fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rolnictwo

#RZECZoBIZNESIE: Andrzej Kowalski: Rolnicy muszą sami siebie pilnować

tv.rp.pl
Nawet najlepszy system kontroli nie będzie skuteczny, jeżeli producenci żywności nie będą współdziałali, w dobrze pojętym interesie całego sektora, konsumentów i wizerunku polskiego na świecie. Jeżeli nie będą współdziałali, wskazywali na niedopatrzenia, nieprzestrzeganie procedur czy próby łamania prawa to jeszcze długie lata będziemy walczyli np. z ASF – mówi prof. Andrzej Kowalski, dyrektor Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, gość programu Pawła Rożyńskiego.

Najpierw mieliśmy trefną ubojnię, potem okazało się, że cała kampania związana z ASF i odstrzałem dzików jest nieskuteczna. Do tego pojawiła się krowa chora na chorobę szalonych krów. Nie za dużo tego?

Mówi się, że nieszczęścia chodzą parami. Jest to olbrzymi problem wizerunkowy, gospodarczy i producentów. Polska żywność osiąga sukces, którego skali nikt nie przewidział. Przez 50 lat byliśmy importerem netto żywności. Od 2003 r. wzrastał eksport i saldo dodatnie. W ubiegłym roku przekroczyło 10 mld euro.

Pierwszy raz od 6 lat wystąpił przypadek choroby szalonych krów(BSE) Co to może oznaczać?

Jak usłyszałem tę informację myślałem, że to fake news. W Polsce nigdy nie był to specjalny problem. Ponad 6 lat temu zdarzały się nieliczne przypadki. Nie potrafię ustosunkować się do przyczyn wystąpienia tej jednostki chorobowej Zastanawiający jest np. fakt, że zachorowała jedna krowa. Prawdopodobnie stado było liczniejsze tak samo żywione.

Niby jedna krowa, ale jakie mogą być tego konsekwencje? W świat idzie informacja o chorobie szalonych krów w Polsce.

Jak się osiąga sukces to ma się wielu wrogów, którzy podejrzewają, że niemożliwe, iż raptem w ciągu 15 lat, kraj z importera netta staje się poważnym graczem na rynkach światowych. Wtedy szuka się drugiego dna i takie informacje wykorzystuje się do tworzenia czarnego pijar'u.

Konsumenci polubili polskie produkty i nagle są bombardowaniu informacjami, że coś jest nie w porządku. Z ASF walczymy od 4 lat, ale ciągle się rozszerza, co może być odbierane jako nieskuteczne działania.

Mimo odstrzału dzików jest dużo przypadków ASF. Sygnał jest taki, że to walka nieskuteczna.

Tak można byłoby sądzić. Ale ASF to szalenie groźna choroba dla dzikowatych. Mięso jest niegroźne dla ludzi. Potrzebne są bardzo radykalne środki. Ale jeśli chce się zachować jak najwięcej jeszcze zdrowych zwierząt, to walka może trwać bardzo długo.

Odstrzał ogromnej liczby dzików nie jest radykalnym środkiem?

Dziki nie są jedynym źródłem. Wirus roznoszą między innymi gryzonie, a nawet ptaki. Najważniejszy jest jednak człowiek. W większości przypadków to człowiek przyniósł tego wirusa do stada. Nasi hodowcy na początku w ogóle nie wierzyli, że taka choroba jest w Polsce możliwa. Podchodzili do tej informacji z dystansem. Jak ASF zaczęło zagrażać ich hodowli, był okres złożonej aktywności i obawy. Kiedy wydawało się, że są znów pojedyncze przypadki, część producentów zaczęła to lekceważyć, wbrew zaleceniom i akcji informacyjnej.

Odpowiednie służby nie do końca konsekwentnie karali tych, którzy nie przestrzegają tego, do czego sami się zobowiązali.

Był pewien spokój, że naturalna granica dla ASF to Wisła. Okazało się, że nie.

Jeżeli rolnicy nie będą sami siebie pilnowali, w dobrze pojętym interesie całego rolnictwa, konsumentów i wizerunku na świecie, i wskazywali niedopatrzenia, to jeszcze długie lata będziemy walczyli z ASF. Mam nadzieję, że świadomość zagrożenia coraz bardziej rośnie. Rolnicy dostrzegają, że ich interes ekonomiczny jest zagrożony. Część gospodarstw stoi na granicy opłacalności produkcji trzody chlewnej.

Jest pokusa, żeby na coś przymykać oko?

W krótkim okresie można coś zakombinować. W rolnictwie liczy się zyski w długim okresie. Trzeba przestrzegać wszystkich procedur, żeby produkt rolniczy był poza podejrzeniami. Najmniejsza plotka, już nie mówiąc o faktach, powoduje bardzo wysokie straty.

Kolejna afera mięsna była z ubojnią. Zwierzęta tam jednak były zdrowe, ale nie przestrzegano procedur produkcyjnych.

To jest przykład pokusy, że można coś zrobić na skróty. Efekt taki, że służby krajów do których eksportujemy zaczęły się lepiej przyglądać. Konsumenci mając do wyboru nieco droższe mięso wołowe spoza Polski wybierają je, bo coś tam w Polsce się dzieje. Informacja do konsumenta trafia wybiórczo. To, że jednak mięso było zdrowe nie do wszystkich trafi.

Coś było jednak nie tak. To wypadek przy pracy czy system nadzoru nie działa jak należy?

Tu wyraźnie nie zadziałał. Nawet w najlepiej zorganizowanym systemie, jeżeli sama branża, rolnicy nie będą szukali i wskazywali służbom, że coś się podejrzanego dzieje, system nie zadziała.

Jest na to przyzwolenie.

W Szwajcarii jeżeli ktoś popełnia wykroczenie to patriotycznym obowiązkiem sąsiada jest poinformowanie o tym. W Polsce nie wypada donosić na tych, którzy popełniają przestępstwo.

Czyli sami kręcimy na siebie bat. Ciągle mówimy, że polska żywność jest najlepsza, wszyscy chcą ją jeść. Każdy, który krytykował był widziany jako szkodnik ekspansji. Sami się uśpiliśmy.

To jest polityka na krótką metę. Jeżeli coś się dzieje źle i się to pokaże, jest to sygnał, służby czuwają, dbają i odpowiednio reagują.

Unijni inspektorzy, którzy się pojawili to oczyści nasz przemysł mięsny?

Zawsze lepiej, że nie tylko nasze służby będą mówiły, że już wszystko w porządku i był to przypadek. Świetnie byłoby jeżeli inspektorzy unijni stwierdzą, że to był jednostkowy przypadek.

Gorzej jak jeszcze coś znajdą.

To nie byłoby dobrym sygnałem, że mimo naszych zapewnień coś znaleźli.

Kluczowa jest mentalność ludzi, żeby takich spraw nie zamiatać pod dywan. Rząd chyba idzie inną drogą. Dużo mówiło się o karach za tego typu zaniedbaniach.

Często przepisy i prawo jest bardzo dobre, ale gorzej jest z ich egzekwowaniem. Jeżeli szukałbym zaniedbań, to zbyt liberalnie postępowały służby jak policja, prokuratura i sądy. Jeżeli trafiały się wnioski o nieprzestrzeganiu zasad, sprawy były umarzane ze względu na znikomą szkodliwość czynu.

Zaostrzenie kar jest dobrą drogą. Tu nie ma żartów. Szczęśliwie nie wystąpiło zagrożenie życia. Ale wyobraźmy sobie, że coś zagroziłoby zdrowiu konsumentów. Trzeba być na to przygotowanym i odstraszać.

A jak jest za granicą? Tam też mamy różne afery.

Często podnosi się, że nasze niedociągnięcia są wyolbrzymiane, a w krajach sąsiadujących jest to wyciszane. Odkąd jest handel i wymiana zdarzają się ci, którzy podejmują próby oszukania konsumentów i swoich konkurentów na rynku.

Jesteśmy w stanie ocenić ile te incydenty mogą nas kosztować?

To wróżenie z fusów. Czasami duża afera to burza w szklance wody. Pojawiają się informacje, że polska żywność jest tańsza to konsumenci będą ją wybierali. Nie jestem takim optymistą. To nie kwestia tylko wołowiny czy wieprzowiny. Część krajów zlikwidowała import wieprzowiny z Polski. Część stosuje się do regionalizacji. Tym samym część podmiotów gospodarczych jest poza głównym rynkiem. Widać mniejsze zainteresowanie polską wieprzowiną, chociaż eksport wcale bardzo nie zmalał. Rośnie jednak ujemne saldo w tej grupie towarów.

My nie doceniamy wołowiny. Na rynku krajowym spożywamy ok. 2 kg na głowę rocznie. Ponad 80 proc. wołowiny jest eksportowane, głównie do krajów unijnych. Przed integracją nikt nie dawał szansy polskiej wołowinie. Polska jako jeden z nielicznych krajów wysokorozwiniętych zwiększała eksport. Dzięki dobrej jakości mięsu po relatywnie niższych cenach niż konkurencja, mieliśmy szansę stać się poważnym centrum produkcji wołowiny w Europie.

No i tak się stało.

Ciągle byliśmy na krzywej wznoszącej z perspektywami.

Jest zagrożenie, że nasz znaczący wzrost eksportu zostanie wyhamowany?

Oby nie, ale takie niebezpieczeństwo jest. Wcale to nie musi dotyczyć tylko wieprzowiny czy wołowiny.

Czyli zagrożona jest polska żywność, bo coś źle się dzieje?

Tak. Było coś z trzodą, bydłem, to może nie ruszać mleka czy drobiu.

A poszczególne kraje chętnie to nagłośnią.

Od dawna próbujemy walczyć o polską markę. Na pewno to zaszkodzi. Uważam, że na pewno będzie wyhamowanie w krótkim okresie. W dłuższym okresie na pewno będzie pogorszenie opłacalności. Jeżeli coś się dzieje, to handlowcy będą proponowali niższe ceny. To jest realne niebezpieczeństwo.

Mówią, że wołowina w Polsce będzie tańsza i będziemy więcej jedli.

Producent musi zarobić. Nikt za darmo nie będzie produkował. A Polscy konsumenci zaczęli przyzwyczajać się do wołowiny, chociaż ciągle spożycie jest na poziomie najniższym w całej historii kraju, od Mieszka I.

Mam nadzieję, że nasi i zagraniczni konsumenci zapomną o incydentach. Po wyjaśnieniu spraw znowu będziemy mogli patrzeć optymistycznie na perspektywy eksportu polskiej żywności i wzrost spożycia na rynku krajowym.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA