fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Jak SS porwało brytyjskich agentów w Holandii

Przygraniczna kawiarnia Backus w holenderskim Venlo (zdjęcie współczesne). To tutaj 9 listopada 1939 r. rozegrała się dramatyczna akcja wywiadów.
Wikipedia
W listopadzie 1939 r. z terenów przygranicznych neutralnej Holandii niemiecki oddział SS uprowadził dwóch brytyjskich agentów.

Burzliwe czasy skłaniają do tego, aby w historii dopatrywać się prostych analogii do aktualnych wydarzeń. W 2014 r. prasę obiegła wieść, że rosyjskie siły specjalne porwały estońskiego superagenta Estona Kohvera. Do podobnego zdarzenia doszło 9 listopada 1939 r.: niemiecki oddział SS uprowadził z Venlo na terytorium neutralnej Holandii oficera tamtejszego wywiadu, towarzyszących mu dwóch brytyjskich tajnych agentów i pewnego przypadkowego cywila. Choć znane są relacje niemal wszystkich uczestników tamtego zdarzenia, jego tło polityczne oraz najistotniejsze przyczyny i skutki, to wiele okoliczności incydentu wciąż pozostaje niejasnych.

Po zajęciu przez III Rzeszę Czech i kampanii wrześniowej w Polsce kwestią czasu było, kiedy dziwna wojna zamieni się w prawdziwą. Przerażenie towarzyszyło nie tylko politykom na Zachodzie; niepokój nie opuszczał także co bardziej doświadczonych oficerów na szczytach niemieckiej armii. Trauma poprzedniej wojny pozostawała wciąż żywa po obu brzegach Renu. Nic dziwnego, że z każdej strony wzbierającego konfliktu do samego końca nie brakło osób gotowych chwytać się najbardziej złudnej nitki nadziei na zapobieżenie katastrofie.

Zwłaszcza dla Brytyjczyków myśl o pozbyciu się Hitlera niemieckimi rękami była niezwykle kusząca. W londyńskiej kwaterze Secret Inteligence Service to rozwiązanie zdawało się realne od co najmniej 1936 r., gdy szef wydziału „Z" MI6, ppłk Claude Dansey zaczął nawiązywać pierwsze kontakty z antyhitlerowską opozycją w niemieckiej armii. Z biegiem czasu, im bardziej napięta stawała się sytuacja międzynarodowa, tym łatwiej desperacja kazała Anglikom dopatrywać się cech realności w widmach i mirażach. Zwłaszcza w 1939 r. liczba sygnałów docierających od opozycji w Niemczech tak się nasiliła, jakby całe niemieckie społeczeństwo z armią na czele tylko czekało na znak do przewrotu. Wici z oliwnymi gałązkami pokoju były słane z III Rzeszy tajnymi kanałami przez Szwajcarię i Turcję, czym najaktywniej zajmowało się rodzeństwo zawodowych dyplomatów – bracia Erich i Theodor Kordtowie, przy współpracy ze szwedzkim biznesmenem Birgrerem Dahlerusem. Nawet w niemieckim Sztabie Generalnym istniała pokusa likwidacji Hitlera, lecz z powodu strachu paraliżującego spiskowców plany grzęzły w jałowym hamletyzowaniu.

W drugiej połowie 1939 r. najbardziej realne kształty przybrały knowania szefa sztabu sił lądowych, gen. Franza Haldera z płk. Hanzem Osterem, kierownikiem zarządu finansowego i personalnego wywiadu armii, Abwehry. Okrywająca poczynania wojskowych szpiegów aura tajemnicy dawała puczystom szansę skutecznego kamuflowania działań przed podejrzliwymi służbami SS. Wszystko to działo się za wiedzą i cichym przyzwoleniem szefa Abwehry Wilhelma Canarisa, który swój plan wojskowego zamachu stanu postanowił skoordynować z rządem brytyjskim.

Prowokacja Himmlera

Trwający w wojsku ferment nie umknął uwadze Gestapo, ale bez twardych dowodów zdrady nawet wszechwładny Himmler miał zbyt krótkie ręce, by dobrać się do skóry generałom, zwłaszcza tak znacznym figurom, jak Halder, Canaris czy von Rundstedt. Zresztą dokonanie czystek w armii bez solidnych podstaw, na bazie samych poszlak i domniemań, w samym przededniu wojny na Zachodzie mogło przysporzyć zamiarom Hitlera więcej szkód niż pożytku.

Himmler powziął plan przeprowadzenia prowokacji, preparując na użytek Londynu pozory spisku, w którym sam będzie pociągać za wszystkie sznurki. Sukces operacji miał dostarczyć dowodów na złą wolę i nieczyste intencje Wielkiej Brytanii wobec Niemiec, co mogło być nie tylko poręcznym pretekstem propagandowym dla wojny, ale miało też spacyfikować nastroje w Wehrmachcie. Jednak szczytem osobistej satysfakcji Himmlera byłoby dotarcie do rzeczywistych konspiratorów, zwłaszcza w obrębie skonfliktowanej z SD Abwehry.

Kluczową postacią akcji, trochę przez przypadek, stał się prawnik Franz Fischer, który wyjechał do Szwajcarii w 1935 r. Choć podawał się za emigranta politycznego, w istocie uciekł z kraju przed odpowiedzialnością za finansowe malwersacje. To dlatego po przeprowadzce do Paryża łatwo dał się zwerbować do współpracy z kontrwywiadem SD w zamian za obietnicę umożliwienia powrotu do kraju i łagodne potraktowanie przez wymiar sprawiedliwości. Z początku Fischer zbywał mocodawców błahymi donosami na innych niemieckich uchodźców, lecz po nastaniu nowego szefa, Helmuta Knochena, stawiane przed nim wymagania gwałtownie wzrosły. Fischerowi zlecono rozpracowanie działalności Karla Spieckera, katolickiego polityka, który przed dojściem Hitlera do władzy jako urzędnik MSW zajmował się zwalczaniem NSDAP. Spiecker z Paryża kierował założoną przez siebie emigracyjną Partią Wolności i wydawaną za pieniądze francuskiego rządu gazetą, w śladowym nakładzie przemycaną do Niemiec. Wchodząc w zażyłość ze Spieckerem, już w 1936 r. Fischer znalazł się najpierw w kręgu zainteresowania brytyjskiego wywiadu, aż w końcu został zaufanym człowiekiem Secret Intelligence Service. W ten sposób agent SD stał się głównym łącznikiem między domniemanymi spiskowcami w niemieckiej armii a MI6, co musiało skończyć się katastrofą.

Dziś trudno odgadnąć, do którego momentu Fischer miał kontakt z rzeczywistymi puczystami, a odkąd wszystko było już tylko efektem mistyfikacji Himmlera. Faktem jest, że pierwotnie kontaktem prowokatora był oficer z bezpośredniego otoczenia Canarisa, Otto Wagner. Wszakże już w końcu 1937 r. zastąpił go nieznany bliżej nikomu Johannes Trivaglio ze zwiadu lotniczego Abwehry, używający konspiracyjnego pseudonimu Solms. Być może był to tylko ruch odsuwający cień podejrzeń od centrum spisku lub być może zamachowcy zorientowali się już co do rzeczywistej roli Fischera.

W 1938 r. centrum akcji przeniosło się do Holandii, nie tylko dlatego, że Francja, wietrząc nadchodzącą wojnę, coraz podejrzliwiej traktowała uchodźców z Niemiec, przez co Fischer był zmuszony przeprowadzić się do Hagi. Od czasu I wojny światowej neutralne Niderlandy były bowiem prawdziwą mekką europejskiego szpiegostwa. Sprawiła to polityka tamtejszego rządu, który na swoim terytorium pozwalał działać niemal jawnie obcym wywiadom, jeżeli oczywiście nie szkodziły interesom państwa. W ten sposób nie tylko zyskiwano poczucie kontroli nad poczynaniami agentów, ale współpraca ta przynosiła Holendrom mnóstwo cennych informacji.

Szpiegowskie qui pro quo

System przestał działać z początkiem lat 30., głównie za przyczyną Niemiec i Wielkiej Brytanii, które zaczęły nadużywać swobody. Sam holenderski wywiad, znany pod kryptonimem GS III, zaczął być infiltrowany przez Niemców, odkąd Adrianus Vrinten, oficer zajmujący się kontaktami z MI6 i pozyskiwaniem agentów, został zwerbowany przez Abwehrę.

Mimo to Haga pozostawała głównym ośrodkiem działalności brytyjskiej SIS na kontynencie. Jej kwaterą główną było zwykłe (na pozór) biuro paszportowe, lecz było oczywiste, że urząd przy ul. Nieuwe Parklaan 57 to w istocie szpiegowski kombinat. Największa, zaraz po Paryżu, tego typu angielska instytucja w Europie, zatrudniała mnóstwo ludzi, choć Holendrzy nie potrzebowali wiz do podróżowania na Wyspy. Stąd Niemcy od dawna fotografowali z ukrycia wszystkie osoby bywające w budynku.

Kolejni dyrektorzy biura musieli być oficerami wywiadu, jednak Brytyjczycy nie mieli ręki do personelu. W 1937 r. Hugh Reginald Darlton zamieszany w poważne defraudacje popełnił samobójstwo na skutek szantażu swojego podwładnego, Johna Hoppera. Tenże Hopper po karnym wydaleniu ze służby natychmiast podjął współpracę z Niemcami. Następca Darltona zaś, Monty R. Chidson, pogrążony w alkoholizmie, przez trudności z utrzymaniem języka za zębami usiedział na stanowisku zaledwie kilka miesięcy. Wszakże to zapijaczony Chidson dokopał się faktów dekonspirujących Fischera, jednak w ferworze utraty stanowiska zapomniał przekazać te informacje dalej. W grudniu 1938 r. schedę po nim objął mjr Richard Henry Stevens, który całe dotychczasowe życie spędził w Indiach, dlatego Europy ani nie lubił, ani nie rozumiał. On również na początku pracy na Starym Kontynencie został ostrzeżony przed Fischerem przez komunizującego opozycjonistę z Niemiec Hansa Ebelinga, lecz uznał te informacje za mało istotne.

Zadziwiać może liczba ostrzegawczych sygnałów zlekceważonych przez MI6. Fischer zaaranżował np. spotkanie Trivaglio „Solmsa" z  Brijnem van Houtenem, oficjalnie korespondentem „The Telegraph" i sekretarzem holenderskiej organizacji antynazistowskiej, a pokątnie agentem GS III. Na rozmowy van Houten przezornie wysłał swoich przedstawicieli. I słusznie: propozycje składane przez Niemca wprawiały w osłupienie. Otóż „Solms" poprosił o wydrukowanie w Holandii za pieniądze pochodzące z Rzeszy antyhitlerowskich ulotek, które miały być rozrzucane nad Niemcami przez samoloty Luftwaffe. Sprawa z daleka pachniała prowokacją mającą na celu zakwestionowanie neutralnego statusu Holandii, jednak MI6 potraktowało to jako objaw naiwnego idealizmu młodego niemieckiego oficera. Wkrótce „Solms" zaskarbił sobie pełne zaufanie Brytyjczyków, kiedy uprzedził ich o terminie zajęcia przez Niemcy czeskich Sudetów, a potem trafnie zapowiedział datę ataku na Polskę.

Szefem siatki MI6 w Holandii był kpt. Sigismund Payne Best, od lat działający pod przykryciem angielskiej firmy handlowej i doradczej z branży farmaceutyków. Jemu właśnie na polecenie z Londynu przypadło spotkać się osobiście z Fischerem i Trivaglio przy granicy z Niemcami. Obaj nie zdołali wzbudzić zaufania starego szpiega, jednak w centrali panowało właśnie zamieszanie spowodowane śmiercią szefa SIS sir Hugha Sinclaira, a jego następca Stewart Menzies nie chciał nawet słyszeć o żadnych obawach. By przekonać Besta o wiarygodności pary prowokatorów, do Holandii wysłano nawet specjalnego przedstawiciela dowództwa. Chcąc nie chcąc, agenci musieli brnąć w narzuconą przez zwierzchników grę.

Tydzień później „Solms" opowiedział Bestowi o szykowanym na szczytach niemieckiej armii przewrocie. Równocześnie zaznaczył, że musi wycofać się z dalszych kontaktów, bo jego częste podróże do Holandii zaczynają budzić podejrzenia. Po raz ostatni dał znak życia, prosząc o nadanie przez radio sygnału potwierdzającego podjęcie przez Londyn współpracy z puczystami. Gdy 11 października 1939 r. BBC dwukrotnie wyemitowało zaszyfrowaną wiadomość, „Solms" przepadł bez śladu, informując tylko, że jest śledzony przez Gestapo. Odtąd kontaktami z Niemcami zarządzał wyłącznie Fischer.

Dalsza rozgrywka nie mogła się odbywać bez wiedzy Holendrów, zwłaszcza że w napiętej sytuacji wojennej przekraczanie granicy z Niemcami przestało być rutyną. Z tych powodów Stevens z Bestem musieli przedstawić całą intrygę, wraz z pełnomocnictwami brytyjskiego MSZ, szefowi GS III, Johannowi van Oorschotowi. Ten sceptycznie odniósł się do negocjacji, głównie przez marne mniemanie o kwalifikacjach Anglików. Poza tym każdy wykryty ślad udziału służb holenderskich w spisku byłby idealnym prezentem dla Hitlera, który wyznaczył już termin ataku na Holandię, o czym GS III dowiedział się z własnych źródeł. Może jednak przez wzgląd na stosunki z MI6 lub z powodu żony Angielki Oorschot wyraził zgodę na operację, z zastrzeżeniem że do rozmów z Niemcami wydeleguje jako biernego obserwatora swojego agenta Dirka Klopa. Postanowił jednak nie pytać o zdanie własnego rządu, z góry zakładając odmowę premiera.

21 października w holenderskim Dinxperloo miał pojawić się rzekomy wspólnik von Rundstedta, generał Wiederscheim. Best ze Stevensem czekali w miejscowej kawiarni, a Fischer z Klopem, podającym się na potrzeby akcji za angielskiego kpt. Coppensa, pojechali odebrać gościa z granicy. Zamiast obiecanej osobistości na przejściu czekali kpt. von Seydlitz i por. Grosch, czyli agenci SD, von Salisch i Bernhard Christensen. Na domiar złego w kraju ogarniętym psychozą wojenną głośne rozmowy cudzoziemców przy kawiarnianym stoliku, zwłaszcza po niemiecku, wzbudziły zaniepokojenie postronnych osób, spotkanie więc przeniesiono do prywatnego domu, który wkrótce otoczyła zaalarmowana policja. Sytuację załagodził Klop, lecz nastrój do rozmów prysł, dlatego Niemcy w pośpiechu opuścili Holandię. Na podstawie raportu Klopa van Oorschot uznał całą tę konspirację za dziecinadę, jednak wyraził zgodę na jeszcze jedno spotkanie Brytyjczyków z Niemcami, zwłaszcza że jego termin był już ustalony na 30 października.

Holendrzy postanowili być bardziej ostrożni. Po drodze z granicy przybysze z Niemiec zostali pod pozorem rutynowej kontroli zatrzymani przez policję i dokładnie zrewidowani, a ich dokumenty szczegółowo prześwietlone. Dopiero po tym kpt. Coppens, czyli Klop, wybawił ich z opresji, i przewiózł prosto do biura Besta w Hadze. Przeszukanie nie wykazało jednak niczego podejrzanego.

Tym razem Groschowi towarzyszyli płk Martini, czyli SS-Obersturmbannführer dr Max de Crinis (odpowiedzialny za hitlerowski program eutanazyjny) oraz kpt. Schaemmel, w istocie Walter Schellenberg, oficer bezpieczeństwa Rzeszy, a od niedawna szef kontrwywiadu w IV departamencie Gestapo. To on od początku grał pierwsze skrzypce w całej operacji.

Do wieczora udało się uzgodnić najważniejsze warunki pokoju: opuszczenie Polski i Czech przez wojska niemieckie oraz zmiany w gospodarce i systemie walutowym Niemiec (wszystkie pozostałe ustalenia być może poznamy w przyszłości, po ujawnieniu brytyjskich akt). Londyn najbardziej niepokoił zamiar puczystów, by Hitlera pozostawić przy życiu, a nawet pozwolić mu nadal piastować rolę formalnej, choć czysto dekoracyjnej głowy państwa. Na pożegnanie Niemców wyposażono w miniaturowy aparat radiowy (jego zasięg okazał się jednak zbyt mały, by sygnał docierał do Hagi) oraz kody szyfrów i kryptonimy. Dopiero wtedy lord Halifax poinformował swój rząd o tajnych rozmowach pokojowych, co najbardziej rozsierdziło Winstona Churchilla, przyszłego premiera, który odebrał cały plan za powrót do polityki ugłaskiwania Niemiec.

Na przedostatnim spotkaniu, 7 listopada, Niemcy przekazali rozczarowanie swoich wysoko postawionych mocodawców brytyjską ofertą, lecz dowodzili swojej woli porozumienia gotowością odbycia lotu do Anglii.

Himmler odkrywa karty

Zapowiedzianą datą zamachu stanu w Berlinie był 11 listopada, lecz atmosfera w Niemczech niebezpiecznie gęstniała, bo Hitler już wyznaczył dzień inwazji na Holandię i Francję na 12 listopada i tylko złe prognozy pogody dla lotnictwa skłoniły go do przełożenia ataku. Tymczasem kilkanaście dni wcześniej miała miejsce słynna scysja Führera z gen. Waltherem von Brauchitschem, który otwarcie sprzeciwił się wojnie. Wobec domniemanej chwiejności armii dla Himmlera nastał ostatni moment na zdyskontowanie politycznych efektów operacji Schellenberga, toteż wydał rozkaz aresztowania brytyjskich agentów na terytorium Holandii. W tym celu powołano specjalny, 12-osobowy oddział esesmanów pod dowództwem Alfreda Naujocksa, bardziej znanego z przeprowadzenia prowokacji w gliwickiej radiostacji ledwie dwa miesiące wcześniej.

Finał negocjacji miał się odbyć 9 listopada na przejściu między niemieckim Kaldenkirchen a holenderskim Venlo, w stojącej zaledwie parę kroków od szlabanów granicznych kawiarni Backus. Jednak ten dzień nie zaczął się zwyczajnie. Rankiem Europą wstrząsnęła wiadomość, że poprzedniego wieczoru w monachijskiej piwiarni Bürgerbräukeller dokonano nieudanego zamachu bombowego na Hitlera. Nie powstrzymało to jednak Besta przed kontynuowaniem misji.

Choć początek spotkania wyznaczono na czwartą po południu, Schellenberg z kilkoma agentami pojawił się tam już kilka godzin wcześniej. Best zabrał ze sobą Stevensa i cywilnego kierowcę Johanna Lemmensa, który wieczorem miał odwieźć wszystkich do Hagi. Towarzyszył im Klop, choć jak później twierdził van Oorschot, tym razem już bez wiedzy i zgody GS III.

Gdy Best za kierownicą luksusowego forda lincolna pojawił się na podjeździe, z tarasu kawiarni uchyleniem kapelusza powitał go Schellenberg, co było sygnałem dla oddziału SS po drugiej stronie granicy. Napastnicy nadjechali prawdopodobnie policyjnym furgonem, strzelając w powietrze na postrach z pistoletów maszynowych. W mgnieniu oka Best, Stevens i Lemmens zostali skuci kajdankami i zawleczeni do samochodu Niemców. Tylko Klop ostrzeliwał się z rewolweru, lecz raniony w głowę też został wrzucony do furgonu, po czym Niemcy na wstecznym biegu wycofali się za granicę. Gdy na miejscu zjawiła się holenderska policja, po zajściu zostały tylko kałuża krwi i łuski po nabojach. Klop zmarł jeszcze tego samego wieczoru w düsseldorfskim szpitalu, pozostałych zaś jeńców przewieziono na przesłuchania do Berlina.

Dziwnym trafem tej samej nocy na granicy ze Szwajcarią ujęto Georga Elsera, sprawcę zamachu w Monachium, znajdując przy nim nie tylko furę pieniędzy, ale też komplet obciążających go dowodów. Niemieckie gazety zamieściły na pierwszych stronach połączone zdjęcia Elsera, Stevensa i Besta jako wspólników angielskiego spisku przeciw Rzeszy i Hitlerowi. Na polecenie Himmlera ostrze związanej z zamachem propagandy zostało skierowane przeciwko Wielkiej Brytanii.

Na skutek akcji Schellenberga Brytyjczycy ponieśli ogromne straty, nie tylko na honorze. Zdekonspirowane zostały całe siatki szpiegowskie SIS, bo ponoć agenci w śledztwie sypali tajemnicami jak najęci, a podobno przy Stevensie znaleziono nawet gotową listę agentów. Najboleśniejsze było aresztowanie najcenniejszego agenta MI6 w Abwehrze, Paula Thummela, i utrata przejętej przez Anglików schedy po czeskim wywiadzie. Wersja o złamaniu porwanych była wygodna zarówno dla Niemców, jak i Brytyjczyków. Dzięki niej Abwehra mogła ukryć cenne źródła informacji w samym angielskim wywiadzie, w tym siatkę podwójnego, a nawet potrójnego agenta Folkerta van Koutrika, dla SIS zaś Best ze Stevensem byli kozłami ofiarnymi, za którymi mogła skryć się niekompetencja rządu i dowódców. Schwytanie Klopa na gorącym uczynku pozwoliło Niemcom zakwestionować neutralność Holandii, a van Oorschot został obciążony całą winą za okupację kraju w 1940 r., choć ta została przesądzona na długo przed wpadką w Venlo. Bogu ducha winny Lemmens został zwolniony z aresztu w 1940 r., Anglików zaś osadzono w Sachsenhausen, prawdę mówiąc, jak na niemiecki obóz koncentracyjny, w dość komfortowych warunkach.

Całkiem nieoczekiwanie drogi Besta i Elsnera skrzyżowały się po przeniesieniu brytyjskiego agenta do Dachau. Choć tożsamość zamachowca z Monachium esesmani ukrywali pod kryptonimem Eller, mieszkając w tym samym budynku, w którym Elser dysponował aż trzema izbami, przydziałem papierosów i specjalnym wiktem, Best zdołał zidentyfikować współwięźnia, a nawet się z nim skontaktować. Ten zaś, jak wspominał Best, przekazał mu potajemnie zapiski ze szczegółami wydarzeń w piwiarni Bürgerbräukeller. W przygotowaniach do zamachu mieli mu pomagać dwaj nieznani mężczyźni, których nazwisk Gestapo nie zdołało ustalić ani torturami, ani hipnozą. Najciekawsze jednak było twierdzenie, że ładunek został odpalony przewodami wyprowadzonymi na zewnątrz lokalu, a mechanizm zegarowy bomby był tylko atrapą. Elsera potajemnie zgładzono 9 kwietnia 1945 r., lecz i wtedy SS nie przyznało się do egzekucji, a odpowiedzialność za śmierć więźnia została zrzucona na aliancki nalot.

Z powodu wielu wątpliwości powstała nawet teoria, że opisana operacja była faktyczną próbą przejęcia władzy przez Himmlera, lecz z jakichś powodów plan został porzucony. Byłby to prawdziwy chichot historii, bo gdy szef SS w 1945 r. rzeczywiście chciał obalić Hitlera, nie znalazł wśród aliantów chętnych do negocjacji, ponieważ po Venlo Brytyjczycy aż do końca wojny nie zaufali już żadnej niemieckiej ofercie pokojowej.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA