fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rodzina

Brakuje ustawy o związkach partnerskich i możliwości tworzenia rodzin homoseksualnych

Teresa Gardocka
materiały prasowe
Zrobienie dobrego prawa regulującego związek, który nie ma być małżeństwem, ale ma dawać podobne, niedyskryminujące prawa, to trudny proces – mówi prof. Teresa Gardocka, dziekan Wydziału Prawa Uniwersytetu SWPS.

Ostatnio sporo się mówi o dyskryminacji osób o innej orientacji seksualnej. Czy rzeczywiście to taki problem? Czy można zauważyć wzrost liczby przestępstw z nienawiści skierowanych do tych osób?

prof. Teresa Gardocka, prawnik, dziekan Wydziału Prawa na Uniwersytecie SWPS: Tak, rośnie ona od lat. Chociaż na pewno znaczna część nie jest zgłaszana, bo większość poszkodowanych takich skarg nie składa, tylko macha ręką. Gdyby chcieli pozywać kogoś, kto krzyczy za nimi „ty cioto", musieliby to robić chyba co tydzień. A zgłoszenie jest trudne, bo dotyka spraw wrażliwych. I dlatego to powinno być ścigane przez prokuratora.

A nie jest?

W kodeksie karnym są dwa istotne przepisy. Jeden z nich to zniewaga, drugi – przestępstwo nawoływania do nienawiści. Zniewaga co do zasady jest przestępstwem prywatnoskargowym. Przez prokuratora jest ścigane tylko, gdy do zniewagi dojdzie ze względu na narodowość, rasę, wyznanie i bezwyznaniowość. Taki zapis znalazł się w 1945 r. w małym kodeksie karnym i od tamtej pory przepisywany jest do wszystkich kodeksów. A przecież czasy się zmieniły. Już nikt nie jest szykanowany z powodu bezwyznaniowości. Zapis dotyczący bezwyznaniowości wziął się stąd, że przyszło Wojsko Polskie ze wschodu, które miało narzuconą bezwyznaniowość i miała się ona przenieść na całe Wojsko Polskie. I dokuczano z tego powodu. Teraz te przepisy trzeba zmienić, dodać właśnie nieheteronormatywność, bo takie problemy mamy dziś.

Czy w stosunku do osób nieheteronormatywnych w ogóle nie mamy w Polsce żadnych regulacji?

Jesteśmy jednym z czterech europejskich krajów, w których ta kwestia nie została uregulowana. Wciąż brakuje ustawy o związkach partnerskich, brakuje możliwości tworzenia rodzin homoseksualnych. Nie mówię od razu o prawie do adopcji dzieci, ale o rejestracji. Wyobraźmy sobie, że dziecko wychowują dwie kobiety. Matka biologiczna umiera, a ta druga kobieta nie ma żadnych praw do wychowywania dziecka zmarłej partnerki, mimo że przez lata się nim opiekowała i jest między nimi więź. To rodzi niepotrzebne dramaty.

Paweł Rabiej w ostatnim wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej" powiedział, że najpierw należy wprowadzić związki partnerskie, a w dalszej kolejności adopcje dzieci. Czy polskie społeczeństwo jest na to przygotowane? W jaki sposób należałoby to uregulować?

Z pewnością najpierw związki, a potem możliwość adopcji dzieci, i to nie zaraz. To trudna decyzja, wymagająca rozwagi, zastanowienia i czasu. I z pewnością nie chodzi o taką adopcję, jaką znamy powszechnie – adoptowanie dziecka pozbawionego opieki rodzicielskiej. Chodzi przede wszystkim o zapewnienie możliwości kontynuowania wychowania dziecka przez partnera/partnerkę rodzica, którzy już je wychowywali razem. Chodzi przede wszystkim o przypadki losowe. W Polsce były już dwa gotowe projekty ustaw o związkach partnerskich, jeden – dość dawno przygotowany z udziałem profesor Szyszkowskiej, drugi później przygotowany z udziałem posła Ryszarda Kalisza. Oba proponowane rozwiązania właściwie nie różniły się od małżeństwa. To trudny proces, żeby zrobić dobre prawo regulujące związek, który nie ma być małżeństwem, ale ma dawać podobne, niedyskryminujące tych osób prawa. A wydaje się, że pierwszy krok powinien być taki – związek partnerski jako związek inny jednak niż małżeństwo. Na powiedzenie, że osoby tej samej płci mogą w Polsce zawrzeć małżeństwo (niezależnie od dyskusji na tle normy konstytucyjnej dotyczącej małżeństwa), wydaje się być za wcześnie, a może nawet pod wpływem propagandy rządzących jesteśmy od tego dalej niż kiedyś.

W połowie lutego prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski podpisał deklarację LGBT , w której zobowiązuje się do tego, że w Warszawie prowadzona będzie specjalna polityka skierowana do osób z tego środowiska. Czy taka deklaracja, wyróżnienie tej grupy, jest rzeczywiście potrzebna?

Zdecydowanie. Tak samo jak potrzebne jest wspieranie wszystkich innych słabszych grup, czy to niepełnosprawnych, czy kobiet doznających przemocy w domu. Problem jednak w tym, że Rafał Trzaskowski wybrał fatalny moment na ogłoszenie deklaracji, bo już została ona wykorzystana w kampanii wyborczej.

PiS ustami prezesa zaczął przekonywać ludzi, że warszawska deklaracja to nic innego jak interwencja w wychowanie seksualne młodych ludzi, wręcz dzieci. To zadanie przynależne jest od dawna rodzicom. Jarosław Kaczyński, uzasadniając swoją wypowiedź, powołuje się na standardy opracowane przez WHO, w których nic takiego nie ma. Ale prezes liczy na to, że niewiele osób je przeczyta.

Nie wszyscy też rozumieją, czym jest LGBT .

To, najkrócej mówiąc, osoby nieheteronormatywne – geje, lesbijki osoby bi- i transseksualne. Plus na końcu oznacza inne osoby nieheteronormatywne. Najczęściej zalicza się do tej grupy tych, których płeć biologiczną trudno określić. Od razu jednak zastrzegam, że nie chodzi tu o żadne zachowania, które by były zabronione prawnie, np. skłonność do dzieci. Podkreślam, pedofilii nie udziela się żadnej ochrony ani wsparcia.

Obietnice złożone przez Warszawę budzą jednak wiele kontrowersji.

Zupełnie nie wiem dlaczego. W karcie zostały zaproponowane rozwiązania, które dla ludzi nastawionych pozytywnie nie są niczym złym. Mówi się na przykład o przywróceniu hostelu interwencyjnego dla osób nieheteronormatywnych. Jest on potrzebny, bo często dochodzi do samobójstw, których przyczyną jest nacisk środowiska z powodu odmienności seksualnej. Osoby w takiej sytuacji trzeba chronić.

Trzeba chronić także kobiety i dzieci doznające przemocy w rodzinie.

Jedno z drugim się nie wyklucza. Należy tworzyć hostele interwencyjne zarówno dla matek, jak i dla osób LGBT.

Deklaracja mówi także o wprowadzeniu miejskiego mechanizmu monitorowania „zachowań mogących mieć znamiona przestępstwa z nienawiści motywowanych homofobią i transfobią". Przeciwnicy twierdzą, że to nieprecyzyjny zapis.

Nie ma tu niczego niejasnego. To powinien być system stworzony na wzór Niebieskiej Karty, który pokazywałby, że interwencja w obronie mniejszości seksualnych jest priorytetowa. Tak samo jak ważna jest obrona kobiet doświadczających przemocy.

Mechanizmem chroniącym mają być także w szkołach „latarnicy". To pedagodzy lub psychologowie pomagający osobom nieheteronormatywnym. Oczywiście, w każdej warszawskiej placówce jest dziś psycholog i pedagog, ale żaden z nich nie został przeszkolony w tym zakresie. A trzeba to zrobić, by niezależnie od poglądów podejmowali działania chroniące takie dzieci. I by mogli działać swobodnie, nie pod naciskiem pokoju nauczycielskiego. To bardzo ważne, bo odsetek samobójstw wśród dzieci jest obecnie bardzo wysoki, chyba najwyższy w Europie. W wielu przypadkach z powodu nieheteronormatywności.

A edukacja antydyskryminacyjna?

Edukacja dotycząca sfery seksualnej jest sprawą wrażliwą. I dobrze, że prezydent odwołał się do standardów WHO, bo one naprawdę są wyważone, skierowane nie tylko do szkół, ale też do rodziców. Dlatego nie można mówić o tym, że ich stosowanie to godzenie w rodzinę.

W standardach jest także zapis o masturbacji wśród dzieci do czwartego roku życia. To wywołuje dyskusje.

W standardach tych zapisane jest tylko, że dzieci do lat czterech mają mieć świadomość własnego ciała. Nie wiem, na jakiej podstawie ktoś stwierdził, że w przedszkolach będą uczyć dzieci technik masturbacji. Tam nie ma o tym ani słowa. Dzieci do czterech lat mają mieć świadomość związków między ludźmi – dziecko powinno wiedzieć, kim jest mama, tata i kto jest jego rodziną. Nie uczymy tak małych dzieci o LGBT, poza oczywiście sytuacjami, gdy dziecko wychowywane jest przez dwie matki. Takie sytuacje nie są w Polsce częste, ale się zdarzają. Trzeba dzieciom wytłumaczyć, że tak wygląda jego rodzina. Bez wdawania się w szczegóły.

Wytyczne WHO nie są obowiązującym prawem?

Nie. To tylko wskazania.

Szefowa MEN Anna Zalewska zwraca uwagę na to, że od ustalania programów nauczania są ministerstwo i kuratoria, a nie władza samorządowa.

To prawda. Pojawia się pytanie, czy prezydent miasta jest najlepszą osobą, która powinna ingerować w programy szkolne. Moim zdaniem nie, ale jeżeli nie ma innych osób, to może dobrze, że on to zrobił. Prezydent, podobnie jak np. wyższe uczelnie, może wywierać wpływ na to, jaki program nauczania ustali ministerstwo. Uważam też, że prezydent miasta może organizować zajęcia dotyczące dyskryminacji. Ale jeśli dotyczą one seksu, muszą się odbywać za zgodą rodziców. Bo to oni są pierwszymi wychowawcami dzieci, a szkoła tylko tę rolę wspomaga lub zastępuje, jeżeli rodzice tej roli, która jest im przypisana, nie pełnią.

Do którego roku życia potrzebna jest taka zgoda?

Z upływem czasu decyzja coraz bardziej przesuwa się w kierunku ucznia. Gdy ma 15 lat, nie sposób sobie wyobrazić, by ktoś był w stanie go zmusić do udziału w zajęciach, w których nie chce uczestniczyć, a dotyczą one sfery właściwej wolności.

A czy potrzebna jest zgoda rodziców na udział w innych zajęciach dodatkowych, np. tych dotyczących mowy nienawiści. Takich, jakie były po tragicznej śmierci Pawła Adamowicza.

To, co nie jest objęte programem szkolnym, może się odbywać w szkole za zgodą rodziców. Niezależnie od szlachetnych intencji i potrzeby tego rodzaju zajęć. Wiele zależy też od tego, kto je będzie prowadził. Rodzice powinni to wiedzieć, bo każdą piękną ideę można wypaczyć, przekręcić. Ale rozmowy takie w szkole są z pewnością potrzebne.

MEN twierdzi, że edukacja seksualna w szkołach to niepotrzebne dublowanie w programie zajęć. Jest przecież wychowanie do życia w rodzinie.

To są dwa różne przedmioty. Na wychowaniu do życia w rodzinie nie mówi się o nieheteronormatywnych przypadkach. A powinno. Szkoły wciąż sobie nie radzą z problemem takich uczniów. Te łatki są przypinane dzieciom, które wcale tych cech nie mają. To jest równie bolesne jak wobec tych, które takie cechy wykazują. Ani jedni, ani drudzy nie wiedzą, jak się przed tym bronić. W dodatku w połowie szkół wiejskich zajęcia z tego przedmiotu prowadzą katecheci. A standardy WHO mówią, że nauczanie dotyczące tej sfery powinno być zintegrowane. Czyli wiadomości z biologii powinny być na lekcjach biologii, o roli w społeczeństwie – na lekcjach WOS. Dziecko musi otrzymywać różne spojrzenia na ten sam problem.

Warszawska deklaracja mówi także o działalności artystycznej, sportowej czy poszanowaniu inności seksualnej w pracy.

Bo to wciąż jest problem. Mamy przecież naciski na zdejmowanie pewnych przedstawień, które nie pasują do wizji Ministerstwa Kultury. Także warto wspierać kluby, które nie dyskryminują. Jeśli chodzi o zakłady pracy, to są już np. takie banki, w których zaleca się noszenie pracownikom tęczowych spinek, żeby pokazać, że jest to miejsce pracy przyjazne osobom nieheteronormatywnym. To jednak rodzi pewien kłopot, bo mogą powstać środowiska, w których liczba tych osób będzie sztucznie zawyżona. Stąd lepiej, żeby wszystkie miejsca pracy były przyjazne.

Zawyżona statystyka to kolejny zarzut stawiany deklaracji. Według niej co dziesiąty mieszkaniec stolicy należy do społeczności LGBT.

To jest tylko szacunek. Zwykle w społeczeństwie jest to ok 6–7 proc. takich osób. Natomiast w stolicy może tak być, bo to jest cecha społeczności wielkomiejskich. Badania pokazują, że tak jest np. w Sydney. Cała Australia jest krajem purytańskim, a w stolicy jest dużo osób o innej orientacji seksualnej, bo osiedlają się tam, gdzie można liczyć na największą tolerancję. Być może w Warszawie jest większa tolerancja, ale też łatwiej się ukryć i dlatego wybierają to miasto do życia.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA