fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Zdjęcie, które podzieliło naukę

Zdjęcia Całunu Turyńskiego
Zdjęcia Całunu Turyńskiego wykonane przez Secondo Pię w 1898 r. wykazały zadziwiającą cechę wizerunku: dopiero obraz negatywowy uwidacznia trójwymiarową głębię i szczegóły postaci z Całunu
The Picture Art Collection / Alamy Stock Photo/be&w
Tego dnia technika epoki nowożytnej po raz pierwszy w historii spotkała się z nieuchwytnym światem ducha. Było to wydarzenie o prawdziwie transcendentalnym charakterze. Łacińskie słowo „transcendere” oznacza bowiem „wychodzenie poza granice”. Nikt się jednak nie spodziewał, jak niezwykła granica zostanie przekroczona.

25 maja 1898 r. (niektóre źródła podają datę 28 maja) 43-letni włoski adwokat i fotograf amator Secondo Pia wszedł do ciemnej Kaplicy Świętego Całunu (La Cappella della Sacra Sindone) w turyńskiej katedrze pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela. Jako pierwszy w historii otrzymał od metropolity Turynu, kardynała Agostina Richelmy, pozwolenie na zrobienie zdjęcia płótna uznawanego przez część katolików za płótno pogrzebowe, w które owinięto ciało Jezusa Chrystusa po jego męczeńskiej śmierci na krzyżu.

Adwokat Pia miał niezwykle trudne zadanie do wykonania. Musiał zrobić zdjęcie materiału o długości 437 cm i szerokości 113 cm – w katedrze, w której nie było elektryczności. Dodatkowo chciał wykonać zbliżenie oblicza postaci widocznej na materiale. Jako jeden z pierwszych fotografów we Włoszech posiadał specjalne żarówki fotograficzne, wynalezione zaledwie kilkanaście lat wcześniej przez Thomasa Edisona. Fotografowi towarzyszyły tylko dwie osoby: ks. Sanno Salaro i szef ochrony katedry, porucznik Felice Fino. Był to jeden z pierwszych przypadków użycia żarówki elektrycznej do zrobienia zdjęcia. Stąd obaj panowie z ogromną podejrzliwością przyglądali się czynnościom fotografa.

To była wyjątkowo trudna sesja zdjęciowa. Ówczesne płyty fotograficzne miały bardzo małą czułość światła i wymagały silnego oświetlenia. Pia znalazł na to rozwiązanie, które w ostatniej dekadzie XIX wieku było uznawane za pionierskie. Z trudem ustawił na wysokich statywach dwie lampy elektryczne o mocy około tysiąca kandeli każda. Ze względu na brak prądu zainstalował także przenośny generator. Takie lampy wytwarzały w krótkim czasie bardzo dużo ciepła. W kaplicy zaczął panować niemiłosierny upał. Fotograf musiał wykonywać swoją pracę w ogromnym pośpiechu. Zapewne z ulgą wrócił tego wieczora do swojej pracowni, aby w spokoju wywołać zdjęcia. To, co ujrzał na negatywie, musiało go przyprawić o ciarki na plecach. Ujrzał niemal trójwymiarowy, zadziwiająco realistyczny wizerunek umęczonego człowieka. Pobożny Secondo Pia nagle uświadomił sobie, że po dwóch tysiącach lat jako pierwszy człowiek spoglądał w twarz samemu Chrystusowi.

Jego zdjęcie zmieniło historię Całunu Turyńskiego. Wzbudziło ogromne zainteresowanie tym artefaktem zarówno wierzących, jak i ateistów. Z tą różnicą, że płótnem bardziej zainteresowani byli ci drudzy. Niektórzy z nich chcieli udowodnić, że to jakaś forma mistyfikacji. Dowiedzenie oszustwa pozwoliłoby im pokazać, po jakie „sztuczki” sięgał średniowieczny Kościół.

Jako pierwszy do badań tkaniny i wizerunku zabrał się znany francuski specjalista od anatomii porównawczej z Uniwersytetu Paryskiego, profesor Yves Delage. Był on zadeklarowanym ateistą i agnostykiem. Cztery lata po opublikowaniu zdjęcia przez Secondo Pię przebadał proporcje ciała mężczyzny z Całunu Turyńskiego. Ku zdumieniu swojego własnego środowiska naukowego stwierdził, że nie ma wątpliwości, że proporcje anatomiczne są tak doskonałe, że nie mogły zostać namalowane, lecz są jakby lustrzanym odbiciem prawdziwego ciała.

Profesor Delage nie wiedział jeszcze, że na tkaninie nie ma śladu farby ani jakiegokolwiek barwnika. Po gruntownym przebadaniu zdjęć Secondo Pii, nienaciskany przez nikogo, oświadczył swoim zdumionym kolegom: „Moi panowie, człowiek utrwalony na Całunie jest Chrystusem”. Wyliczył nawet, stosując sobie tylko znaną metodę, że prawdopodobieństwo tego, iż na Całunie nie znajduje się wizerunek ciała Jezusa Chrystusa wynosi 1 do 10 mld. Jego uczelniani koledzy szeptali między sobą, że 48-letni naukowiec albo zwariował, albo się nawrócił. Tymczasem on nie utracił nic a nic ze swojej zdecydowanej niechęci wobec wszystkiego co metafizyczne. Nadal miał niezwykle krytyczny stosunek do duchowieństwa i kultu relikwii. Z wyjątkiem tej jednej. Do końca życia zachował przekonanie, że postać na Całunie Turyńskim nie została namalowana ludzką ręką. Nie miał pojęcia, jak powstało odbicie, ale był pewien, kto się na nim znajduje.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA