijów, spotęgowała opinia wystawiona w 1920 r. przez samego naczelnika państwa Józefa Piłsudskiego: „Pod wieloma względami nie zawiódł mnie ani w jednym wypadku. Wszystkie zadania, które mu stawiałem jako dywizjonerowi czy dowódcy armii, wypełniał zawsze energicznie, śmiało, zyskując w pracy zaufanie swoich podwładnych, a rzucałem go zawsze podczas wojny na najtrudniejsze zadania. Pod względem mocy charakteru i woli stoi najwyżej pośród generałów polskich. Z podwładnymi jest równy, spokojny, pewny siebie i sprawiedliwy. Natomiast co do otoczenia własnego i sztabu – kapryśny i wygodny, szukający ludzi, z którymi by nie potrzebował walczyć lub mieć jakiekolwiek spory".

W 1920 r. słowa Józefa Piłsudskiego były bez wątpienia pochwałą pod adresem Edwarda Rydza, ale jeżeli porównamy je do postawy Naczelnego Wodza Polskich Sił Zbrojnych w 1939 r., to dreszcz grozy przebiega po skórze. Cóż to bowiem za dowódca, który ma skłonność do ugody, kiedy trzeba walczyć.

Malarz Naczelnym Wodzem

W najcięższej godzinie próby na czele armii polskiej stanął kompromisowiec, człowiek niezdecydowany, malarz, który ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie, a następnie Wydział Filozoficzny Uniwersytetu Jagiellońskiego. Cała jego wiedza wojskowa pochodziła z rocznego kursu w tzw. Wyższej Szkole Oficerskiej Związku Strzeleckiego w miejscowości Stróża koło Limanowej. Czy doświadczenie i wiedzę wojskową marszałka Rydza można było porównać do doświadczenia bojowego feldmarszałka Walthera von Brauchitscha, naczelnego dowódcy niemieckich wojsk lądowych w okresie 1938–1942? Że wspomnę jeszcze takich niemieckich dowódców jak: absolwent szkoły wojennej w Monachium gen. Franz Halder; absolwent Akademii Wojskowej w Berlinie gen. Fedor von Bock, który we wrześniu 1939 r. był dowódcą Grupy Armii „Nord" nacierającej na Polskę z Prus Wschodnich i Pomorza, czy jego kolega z tej samej uczelni – Karl Gerd von Rundstedt, który w czasie kampanii wrześniowej dowodził Grupą Armii „Południe".

Jeżeli przyjrzymy się niemieckiej kadrze oficerskiej, która poprowadziła kampanię wrześniową w Polsce, i uwzględnimy, że Polska była jedynym krajem w czasie II wojny światowej, na który III Rzesza rzuciła wszystkie swoje siły zbrojne w jednorazowym uderzeniu, to dopiero wtedy możemy zrozumieć, dlaczego przegraliśmy wojnę obronną.

W latach 30. XX w. polska kadra dowódcza została uformowana z klucza politycznego. Kompetencje, przygotowanie akademickie i doświadczenie bojowe miały drugorzędne znaczenie wobec priorytetowo traktowanej przez obóz sanacyjny lojalności wobec marszałka Piłsudskiego. Dlatego we wrześniu 1939 r. kluczowe funkcje w sztabie wodza naczelnego pełnili tacy ludzie, jak generał brygady Wacław Teofil Stachiewicz, absolwent Wydziału Filozoficznego Uniwersytetu Lwowskiego, który ukończył zaledwie szkołę podoficerską Związku Walki Czynnej i Związku Strzeleckiego. Ten człowiek automatycznie, z nadania politycznego, objął stanowisko szefa Sztabu Naczelnego Wodza po 1 września 1939 r. Szokujące jest, że 18 września 1939 r., kiedy Grupa Armii Poznań-Pomorze pod dowództwem wybitnego gen. Tadeusza Kutrzeby walczyła w wiekopomnej bitwie nad Bzurą, kiedy w tym czasie trwały ciężkie boje o Tomaszów Lubelski i rozpoczynała się bitwa o Grodno, to właśnie Stachiewicz z Rydzem, hańbiąc mundur polski, uciekli do Rumunii.

Wstyd ogarnia, kiedy pomyślimy, że Naczelny Wódz opuszczał kraj w chwili, gdy Hitler triumfalnie wjeżdżał do Gdańska, i w czasie, kiedy walczyły jeszcze armie „Lublin" i „Kraków". Jak można nazwać moralność tych ludzi, jeżeli uwzględnimy, że na przedpolach Lwowa bohatersko walczyły: 11., 24. i 38. Dywizja Piechoty pod dowództwem m.in. takich bohaterów jak płk Bolesław Błażej Schwarzenberg-Czerny, którego później Sowieci zamordują w lesie katyńskim?

Haniebny rozkaz

A dlaczego w ogóle doszło później do zbrodni katyńskiej? Jednym z powodów był fakt, że 17 września, kiedy Sowieci zaatakowali Polskę, Naczelny Wódz wydał przez radio najpodlejszy rozkaz podległym mu żołnierzom: „Sowiety wkroczyły. Nakazuję ogólne wycofanie na Rumunię i Węgry najkrótszymi drogami. Z bolszewikami nie walczyć, chyba w razie natarcia z ich strony lub próby rozbrojenia oddziałów. Zadania dla Warszawy i miast, które się miały bronić przed Niemcami, bez zmian". Do dzisiaj trwają spory między historykami, politykami i publicystami, czy rozkaz ten był słuszny. Być może w pierwszym rzędzie należy zadać pytanie, czy w ogóle był legalny, żeby nie użyć określenia: czy nie był aktem zdrady?

Artykuł 63 konstytucji z 23 kwietnia 1935 r. stwierdzał bowiem wyraźnie, że „W razie mianowania Naczelnego Wodza prawo dysponowania siłami zbrojnymi przechodzi na niego". Stąd też obowiązek wydania rozkazu do obrony terytorium Rzeczypospolitej przed wkraczającym agresorem sowieckim leżał bezwzględnie nie tylko w kompetencjach, ale przede wszystkim w obowiązkach Naczelnego Wodza. Jeżeli dyskusyjna pod względem moralnym pozostaje kwestia ucieczki prezydenta Ignacego Mościckiego i rządu RP do Rumunii, to już nie ma wątpliwości, że rozkaz pozbawiający Wojsko Polskie prawa i obowiązku do obrony swojego kraju przed sowiecką napaścią jest jednym z najhaniebniejszych czynów w dziejach naszego państwa.

Dlaczego Edward Rydz uciekł z Polski w chwili jej najcięższej próby? Przecież czytając wspomnienia ludzi, którzy go znali, odnosi się wrażenie, że nie był to człowiek dbający o swoją prywatę. W świetle jego dorobku życiowego trudno też nazwać go tchórzem. A jednak nie pozostaje żadnej wątpliwości, że uczynił coś, co jest dla żołnierza i dowódcy najgorszą hańbą, za co zresztą później zapłacił straszną cenę.

Oczywiście, należy podkreślić, że w świetle naszej obecnej wiedzy możemy przyjąć, że wojny obronnej w 1939 r. od chwili sowieckiej napaści nie można było już wygrać. I nawet największy geniusz wojskowości poniósłby zapewne klęskę. Niemniej decyzja „Śmigłego" o opuszczeniu kraju po wkroczeniu Sowietów może być traktowana formalnie jako dezercja.

Obowiązująca obecnie ustawa z 6 czerwca 1997 r. definiuje dezercję jako „oddalenie się i opuszczenie swojej jednostki w celu trwałego uchylenia się od służby wojskowej w celu pozostania poza nim". Obecnie grozi za to nawet pięć lat więzienia. W czasie wojny obronnej dezercję karano śmiercią. Ucieczka Edwarda Rydza i członków jego sztabu do Rumunii jest zgodna z definicją dezercji.

Incydent na granicy

Starosta kaliski Stefan Soboniewski, który w 1939 r. założył mundur pułkownika wojsk pancernych, tak opisał okoliczności wyjazdu Naczelnego Wodza z Polski: „Ludzie szli nieprzerwanym potokiem. Nikt nie wie ilu. Może 15 tysięcy, może 30 tysięcy, a może 50 tysięcy ludzi. Szli w całkowitym milczeniu zbitą masą, bez twarzy, bez żadnego gestu. Nawet dzieci nie płakały. Czasem ktoś podnosił głowę, by z trwogą spojrzeć w niebo, na którym nagle pojawić się mogły sowieckie samoloty. Dzień był pogodny, a noc zaczynała się jasna. Za nimi czarną plamą pozostawały zaciemnione Kuty i Polska. Przed nimi zdawała się jaśnieć tysiącami świateł rumuńska Wyżnica".

W pewnym momencie, o godzinie 1.30, pilnujący granicznego mostu pułkownik Soboniewski ze zdumieniem odebrał meldunek jednego z policjantów, że do granicy zbliża się kolumna samochodów Naczelnego Wodza.

„Czy pan oszalał – wykrzyczał do komisarza policji zszokowany Soboniewski. – Każę pana oddać pod sąd wojenny za sianie paniki. To się nie może zdarzyć. Hetman nigdy nie opuszcza swoich wojsk!". Pułkownik wybiegł na most i ku swemu przerażeniu ujrzał kolumnę samochodów wiozących członków sztabu wodza. W jednym z samochodów ujrzał Śmigłego.

Według niesprawdzonej relacji Elżbiety Błockiej jej wuj, 47-letni pułkownik Ludwik Bociański – generalny kwatermistrz rządu RP, weteran wojny polsko-bolszewickiej, były wojewoda wileński, a później poznański – był tak oburzony ucieczką marszałka, że w rejtanowskim geście zatrzymał kolumnę samochodów na moście i zażądał od marszałka powrotu do Polski. Znali się z Rydzem dobrze jeszcze z czasów, kiedy Bociański był komendantem szkoły podchorążych w Komorowie.

Podobno Naczelny Wódz wysiadł z samochodu i zapytał spokojnie, o co chodzi. „Chodzi o honor wojska!" – odkrzyknął zirytowany Bociański. Dalej panowie rozmawiali już ze sobą po cichu. Po chwili rozwścieczony Rydz odepchnął Bociańskiego i skierował się do samochodu. Pułkownik wyjął z kabury pistolet, coś krzyknął i strzelił sobie w pierś. Rozeźlony marszałek kazał wrzucić ciężko rannego Bociańskiego do samochodu i zabrał go ze sobą do Rumunii. Bociański przeżył, ponieważ kula przeszła szczęśliwie obok serca. Za swój czyn zapłacił długą i bolesną rehabilitacją w rumuńskich szpitalach. Historię tę potwierdził dowódca przygranicznego zwiadu konnego, podporucznik Józef Borkowski z Kłodawy. Powstaniec wielkopolski, pułkownik Ludwik Bociański, był ostatnim człowiekiem, który mógł uratować Edwarda Śmigłego-Rydza od hańby.

Odpoczynek przy sztalugach

Kolumna samochodów Naczelnego Wodza, składająca się z kilku limuzyn i dwóch ciężarówek, została zatrzymana na ok. kwadrans na granicy rumuńskiej. Marszałek został internowany w Craiovej, skąd po pewnym czasie został przewieziony do willi patriarchy Mirona w Dragoslavele. Chociaż uciekł z Polski 18 września 1939 r., prawdopodobnie z przyczyn finansowych z funkcji Naczelnego Wodza zrezygnował dopiero 27 października tego samego roku.

Pięć dni po ucieczce Rydza i całego rządu z Polski zaczęła się udręka Warszawy. 22 i 23 września 1939 r. niemieccy lotnicy na obiekt bombardowania wybrali domy i synagogi dzielnicy żydowskiej, której mieszkańcy obchodzili wtedy święto Jom Kippur. Prawdziwe piekło rozpętało się jednak 25 września. Warszawiacy zapamiętali ten dzień jako „czarny" albo „lany" poniedziałek, stał się on zapowiedzią skrajnego barbarzyństwa tej wojny. Tego dnia zostały w sposób elementarny naruszone artykuły 25 i 27 konwencji haskiej IV z 1907 r. Perfidnym kłamstwem można nazwać przemówienie Hitlera z 8 listopada 1942 r., w którym cynicznie oświadczył, że bombardowania polskich miast, a szczególnie Warszawy, były przeprowadzone w sposób możliwie humanitarny, ponieważ on osobiście nakazał ocalić kobiety i dzieci.

Niemieccy piloci z charakteryzującym ich bestialstwem wybierali na cele bombardowań szpitale oznakowane na dachach znakiem czerwonego krzyża, zrzucali bomby na cmentarze, aby sprofanować polskie groby, nurkowali nad ulicami i strzelali z karabinów maszynowych do uciekających przechodniów. Na Warszawę spadło prawie 630 ton bomb burzących i zapalających. W mieście wybuchło około 200 pożarów. Zginęło kilkanaście tysięcy mieszkańców, a 35 tysięcy zostało rannych. Kiedy tego strasznego dnia ponad 400 samolotów Luftwaffe przez 11 godzin zrzucało na Warszawę setki ton bomb, Edward Rydz zastanawiał się, jaki by tu namalować obraz. Trwał pierwszy w historii II wojny światowej nalot dywanowy na europejską metropolię, a on pisał w liście do pani prezydentowej Mościckiej: „(...) każdy z nas szuka jakiegoś zajęcia, kwitnie nauka języków obcych (...), ja kupiłem farby, płótna i wziąłem się do malowania. Maluję po sześć godzin dziennie (...). Niestety dni coraz krótsze". Jego adiutant, major Jerzy Raczkowski, potwierdził, że Rydz z „prawdziwą pasją zaczął malować szkice, akwarele i obrazy olejne". Zaczął też pisać wiersze i nic nie wskazuje, żeby tak bardzo cierpiał, jak to później starali się przedstawić jego zwolennicy.

Czy był to odruch obronny człowieka przeżywającego wewnętrzną walkę z samym sobą? Czy może zwyczajnie ten człowiek nie nadawał się do zadania, jakie zostało mu powierzone z nadania politycznego?

Tak to jest, kiedy pompuje się balon oczekiwań narodowych wypełniony jedynie zbożnymi życzeniami. Znaczną winę za wywindowanie malarza do rangi hetmana i męża opatrznościowego, który miał zbawić ojczyznę, mieli propagandyści sanacyjni. Dość wspomnieć grafomański panegiryk rymowany Adama Kowalskiego, który trudno nawet nazwać wierszem, a który może dziś budzić jedynie odrazę:

„Naprzód, żołnierze stara wiara, młode zuchy.

Za Śmigłym-Rydzem pomni jego w boju chwał,

On nas wywiedzie cało z każdej zawieruchy,

Sam Komendant, sam Komendant nam go dał,

Sam Komendant, sam Komendant,

Nam go na Wodza dał!

Marszałek Śmigły-Rydz, nasz drogi, dzielny Wódz,

Gdy każe, pójdziem z nim najeźdźców tłuc.

Nikt nam nie ruszy nic, nikt nam nie zrobi nic,

Bo z nami Śmigły, Śmigły, Śmigły-Rydz!

W brzasku wolności w krwi i ogniu nam przewodził.

Zwycięskim szlakiem do Kijowa wiódł nas bram.

Jak szeregowiec z piechurami w piachu brodził,

Dobry przykład, dobry przykład dawał nam,

Dobry przykład, dobry przykład zawsze dawał nam".

Niestety, wbrew słowom tego wiersza marszałek Edward Śmigły-Rydz dał żołnierzom polskim najgorszy przykład w historii naszej ojczyzny. Jego późniejsza ucieczka z Rumunii do okupowanej Polski niczego już nie zmieniła.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA