fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Władimir Putin zastawia pułapkę na Ukrainę

AFP
W Polsce ignoruje się pułapkę, którą Władimir Putin zastawia na Kijów – pisze politolog.

Istotą pułapki Putina jest formalna polityczna akceptacja przez Kijów stanu rzeczy stworzonego przez Moskwę na Ukrainie w pierwszych miesiącach 2014 r. Chodzi o aneksję Krymu oraz inwazję na Donbas i jego faktyczne oderwanie od Ukrainy. W reakcji na rosyjską agresję Zachód nałożył na Rosję sankcje. Drogą do rozwiązania problemu oraz ewentualnego zniesienia sankcji miały być porozumienia mińskie, o których od samego początku było wiadomo, że Rosja ich nie zrealizuje – nie wycofa swych oddziałów z Donbasu, nie cofnie materialnego i politycznego wsparcia dla separatystów ani też nie przekaże Ukraińcom kontroli nad granicą Donbasu z Rosją. W tej sytuacji sankcje nie mogły być zniesione, bo to przecież Berlin i Paryż były gwarantami wykonania mińskiego (nie)porozumienia.

Urabianie Zełenskiego

Od początku sankcje dokuczały zarówno Rosji, jak i Zachodowi, w tym Niemcom i Francji. Wraz z dojściem do władzy Wołodymyra Zełenskiego te trzy kraje uznały, że jest szansa zakończenia polityki sankcji na rosyjskich warunkach. Nowy, niedoświadczony prezydent Ukrainy obiecywał przecież, że zakończy wojnę, która mocno obciąża gospodarkę i politykę jego państwa.

Zaczęło się więc urabianie Zełenskiego nowymi inicjatywami. Putin mnoży gesty „dobrej woli" i głośno liczy na to samo ze strony Kijowa. A to zgodzi się na korzystną dla Moskwy wymianę jeńców wojennych, a to odda to, co ukradł, czyli zagrabione i ograbione ze sprzętu jednostki ukraińskiej marynarki uprowadzone z Cieśniny Kerczeńskiej. Powróciła też tzw. formuła Steinmeiera, której ukrytym sednem jest samostanowienie Donbasu pod rosyjską kontrolą. Drogą do samostanowienia miałyby być wybory lokalne i daleko idąca autonomia. Jak to może wyglądać na terenach kontrolowanych przez Rosjan, wiemy choćby z polskiego doświadczenia.

Przedmiotowe traktowanie

Oprócz tradycyjnie prorosyjskiego Steinmeiera do akcji włączył się w ostatnich tygodniach prezydent Francji. Nie powiodło mu się z adoracją Trumpa, postanowił to sobie powetować na kierunku rosyjskim. Czyni więc Putina swym przyjacielem, podobnie trochę jak Trump próbował to czynić w stosunku do Kim Dzong Una. Wygranym też będzie ten drugi. Obaj prezydenci będą wkrótce próbować przekonać w Berlinie przywódcę Ukrainy do akceptacji tego planu. Wszystko wskazuje na to, że Zełenski mniej czy bardziej świadomie wchodzi w tę pułapkę. Gdy się ona zatrzaśnie, będzie za późno. Kłopoty, jakie z tego będzie mieć ukraiński prezydent u siebie w kraju, są dla nas drugorzędne, choć nie tak zupełnie nieistotne. Jesteśmy sąsiadami.

Niestety, obok europejskiego fanklubu Putina Kijów ma obecnie przeciw sobie także Biały Dom. Materiały i przesłuchania w tej fazie procedury impeachmentu wobec Donalda Trumpa wskazują jednoznacznie, jak instrumentalnie gospodarz Białego Domu podchodził do Zełenskiego i jak bardzo w swoim myśleniu o Ukrainie inspiruje się rozumowaniem Putina. Z pewnością podejście Trumpa ośmiela przywódców zachodnioeuropejskich do niekorzystnych dla Ukrainy przewartościowań ich podejścia do tego konfliktu. Jeśli Trump demonstruje sympatię dla Putina, dlaczego nie miałby tego robić Macron czy Steinmeier?

Potrójny zysk

Oczywiście problem nie rysowałby się tak dramatycznie, gdyby nie sytuacja samej Ukrainy. Chodzi zarówno o stan państwa, jak i jego klasy politycznej. Czas, który upłynął od deklaracji o niepodległości, a to już niemal 30 lat, jest pasmem porażek. Zaczynanie wszystkiego od nowa co pięć lat, z każdy kolejnym, nowym prezydentem, poważnie osłabia realną zdolność stawienia czoła rosyjskim zabiegom. Obecnie jest to widoczne silniej niż w przeszłości. Być może wyjściem z impasu byłoby zastąpienie formuły Steinmeiera formułą de Gaulle'a z czasów wojny w Algierii. Nie pozwalają na to jednak nie tylko emocje, ale i... brak ukraińskiego de Gaulle'a.

Jeśli powiedzie się plan Putina – przy pomocy Berlina i Paryża – będzie to dla niego potrójny zysk. Po pierwsze, utrzyma zagarnięte terytoria przy Rosji. Zresztą nigdy nie zamierzał rezygnować z niczego, co zajął w 2014 r.

Po drugie, stwarzając Ukrainie iluzję wpływu na sytuację w Donbasie, uwiąże ją trwale przy Rosji, a przy tym będzie wysysać jej energię polityczną i po części ekonomiczną, którą Ukraina będzie tej sprawie poświęcać. Kijów będzie też musiał zapomnieć o Europie.

Po trzecie, „rozwiązanie kwestii ukraińskiej" pozwoli Putinowi pojednać się z Zachodem. Jak syn marnotrawny wróci na salony – do G8 – i odzyska swój specjalny status w stosunkach z wybranymi przywódcami i mocarstwami. Sytuacja jest o tyle poważna, że to, co się dzieje wokół Ukrainy, jest częścią ogólniejszej przebudowy euroatlantyckiej sceny geopolitycznej.

Bohater drugiego planu

Być może tak będzie, choćby ze względów, które są nam dobrze znane z przeszłości. Ale czy musi? Zwłaszcza w polskim podejściu do Ukrainy nie powinno być miejsca na fatalizm ani na negatywne emocje wobec sąsiada. Gdzie w tym wszystkim jest Polska? Daruję sobie drwiny z niegdysiejszych obietnic obecnie rządzących o włączeniu się do formatu normandzkiego. To nie było realne. Ale żeby tak zupełnie utracić międzynarodowe znaczenie? Polski nie ma w rozwoju sytuacji na Ukrainie, ponieważ partia rządząca amputowała jej politykę zagraniczną. A kraj bez polityki zagranicznej może być jedynie biernym widzem – nawet sprawach, które go dotyczą. Ani się nie obejrzymy, jak będziemy w tej sztuce rekwizytem.

Autor jest politologiem, od 2010 do 2015 r. był doradcą ds. międzynarodowych prezydenta Bronisława Komorowskiego

Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA